Człowiek w ogniu (2004) - retro recenzja filmu [20th Century Fox] Pewnego razu w Meksyku
John Creasy, udręczony były agent CIA, zdecydowanie zbyt często zaglądający do kieliszka to kolejna postać z panteonu największych twardzieli kina akcji, która powraca właśnie w nowym serialu Netflixa. Zrodzonego na kartach bestsellerowej powieści A.J. Quinnella herosa widzowie zapamiętali głównie za sprawą kreacji Denzela Washingtona, w niezwykle oryginalnym pod względem formalnym filmie sensacyjnym Tony’ego Scotta z 2004 roku, do dziś uchodzącym za jeden z najciekawszych reprezentantów filmowego gatunku.
O ekranizacji powieści A.J. Quinnella, zainspirowanej dwoma realnymi wydarzeniami: porwaniem syna pewnego singapurskiego biznesmena przez członków Triady, a także głośniejszym na Zachodzie uprowadzeniem Johna Paula Getty’ego III, mówiło się już w połowie lat 80’. Bliski jej realizacji był ponoć już wtedy Tony Scott. Plotki głoszą jednak, że producent Arnold Milchan nie wierzył, że nie mający wtedy wielkiego dorobku (prócz wielu reklam i słynnej “Zagadki nieśmiertelności”) Brytyjczyk byłby w stanie podołać trudnemu zadaniu realizacji tak skomplikowanego widowiska. Marzył mu się ponoć udział samego Sergio Leone, pracującego u boku Marlona Brando. W ostateczności musiał się jednak zadowolić, szerzej nieznanym, Elie Chouraqui i Scottem Glennem wcielającym się w Johna Creasy. Dość niemrawy z dzisiejszej perspektywy film nie zrobił furory, choć spodobał się samemu Quentinowi Tarantino, który jeszcze w czasach swej pracy w wypożyczalni VHS miał go polecić Brianowi Helgelandowi. Późniejszemu scenarzyście drugiej ekranizacji powieści Quinnella.
Do pomysłu ponownej adaptacji powrócono na początku XXI wieku, ponownie za sprawą producenta Arnona Milchana. Nie pomyślał jednak od razu o Scottcie, bo na początku miał rozmawiać z Antoine’m Fuquą i Michaelem Bayem. Ostatecznie jednak zdecydował się na Brytyjczyka, który od początku forsował obsadzenie w głównej roli Denzel Washingtona. Aktora, z którym pracował już przy "Karmazynowym przypływie", a którego — po latach — spotkał ponownie przypadkiem w poczekalni u lekarza. Przy okazji radykalnej zmianie musiał ulec filmowy scenariusz. Zgodnie z powieścią Quinnella akcja rozgrywała się we Włoszech, jednak na początku XXI. wieku porwania nie były tam już tak powszechne jak w latach 70. Zdecydowano się zatem przenieść historię do Meksyku, gdzie proceder ten wciąż stanowił poważny problem. Zadbano również o konsultacje ze specjalistami, dzięki czemu fabuła zyskała na wiarygodności i realizmie.
Człowiek w ogniu (2004) - retro recenzja, opinia o filmie [20th Century Fox] Absolutna klasyka gatunku
Grany przez Denzela Washingtona główny bohater filmu Tony’ego Scotta to człowiek upadły. Udręczony poczuciem winy, z jednej strony zdecydowanie zbyt często raczący się mocnymi trunkami, a z drugiej pilnie studiujący Biblię. Szczególnie upodobawszy sobie pewien werset z Księgi Rzymian, który obecnie miałby raczej marne szanse, by zostać zacytowanym przez Sekretarza Obrony Stanów Zjednoczonych: “Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”. Creasy przyjeżdża do Meksyku, gdzie jego przyjaciel, Paul Rayburn (Christopher Walken) załatwia mu pracę ochroniarza małej Lupity (Dakota Fanning), córki bogatego przedsiębiorcy, która z czasem staje mu się coraz bliższa. Niestety dziecko zostaje porwane, sam Creasy ląduje w szpitalu, początkowo pozostając podejrzanym w tej sprawie. Gdy akcja pozostawienia 10 milionów dolarów okupu porywaczom kończy się absolutnym fiaskiem, główny bohater - z pomocą przyjaciela - decyduje się na wyrównanie rachunków z szajką porywaczy, której przewodzi tajemniczy “Głos”.
Z perspektywy czasu zupełnie nie dziwi fakt, iż tuż po premierze film Tony’ego Scotta spotkał się z mieszanymi ocenami. W gruncie rzeczy mamy tu bowiem do czynienia z absolutną klasyką gatunku — historią mitycznego „strong, silent type”, do którego mocno wzdychał nie tylko Tony Soprano. Bohatera, który mimo prób wycofania się z życia pełnego przemocy, ostatecznie zostaje zmuszony do powrotu do tego, co potrafi najlepiej — zabijania. Jak na „artystę śmierci”, jak określa go jego przyjaciel, działania John Creasy’ego wydają się jednak zaskakująco konserwatywne, zwłaszcza w zestawieniu z innymi ekranowymi mścicielami. W pewnym momencie filmowi zaczyna też brakować emocjonalnego ciężaru — szczególnie w wątku zdesperowanej matki, granej przez Radhę Mitchell, która stopniowo schodzi na dalszy plan. Być może odpowiedzialna jest za to kompletna zmiana tonacji względem pierwowzoru, który koncentrował się nie na zemście, a na poszukiwaniach porwanego dziecka. Z czasem irytować zaczyna również pompatyczna muzyka. Co więc sprawiło, że dla wielu widzów “Człowiek w ogniu” uchodzi za jeden z najlepszych filmów akcji początku XXI wieku?
Człowiek w ogniu (2004) - retro recenzja, opinia o filmie [20th Century Fox] Bezbłędny casting, znakomici Denzel Washington i Dakota Fanning
Jednym z największych atutów filmu Tony Scotta jest bez wątpienia bezbłędny casting, zwłaszcza w rolach głównych. Denzel Washington to aktor, który potrafi nadać wiarygodność nawet najbardziej schematycznym postaciom, obdarzając je przy tym autentyczną głębią. Znakomicie partneruje mu niespełna dziesięcioletnia Dakota Fanning, bez której trudno wyobrazić sobie ten film. To właśnie relacja wyczerpanego życiem bohatera z niezwykle dojrzałą jak na swój wiek dziewczynką nadaje tej historii emocjonalny ciężar i skutecznie ożywia dość konwencjonalną fabułę. Drugim, nieco mniej wyeksponowanym, ale wciąż istotnym filarem opowieści pozostaje więź Creasy’ego z Rayburnem, w którego wciela się Christopher Walken — aktor o jednej z najbardziej charakterystycznych ekranowych prezencji. Warto zwrócić uwagę również na rolę Rachel Ticotin. Postać reporterki, w którą się wcieliła, co jakiś czas przypomina, że mimo gatunkowego sztafażu mamy tu do czynienia również z opowieścią o systemowej patologii, objawiającej się choćby w brutalnych naciskach, jakim podlegają ludzie pracujący w lokalnych mediach.
Dużo więcej kontrowersji — nawet dziś — wzbudza niezwykła oprawa wizualna filmu i jego specyficzny, teledyskowy montaż. Zarówno Tony Scott, jak i operator Paul Cameron byli wówczas pod silnym wpływem “Miasta Boga” Fernando Meirellesa. Inspiracja ta przełożyła się zresztą nie tylko na estetykę, ale również na obsadę. W filmie pojawili się bowiem aktorzy znani z brazylijskiego hitu, m.in. Charles Paraventi, którego Scott miał podobno osobiście sprowadzić z Brazylii. Efektem jest obraz niezwykły, momentami wręcz halucynacyjny. Dynamiczne, rozedrgane zdjęcia zdają się odzwierciedlać stan psychiczny głównego bohatera, pozwalając widzowi doświadczać świata w sposób zbliżony do tego, jak odbiera go John Creasy. Niepokój i wrażenie chaosu, jakie wywołuje ta stylistyka, dla części odbiorców pozostają trudne do zaakceptowania. Zestawione jednak ze współczesnym, mocno wyśmiewanym „żółtym filtrem”, którym nierzadko upraszcza się dziś wizualne przedstawienia Meksyku, brawurowa wizja Scotta wciąż pozostaje niezwykle odświeżająca.
Atuty
- Interesujący punkt wyjścia
- Znakomite role Denzela Washingtona i Dakoty Fanning, niemal równie dobry Christopher Walken
- Czuć dbałość o właściwe ukontekstowienie fabuły filmu po zmianie miejsca rozgrywania jego akcji
- Dynamiczny montaż i niezwykle oryginalne zdjęcia
Wady
- Które jednak ze zrozumiałych względów mogą nie przypaść do gustu sporej części widowni
- Filmowi brakuje nieco emocjonalnego ciężaru w drugiej części
“Człowiek w ogniu” Tony’ego Scotta to dynamiczne widowisko, oparte na starych schematach, które po latach wciąż się broni, głównie za sprawą świetnego aktorstwa i niezwykłej warstwy wizualnej.
Przeczytaj również
Komentarze (9)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych