„Ranczo Duttonów” (2026) - recenzja serialu [SkyShowtime]. Na takie Yellowstone czekałem

„Ranczo Duttonów” (2026) - recenzja i opinia o serialu [SkyShowtime]. Na takie Yellowstone czekałem

Roger Żochowski | Dzisiaj, 12:32

„Dutton Ranch” to dokładnie ten przypadek, kiedy dostajesz coś znajomego, ale podanego w trochę innym sosie i dalej świetnie smakuje. Po przeciętnym "Marshals: historia z Yellowstone" i całkiem niezłym, ale idącym w serial obyczajowy "The Madison", dostajemy produkcję, której najbliżej do klasycznego Yellowstone. Można nawet napisać, że to swoisty soft reboot serii.

Fabuła startuje mocno, bo zamiast sielanki i spokoju, na jaki zasłużyła główna para po tragicznych wydarzeniach z Yellowstone, mamy szybki zjazd do poziomu „znowu wszystko się wali”. Pożar zabiera Beth (Kelly Reilly) i Ripowi (Cole Hauser) ich dotychczasowe życie i zmusza do przenosin do Teksasu, gdzie razem z przybranym "synem" Carterem (Finn Little) zaczynają praktycznie wszystko od zera. I wiecie co? To jest jeden z największych plusów serialu - nagle ci, którzy kiedyś rozdawali karty w Montanie, stają się pionkami. Nikt nie klęka przed legendą nazwiska, nikt nie traktuje ich jak lokalnych bogów. Trzeba się odnaleźć i napisać na nowo.

Dalsza część tekstu pod wideo

Serial jedzie na dobrze znanych motywach - konflikty o ziemię, szemrane interesy, rodzinne napięcia, przemoc jako narzędzie rozwiązywania problemów. Tyle że tym razem jest w tym więcej przyziemności. Zamiast wielkiej polityki i grubych intryg mamy bardziej „codzienne” problemy - sprzedaż bydła, układy biznesowe, lokalne układziki i starcia z kimś, kto po prostu ma większe wpływy w okolicy, jak Beulah (Annette Bening), która trzęsie regionem i już w pierwszym odcinku wchodzi w konfrontację z pyskatą Beth. 

„Ranczo Duttonów” (2026) - recenzja i opinia o serialu [SkyShowtime]. Piękna i bestia 

Największą siłą „Dutton Ranch” pozostaje duet głównych bohaterów. Ich relacja to fundament całej historii i na szczęście twórcy dobrze wiedzą, że to właśnie dla nich ludzie chcieli tu być. Nie będę oryginalny, ale dla mnie, obok Kevina Costnera, to właśnie ta para przyciągała do ekranu najbardziej w oryginalnym Yellowstone. Jest chemia, są ostre dialogi, są momenty czułości, które nie wyglądają jak wrzucone na siłę. Co ważne, postać Beth dostaje trochę więcej oddechu - dalej jest twarda, bezkompromisowa i potrafi zmieść przeciwnika z planszy, ale widać też jej bardziej ludzką stronę przy boku ukochanego. Rip z kolei pozostaje sobą - facetem, który nie gada dużo, tylko robi swoje, choć momentami aż prosi się, żeby jego wątek trochę mocniej popchnąć do przodu.

Nowe postacie też dają radę. Szczególnie lokalna „królowa rancz”, czyli wspomniana Beulah, która pełni rolę głównej przeciwniczki - to ktoś, kto naprawdę może napsuć krwi i nie jest tylko papierowym wrogiem. Jej relacje z rodziną, zwłaszcza z synami, Robem-Willem (Jai Courtney) i Joaquinem (Juan Pablo Raba), wprowadzają ciekawą dynamikę. Zwłaszcza że obaj są ulepieni z zupełnie innej gliny - ten pierwszy to typowy raptus, co najpierw strzela, potem myśli, ten drugi ogarnia za to za niego wszystkie brudy, zakopując je pod dywan, przypominając trochę Jamiego Duttona z Yellowstone. Do tego dochodzi Everett (Ed Harris), weterynarz z przeszłością, który szybko łapie nić porozumienia z Beth i Ripem. Nie brakuje też pobocznych wątków. Carter próbuje odnaleźć się w nowym miejscu, a jego relacja z Oreaną (Natalie Alyn Lind) dorzuca trochę młodzieżowego chaosu, choć przyznam szczerze, jego wątek interesował mnie najmniej.

„Ranczo Duttonów” (2026) - recenzja i opinia o serialu [SkyShowtime]. Dziki Teksas 

Nie da się jednak ukryć, że serial momentami jedzie na autopilocie. Jeśli ktoś zna wcześniejsze produkcje z tego uniwersum, to będzie miał deja vu. Są te same typy dialogów (nie zawsze lotnych), te same „męskie prawdy życiowe” rzucane półgębkiem, te same przejażdżki na koniach przy zachodzie słońca. Do tego dochodzi lekka kampowość - czasem aż za bardzo wjeżdżają momenty, które balansują na granicy powagi i autoparodii. Ale co ciekawe, to też jest część uroku tej serii.

Na plus trzeba też zaliczyć klimat. Zdjęcia, przestrzeń, poczucie skali - to nadal robi robotę. Teksas daje trochę inne tło niż Montana, ale dalej czuć ten westernowy vibe, tylko bardziej surowy i mniej romantyzowany. Do tego większy nacisk na faktyczną pracę na ranczu sprawia, że świat przedstawiony wydaje się bardziej namacalny. To serial, który jak najbardziej można oglądać bez znajomości "Yellowstone" (co ciekawe, autor oryginału, Taylor Sheridan, jest tylko producentem wykonawczym), ale twórcy zadbali też o momenty, które docenią fani pierwowzoru.

Ranczo Duttonów nie próbuje wymyślać koła na nowo. To raczej bezpieczna jazda znanym szlakiem, ale poprowadzona na tyle sprawnie, że trudno się od niej oderwać. Myślę, że kluczem do sukcesu jest tu fakt, że dostajemy bohaterów, których po prostu chce się oglądać. 

Advertisement

Atuty

  • Świetna chemia między Beth i Ripem
  • Bardziej przyziemna, „ludzka” stawka
  • Klimat i zdjęcia dalej topka
  • Ciekawi nowi bohaterowie
  • Dobrze działa jako nowa historia, ale nie zapomina o swoim dziedzictwie

Wady

  • Momentami ociera się o autoparodię
  • Niektóre wątki - jak Cartera - są wyraźnie słabsze
  • Brak większej świeżości w formule

Bardzo dobra kontynuacja, a jednocześnie samodzielna historia, która pokazuje, że ten świat wciąż ma paliwo w baku.

8,0
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper