Jack Ryan: Wojna duchów (2026) - recenzja filmu [Amazon]. Nihil Novi

Jack Ryan: Wojna duchów (2026) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Nihil Novi

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Jack Ryan odszedł z CIA, ale oni wciąż o nim nie zapomnieli. Zostaje poproszony o szybką przysługę - odebrać niewielką paczkę z danymi podczas wizyty w Dubaju. Nie wie, że robiąc to, znajdzie się na celowniku bardzo niebezpiecznego człowieka, który czuje wielki żal do agencji. 

Thrillery polityczne Toma Clancy'ego zawsze fascynowały mnie głównie z tego powodu, że były to historie, które, na dobrą sprawę, mogłyby się wydarzyć naprawdę. Zarówno plany, jak i środki stosowane przez złoli mieściły się w granicach wiarygodności, a działania służb, czy to CIA czy choćby znanego graczom Trzeciego Eszelonu, nie dryfują w oparach absurdu, zwykle całkiem skutecznie tworząc iluzję realizmu. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Rzecz w tym, że Clancy już dawno nie żyje, więc teraz mamy do czynienia z jego naśladowcami. Serial z Krasinskim zaczął się obiecująco. Carlton Cuse i Graham Roland porządnie odrobili pracę domową, serwując dobrze zakorzenioną intrygę, ciekawego antagonistę i wątki poboczne, takie jak życie romantyczne Ryana. Przez osiem odcinków widzowie siedzieli i włączali odcinek za odcinkiem, aby dowiedzieć się co dalej! Z każdym kolejnym sezonem, poziom był jednak obniżany. Nie chodzi nawet o to, że były one jakoś specjalnie złe. Po prostu formuła zaczęła się wyczerpywać - ile razy można oglądać jak jeden człowiek trafia na trop spisku i w ostatniej chwili ratuje świat/Stany Zjednoczone, zanim stanie się to trochę nudne? Tak więc, skoro Jack w wersji Krasinskiego miał raz jeszcze wrócić na ekrany naszych telewizorów, tym razem w wersji filmowej, po tym jak jego historia została zgrabnie zamknięta w finałowym odcinku serialu, z całą pewnością oznacza to, że producenci wpadli na pomysł tak genialny, że szkoda byłoby go zmarnować. Prawda? 

Jack Ryan: Wojna duchów (2026) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. James? To ty?

Scenariusz napisany przez Aarona Rabina, Noah Oppenheimera i samego Krasinskiego jest... Bardzo generyczny. Nie ma mowy o jakiejś wielkiej skali, ogólnoświatowym zagrożeniu, ciekawym komentarzu czy paralelach do tego, co naprawdę dzieje się na świecie. To prosta historia o zemście, która pod pewnymi względami przypomina "Skyfall" z Danielem Craigiem, tyle że dla ubogich. Albo z temu. Antagonistą tym razem jest niejaki Liam Crown (Max Beesley), członek grupy operacyjnej Starling, działającej poza prawem, wykonującej misje, które normalnie nigdy nie zostałyby zaakceptowane. Z początku nie wiemy dlaczego, ale ma on na pieńku z CIA, a dokładniej z Greerem (Wendell Pierce). Trochę jak Silva z M we wspomnianym już "Skyfall", a to wcale nie jest jedyne porównanie, jakie można stworzyć. Po prostu nie chcę za bardzo wchodzić w detale fabuły, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Nie żeby ten scenariusz na to zasługiwał. 

