Punisher: Ostatnie Starcie (2026) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. W ramach przypomnienia
Frank Castle uciekł z więzienia, do którego wsadzili go ludzie Fiska i zaszył się na jednym z nowojorskich osiedli. Wciąż dręczą go demony przeszłości i nie wie, co powinien ze sobą zrobić. Decyzja zostaje podjęta za niego, kiedy w ramach zemsty za śmierć swoich bliskich, odwiedza go Ma Gnucci.
Oto emblematyczny przykład produkcji w pełni i kompletnie zbędnej, która nie wnosi absolutnie niczego nowego, nie odmienia bohaterów, nie daje im nowych motywacji. Frank Castle (Jon Bernthal) był w "Daredevil: Odrodzenie" odrobinę bardziej przybity i zrezygnowany niż zwykle, choć scena po napisach, kiedy ucieka z więzienia mogłaby sugerować, że zamierza wrócić do gry. Jedynym, natomiast, co robi ten czrerdziestokilkuminutowy odcinek specjalny jest potwierdzenie, że owszem, tak właśnie będzie. Powiedzenie tego zajmuje mu blisko godzinę. A można było załatwić temat jedną, krótką sceną w nadchodzącym "Spider-Man: Całkiem nowy dzień".
O właśnie! Myślałby kto, że skoro "Ostatnie Starcie" ma być mostem łączącym "Daredevila" z pająkiem, to ten ostatni pojawi się choć na chwilę w nowej produkcji Marvela, może jakoś się przedstawi albo wkurzy czymś Franka? Nie, nic z tego. Serial Reinaldo Marcusa Greena - nad scenariuszem którego pracował również sam Bernthal - jest swoją własną, kompletnie odciętą od całej reszty MCU produkcją. Nie usłyszymy tu ani o Peterze Parkerze, ani o Murodcku ani nawet o Kingpinie, choć myślałby kto, że to, co wydarzyło się w finale drugiego sezonu "Odrodzenia" będzie idealną trampoliną dla tego odcinka bardzo specjalnego. Lecz nie. To po prostu odrobina nie radzącego sobie z życiem Franka, po której następuje dwadzieścia minut ciągłej przemocy. I niby fajnie, ale naprawdę liczyłem na coś znacznie lepszego i lepiej wiążącego się z pozostałymi produkcjami MCU. Miło, że chociaż Karen (Deborah Ann Woll) wpada na szybki, gościnny występ.
Punisher: Ostatnie Starcie (2026) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Ale to już było...
Będą lekkie, bardzo ogólne spoilery, o ile można je tak w ogóle nazwać
W gruncie rzeczy, można powiedzieć, że ten odcinek specjalny powstał po to, by zainteresowani nowym "Spider-Manem" widzowie nie musieli się teraz cofać i oglądać dwóch sezonów serialu Netflixa. Dostajemy więc naszego zepsutego antybohatera, raz jeszcze dowiadujemy się, że był on w Marines i wspomnienia tamtych czasów bardzo mocno ciążą mu na psychice i nawet dostajemy ogólną, ale skuteczną w swoim przekazie historię tego, co stało się z jego rodziną. Kolejny origin story - szkoda że ustanowionej już postaci.
Fabuły jest tu tyle, co kot napłakał. Poznajemy postać pod tytułem "Bezdomny", której uliczne bandziory robią krzywdę. Poznajemy uroczą rodzinę, właścicieli baru, do którego po kawę przychodzi nasz bohater - byłoby przykro, gdyby stało im się coś złego ze strony ulicznych bandziorów. Poznajemy Ma Gnucci (Judith Light), która z jakiegoś powodu informuje Franka, że wkrótce przyjdą go zabić - ponieważ ma to jakikolwiek sens. I to tyle. Castle kręci się po osiedlu, ignorując przemoc wokół siebie, aż w końcu gangsterzy zmuszają go do powrotu. Bum! Punisher powrócił.
Punisher: Ostatnie Starcie (2026) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Nierozerwalnie połączone trauma i przemoc
Bernthal zdaje się dobrze rozumieć, co siedzi w głowie jego bohatera i dobrze wychodzi mu granie człowieka absolutnie zepsutego, cierpiącego na głęboką depresję, z ekstremalną postacią stresu pourazowego, nieustannie tańczącego z myślą o odebraniu sobie życia. Rzecz w tym, że nie do końca rozumiem, skąd ten regres, ponieważ kiedy widzieliśmy go ostatni raz, rzucał złośliwymi tekstami, wyglądał jakby panował nad sytuacją w swojej głowie i był zdecydowany, aby wrócić do walki. Skąd więc ta nagła zmiana? Tego nie wiemy i się nie dowiemy - chodzi o to żeby pokazać kim jest Frank Castle, a nie żeby miało to sens. Tak więc, jeśli serial Netflixa cię ominął, to dostajesz tutaj całkiem niezły, przyspieszony kurs na temat postaci. Jeśli natomiast znasz się już z postacią w wersji Jona Bernthala, zapewne poczujesz srogi zawód tym, co tutaj dostaliśmy.
Tym co nie zawodzi - a przynajmniej nie w pełni, ale o tym za chwilę - jest akcja. W okolicach połowy odcinka Frank Castle postanawia działać i działa nieustannie przez dobrych dwadzieścia minut, zabijając po drodze pewnie z 50 osób, jak nie lepiej. Reżyser nie patyczkuje się, pokazując do spółki z operatorem, Robertem Elswitem przemoc w czystej postaci - połamane kości, przecięta skóra, kule dziurawiące ciało, litry krwi zdobiące każdą dostępną powierzchnię. Jeśli do postaci Punishera ciągnie cię jej brutalność, to zdecydowanie znajdziesz tu coś dla siebie. Co ciekawe, od czasu do czasu reżyser postanawia iść w swego rodzaju subtelność i, na przykład, pokazuje nam jedynie bryzgającą na ścianę krew, zamiast samego momentu oddania strzału. Nie wiem, może chodziło o utrzymanie budżetu w ryzach? Albo może zrobił to dla czystej dywersyfikacji, żeby nie za prędko zrobiło się nudno? Tak czy inaczej, w końcu kasowanie kolejnych, bezimiennych zbirów zaczyna robić się lekko nudne. Ile można patrzeć na praktycznie te same sytuacje? Zmęczony widz zaczyna też zauważać kolejne absurdy i niedopatrzenia twórców - facet z karabinem podbiega do Feanka na odległość pięści, aby ten mógł go szybko zamordować i mieć z czego strzelać do pozostałych; bandziory pojawiają się i znikają wedle zapotrzebowania; nieśmiertelność głównego bohatera zaczyna powoli rywalizować z Jonem Snowem z "Gry o Tron". Nie jest to najbardziej sprytnie, składnie rozpisana jatka w historii telewizji. Do jakiegoś momentu nawet bawi, ale w końcu zaczyna przeszkadzać.
Czy warto obejrzeć "Punisher: Ostatnie Starcie"? Powiedziałbym, że to zależy od oczekiwań widza. Jeśli postać znasz już na wylot, to musisz zastanowić się, czy chcesz poświęcić 45 minut swojego czasu na kawałek telewizji, który równie dobrze mógłby nie istnieć i nikt by nawet nie zauważył, wracając do postaci przy okazji "Całkiem nowy dzień". Jeśli natomiast Frank Castle jest dla ciebie wciąż enigmą, to myślę, że warto. Myślę, że i ja opisałem go tu z grubsza nieźle, ale co innego zobaczyć go w akcji, a co innego tylko o nim usłyszeć.
Atuty
- Dużo przemocy, z której słynie postać;
- Dobrze robiąca klimat ścieżka dźwiękowa;
- Jon Bernthal rozumie swoją postać...
Wady
- ...choć, specjalnie dla nowych widzów, zalicza z nią niezły regres;
- Fabuły tyle, co kot napłakał;
- Masa przesadnie naciąganych momentów w sekwencji akcji;
- Zdaje się być kompletnie odcięty od reszty MCU;
- Widzowie nie zauważyliby nawet, gdyby ten odcinek specjalny nigdy nie powstał.
Jeśli nie widziałeś netflixowego serialu z Jonem Bernthalem, możesz dodać dwa oczka. Mało tu fabuły, nic nowego i to raczej skrót z postaci przed nowym "Spider-Manem", a nie pełnoprawny ciąg dalszy historii Franka Castle.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych