Zawodowcy (2026) – recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Przygotowania, akcja i nic więcej
Rachel Wild jest prawniczką, której specjalnością jest odzyskiwanie... trudnych długów. Kiedy jej przyjaciel i mentor zostaje zamordowany przez bezwzględnego, hiszpańskiego miliardera, Rachel uruchamia swoje specjalne kontakty – Sida i Bronco – aby pomóc klientowi wyegzekwować należne pieniądze.
Guy Ritchie zazwyczaj kręci bardzo specyficzny typ filmów. „Przekręt”, „Porachunki”, „Rock'N'Rolla” czy „Dżentelmeni” to filmy szybkie, pełne zazębiającej się akcji, pokazujące brud świata przestępczego, ale w bardzo przystępny, lekko zabawny wręcz sposób. Dzieje się tak ze względu na niebanalną, pełną charakteru obsadę, gdzie każdy aktor dosłownie tryska charyzmą i wtłacza życie w często raczej mocno ekspozycyjne dialogi.
Niestety, potrzeba najpierw, aby te dialogi faktycznie były i nie polegały wyłącznie na tłumaczeniu sobie nawzajem kolejnych planów. Bohaterowie muszą komunikować się ze sobą, rozmawiać o czymś innym niż tylko misja, muszą dostać miejsce, by faktycznie dało się ich poznać. I tak jak przekomarzanie się Bronco (Jake Gyllenhaal) i Sida (Henry Cavill) wypada bardzo zabawnie, zwłaszcza kiedy docinają sobie, że jeden jest mężem drugiego, żeby nie zrobił sobie krzywdy i tak dalej, tak na tym jakakolwiek naturalność tej opowieści się kończy. Dalej są już wyłącznie plany, podsłuchy, ucieczki, strzelaniny i tłumaczenie, dlaczego wszystko musi się udać tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Trudno w ogóle nazwać „Zawodowców” filmem. To jest 90 minut samego finału jakiejś szerszej opowieści.
Zawodowcy (2026) – recenzja, opinia o filmie [Monolith]. A gdzie reszta filmu?!
Kim są Bronco i Sid? Zawodowcami. Wiemy, że Rachel (Eiza Gonzalez) kiedyś wyciągnęła ich z nieciekawej sytuacji, za co są jej bezgranicznie wdzięczni i zrobią dla niej dosłownie wszystko. Sama Rachel to po prostu zaradna prawniczka, która potrafi korzystać z taktyk szpiegowskich i tworzyć dźwignie, dzięki którym wywala z siodła potężniejszych od siebie. Kiedy firma Spencer Goldstein nie może odzyskać miliarda swoich dolarów od niejakiego Manny'ego Salazara (Carlos Bardem – tak, z tych Bardemów), jedna z ich kierowniczek, Bobby Sheen (Rosamund Pike), wynajmuje Rachel i jej chłopaków, aby ściągnęli dług swoimi metodami. Rozpoczyna się cała litania podstępnych działań, sabotaży, podsłuchów i szantaży, która ma na celu zmusić Salazara do oddania pieniędzy.
I to już naprawdę tyle. Istoty całej fabuły dowiadujemy się w pierwszych piętnastu minutach seansu, po czym reżyser już tylko pokazuje nam, jak panowie – i ich znajomi – szykują całą akcję. Widzimy jak jeżdżą na motorach po mieście, obmyślając najlepszą drogę ucieczki, jak kombinują nad tym, jak skutecznie przedostać się z góry klifu na dół, jak przyglądają się rutynie kluczowych osób i strażników. Jasne, po drodze plan musi ulec zmianie, dostajemy ze dwa, jakieś tam zwroty akcji, ale nie robią one większego wrażenia, ponieważ raz, że właściwie to my przecież nie znamy tych postaci, więc co tu przeżywać i dwa, że Bronco i Sid są tak nieziemsko skuteczni w tym, co robią, że nigdy, choćby przez pięć sekund, nie czujemy, że cokolwiek im tak naprawdę grozi. Na przestrzeni całego filmu zabijają w siódemkę (jeśli dobrze pamiętam) jakieś sto uzbrojonych osób, ledwie się przy tym pocąc. Krótko: jest misja, robimy misję. Napisy końcowe.
Zawodowcy (2026) – recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Wygląda przyzwoicie
Trzeba jednak przyznać, że kiedy już coś się dzieje, to ogląda się to raczej przyjemnie. Nie ma co liczyć na jakąkolwiek świeżość w temacie scen akcji, ale kolejne strzelaniny i nawet spokojne przejęcia kolejnych budynków nakręcone zostały z werwą i rozmysłem, dzięki czemu my, widzowie, potrafimy bardzo dobrze wyobrazić sobie całe miejsce akcji i rozumiemy skąd kto nadchodzi, którędy można uciekać i tak dalej. Miejscami można poczuć się niemal jak w jakiejś dobrej, co-opowej strzelaninie – jakbyśmy sami brali udział w akcji. To w pomieszczeniach. Na powietrzu natomiast kamera lata na sznurku (dronie?), pełno tu przebiegnięć, ujęć z góry, najazdów i bardzo typowo zrobionych pościgów. Nic, o czym warto by się dłużej rozwodzić, ale zdecydowanie skutecznie nakręcone.
Wielka szkoda, że Ritchie nie przepisał jeszcze kilka razy scenariusza, tak, by trochę lepiej nakreślić relacje między poszczególnymi postaciami. Jak już wspominałem, profesjonalno-przyjacielska więź łącząca Sida i Bronco jest naprawdę solidna, a dzięki bardzo różnym, ale jednak wzajemnie uzupełniającym się charakterom Gyllenhaala i Cavilla widz uśmiecha się praktycznie zawsze, kiedy tych dwóch ze sobą rozmawia. Ale prócz nich można było jeszcze, choćby, JAKKOLWIEK sensownie opowiedzieć o Rachel i obu chłopakach, ponieważ w samym filmie dostajemy jedynie jedną krótką scenę i monolog, który musi nam wystarczyć. A to i tak całkiem sporo, bo o całej reszcie ich wesołej ekipy nie dowiadujemy się praktycznie niczego, przez co, kiedy jednemu z nich dzieje się coś złego, ja w fotelu kinowym nie czułem absolutnie niczego.
„Zawodowcy” to zdecydowanie jeden z moich największych filmowych zawodów tego sezonu. Kompletnie nijaka fabuła, płaskie i cienkie jak, za przeproszeniem, dupa węża postacie, nie robiący żadnego wrażenia czarny charakter – jedynie solidnie zrobione sceny akcji jakkolwiek ratują go przed byciem kompletnym nieporozumieniem. Od Guya Ritchie wymagam zdecydowanie więcej, choć z biegiem lat zaczynam zastanawiać się, czy wciąż powinienem.
Atuty
- Teksty Bronco i Sida;
- Dobrze zwizualizowana akcja.
Wady
- Papierowe postacie;
- Fabuły tyle, co kot napłakał;
- Niewykorzystany potencjał aktorów;
- Brak napięcia.
Mam wrażenie, że Guy Ritchie nie zauważył, że zgubiła mu się gdzieś połowa scenariusza i po prostu nakręcił to, co miał. I wyszło kiepsko. Znowu.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych