„Nemezis” (2026) – recenzja serialu [Netflix]. Irytuje i... niesamowicie wciąga

„Nemezis” (2026) – recenzja serialu [Netflix]. Irytuje i... niesamowicie wciąga

Michał Pieczarski | Dzisiaj, 21:00

„Nemezis” to serial, który od pierwszych minut bezczelnie flirtuje z legendą „Gorączki” Michaela Manna. Netflixowa produkcja Courtney A. Kemp bierze klasyczny motyw obsesyjnego policjanta i genialnego przestępcy, wrzuca go w realia współczesnego Los Angeles i opakowuje w agresywnie binge’owalną formę. Efekt jest jednocześnie fascynujący i frustrujący.

W świecie seriali kryminalnych od lat obowiązuje ta sama zasada: charyzmatyczny gliniarz potrzebuje równie charyzmatycznego przeciwnika. „Nemezis” („Nemesis”), nowa produkcja Netfliksa autorstwa Courtney A. Kemp, twórczyni uniwersum „Power”, bierze ten schemat i nie próbuje nawet udawać, że wymyśla coś nowego.

Dalsza część tekstu pod wideo

To historia obsesji, widowiskowych napadów i mężczyzn gotowych poświęcić wszystko w imię własnego kodeksu. Problem polega na tym, że serial niemal ostentacyjnie żyje w cieniu „Gorączki” Michaela Manna — i bardzo często z tym cieniem przegrywa. A jednak, paradoksalnie, potrafi też wciągnąć bez reszty.

„Nemezis” (2026) – recenzja serialu [Netflix]. Gdzieś to już widziałem...

Isaiah Stiles (Matthew Law) jest klasycznym „maverick copem”, jakich telewizja i kino wyprodukowały już setki. Konflikt z przełożonymi? Jest. Rozpad życia rodzinnego? Oczywiście. Trauma po śmierci partnera? Jak najbardziej. Isaiah funkcjonuje wyłącznie dzięki obsesji schwytania Coltrane’a Wildera (Y’lan Noel), eleganckiego biznesmena i jednocześnie mózgu spektakularnych napadów organizowanych w Los Angeles. Już po pierwszych odcinkach widać, że twórcy nie tyle inspirują się „Gorączką”, ile wręcz rekonstruują jego dramaturgiczną architekturę. Dwóch samców alfa. Dwa kodeksy moralne. Jedna nieunikniona konfrontacja. I właśnie tutaj zaczynają się schody.

Bo o ile Michael Mann budował napięcie poprzez chłód, precyzję i psychologiczną głębię bohaterów, o tyle „Nemezis” bardzo często próbuje zamaskować scenariuszowe braki nadmiarem emocjonalnego hałasu. Serial jest przeładowany. Każdy odcinek działa jak streamingowy automat do podtrzymywania uwagi: mocny początek, ospały środek, efektowny finał i cliffhanger, który ma zmusić widza do kliknięcia „następny odcinek”.

Największym problemem „Nemezis” pozostaje przewidywalność. Serial korzysta praktycznie z każdej możliwej kliszy gatunkowej. Są rodzinne dramaty rodem z telewizji obyczajowej, zdrady, mole w policji, „ostatni skok”, bohaterowie podejmujący irracjonalne decyzje tylko po to, by fabuła mogła pędzić dalej. Niektóre dialogi brzmią tak, jakby bohaterowie wygłaszali zwiastun własnego serialu. Kiedy produkcja próbuje być śmiertelnie poważna, często niebezpiecznie ociera się o autoparodię. A jednak trudno odmówić jej jednej rzeczy: energii.

„Nemezis” (2026) – recenzja serialu [Netflix]. Sceny akcji, które robią robotę

Sceny akcji są naprawdę znakomite. Napady, pościgi i strzelaniny mają odpowiednią dynamikę, ciężar i chaos. Kamera potrafi nadać ulicom Los Angeles charakter, a serial — mimo wtórności — ma własny puls. Najlepiej działa wtedy, gdy przestaje udawać psychologiczne arcydzieło i akceptuje fakt, że jest po prostu wysokobudżetowym, przesadzonym thrillerem. W tych momentach „Nemezis” przypomina kino sensacyjne z lat 90., tylko przepuszczone przez współczesną streamingową estetykę.

Matthew Law jako Isaiah wypada solidnie, choć jego bohater jest napisany według najbardziej klasycznego policyjnego szablonu. Znacznie ciekawszy okazuje się Y’lan Noel. Jego Coltrane ma w sobie spokój i chłód człowieka przekonanego, że zawsze będzie o krok przed wszystkimi. To właśnie relacja między nimi utrzymuje serial przy życiu nawet wtedy, gdy scenariusz zaczyna się chwiać.

Warto też docenić mocno osadzony kontekst czarnego Los Angeles, który przewija się przez cały serial. Nietrudno zwrócić uwagę, że „Nemezis” najlepiej działa jako opowieść o lokalnej społeczności, lojalności i społecznych układach. W tych fragmentach produkcja nabiera autentyczności, której często brakuje w bardziej widowiskowych scenach.

„Nemezis” nie jest serialem wybitnym. Bywa toporny, rozwleczony i momentami wręcz absurdalny. Ale jednocześnie potrafi dostarczyć czystej, bezpretensjonalnej frajdy z oglądania. To produkcja, która desperacko chce być „Gorączką” nowego pokolenia, choć ostatecznie bliżej jej do bardzo sprawnego fan fiction niż do współczesnego klasyka.

Advertisement

Atuty

  • Świetnie zrealizowane sceny akcji i napadów
  • Charyzmatyczny duet głównych bohaterów
  • Dynamiczne tempo końcówek odcinków
  • Klimat współczesnego Los Angeles
  • Umiejętne balansowanie między thrillerem a sensacyjną rozrywką
  • Wciągający

Wady

  • Bardzo wyraźne kopiowanie „Gorączki”
  • Przewidywalna fabuła i gatunkowe klisze
  • Przeciążenie wątkami pobocznymi
  • Nierówny poziom dialogów
  • Sztucznie wydłużona konstrukcja sezonu
  • Momentami zbyt melodramatyczny ton

Netflix chciał stworzyć własną „Gorączkę”. Problem w tym, że między inspiracją a kalką jest cienka granica.

6,5
Michał Pieczarski Strona autora
cropper