Co to w ogóle za pomysł żeby jedna z najpotężniejszych agencji wywiadowczych świata prosiła dawnego agenta o przysługę, bo "akurat i tak jedzie do Dubaju", to już mógłby im pomóc? W dodatku, samo CIA dobrze wie, że o dane, które Jack (John Krasinski) miałby przejąć, walczą niebezpieczni ludzie, którzy bez wahania pociągną za spust, byle tylko osiągnąć swój cel. Więc nie dość, że głupotą jest angażowanie w sprawę cywila, to jeszcze, dla podbicia stawki, Greer postanawia nie informować rzeczonego cywila o potencjalnym zagrożeniu. Już w tym momencie miałem ochotę wyłączyć film i dać sobie spokój, ale oglądałem dalej, a dalej jest tylko lepiej. Scenarzyści mocno zawęzili skalę opowieści, sprawiając, że CIA to nie kolosalna machina, a garść osób, która wszystko musi robić sama, bez ochrony, bez procedur, bez niczego. Żeby chociaż sama intryga, sam plan złoczyńców był jakoś ciekawie podany, pełen zwrotów akcji i krytycznych sytuacji. Lecz nie. Jeden banał goni drugi, a ponieważ mamy do czynienia z filmem, a nie serialem, całość kończy się sekundę po tym, jak zaczęła się trochę rozkręcać. 

Jack Ryan: Wojna duchów (2026) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Stara gwardia

Aktorsko nie ma się do czego przyczepić, ponieważ w dalszym ciągu obserwujemy tę samą, kluczową obsadę, z którą polubiliśmy się na przestrzeni czterech sezonów serialu. Krasinski gra typowo dla siebie - czyli po prostu sadzi dialogi, pozostając cały czas niezaprzeczalnie po prostu sobą - co jednak pasuje do kogoś tak pozostanie zwyczajnego, jak Jack Ryan. Świetnie wypada jego więź z Greerem i granym przez Michaela Kelly'ego agentem Novemberem - to nie jest relacja, którą da się ściemnić, a efekt wielu lat wspólnej pracy i prawdziwa przyjaźń. Z nowości dostajemy natomiast Siennę Miller jako agentkę MI6, Emmę Marlow oraz wspomnianego już Beesleya w roli czarnego charakteru filmu. Oboje są raczej solidni, choć ani jedno ani drugie nie wyróżnia się niczym przesadnie ciekawym czy wartym zapamiętania. Ona jest ładna i zaradna, żeby można było zasugerować, że między nią a Ryanem mogłoby się coś wydarzyć, on natomiast to taki typowy złol z manierami i inteligencją - ma wszystko pod kontrolą, wypowiada się składnie i spokojnie, jest precyzyjny. Po to, by pod koniec filmu kompletnie o tym wszystkim zapomnieć, bo przecież trzeba go jakoś pokonać. 

Podczas seansu zobaczymy również kilka scen akcji. Nie są one jakoś przesadnie ciekawe - tu ktoś biega, tam się strzelają, gdzieś jadą samochody. Ani kadrowanie ani sama choreografia nie powalają. Tym jednak, co może się podobać, jest montaż. Zawsze, kiedy coś się dzieje, obserwujemy punkty widzenia kilku osób, z akcją skaczącą od osoby, do osoby. Nadaje to scenom akcji poczucie dynamiki, której zdecydowanie brakuje pojedynczym ujęciom. Szkoda tylko, że sama akcja nie została jakoś lepiej rozpisana, ciekawiej poprowadzona. Chyba jedynym zapadającym choć na chwilę w pamięć momentem jest akcja z helikopterem pod koniec filmu. Będziesz wiedział o czym mówię. Tak czy inaczej, to trochę mało.

"Jack Ryan: Wojna duchów" to nic innej, jak skok na kasę. Pisana na kolanie fabuła kojarzy się z tysiącem innych, lepszych historii, akcja nie powala i tylko aktorzy jakkolwiek trzymają cały ten projekt w pionie. Można od biedy obejrzeć, ale raczej tylko jeśli nie ma się pomysłu na nic innego. 

Advertisement

Atuty

  • Główna obsada ma świetną chemię;
  • Nawet niezły finał;
  • W miarę krótki.

Wady

  • Dziurawy, pisany na kolanie scenariusz;
  • Większość scen akcji bez polotu;
  • Intryga nie ma czasu by wybrzmieć.

"Wojna duchów" straszy generycznym scenariuszem i tylko irytuje, przypominając o ile lepszy był serial. Zaprzepaszczony potencjał.

5,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper