Gwiezdne Wojny: Maul - Mistrz cienia (2026) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Droga na szczyt
W myśl zasady, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, Maul sieje niezgodę pośród zbrodniczych syndykatów, torując sobie drogę do władzy, która pozwoli mu dokonać zemsty na Imperatorze Palpatine'ie. Podczas jednej akcji, jego uwagę przykuwa młoda Jedi, której bunt i niecierpliwość robią z niej potencjalną kandydatkę na przeciągnięcie jej na ciemną stronę mocy.
Dave Filoni i Sam Witwer bezapelacyjnie kochają i rozumieją postać Maula. Pod ich opieką, postać rozwinęła skrzydła i dała się poznać jako jeden z najciekawszych, najbardziej złożonych antagonistów całej gwiezdnej sagi. Jego rywalizacja z Obi-Wanem i nieoczywista relacja z Ahsoką niosły "Wojny klonów" do samego końca - choć, oczywiście, nie brakowało tam i innych, równie ciekawych wątków. Rzecz w tym, że jest i jeden, potencjalny szkopuł.
Będę spoilował "Gwiezdne Wojny: Rebelianci", jeśli ktoś nie widział.
Otóż, w "Rebeliantach", historia Maila dobiegła już końca. Niedługo przed wydarzeniami epizodu czwartego, wytatuowany Dathomirczyk przybył na Tatooine, gdzie raz jeszcze stanął twarzą w twarz z Obi-Wanem Kenobim. Po krótkiej wymianie zdań stało się jasne, że jeśli Luke ma pozostać bezpieczny, Maul musi zostać definitywnie pokonany. Chwilę po tym następuje jeden z najlepszych pojedynków w historii serii. Nie dlatego, że jest tak widowiskowy, ale ze względu na emocje, które ze sobą niesie. Kenobi wcale nie chce walczyć - odrzucił już w pełni gniew i niepewność, które jątrzyły go od środka. Dopiero, kiedy jego przeciwnik domyśla się, że nieopodal mieszka ktoś ważny, ktoś, kogo Obi-Wan pragnie chronić, widzimy niebieską poświatę miecza, rozświetlającą twarz Kenobiego. Jego rysy zaostrzają się, lecz nie widać w nich agresji, a jedynie skupienie. Obaj wojownicy przyjmują swoje klasyczne pozycje otwierające, lecz Obi-Wan po chwili zmienia swoją, naśladując styl swojego mistrza, powalonego przez Maula w pierwszym epizodzie Qui-Gon Jina. Poruszony zarówno tym powiewem nostalgii, jak i spotkaniem z wizją Jedi jakiś czas wcześniej, Maul również zmienia pozę, na tę, która doprowadziła do śmierci Qui-Gona. W tym momencie pojedynek jest już przesądzony - jeszcze zanim się na dobre zaczął. Maul rzuca się na wroga, w swojej arogancji próbując odtworzyć tę samą sytuację, co na Naboo. Obi-Wan jednak doskonale wie, czego się spodziewać i szybkim cięciem kończy ambicje przeciwnika. Nie ma w nim jednak gniewu. Łapie upadającego Maula w ramiona - coś czego nie był w stanie zrobić dla Anakina Skywalkera - i żegna go potwierdzeniem jego przypuszczeń. Tam niedaleko, na farmie wilgoci, dorasta ten, który w końcu przywróci równowagę mocy i zakończy rządy imperium... Przynajmniej dopóki na horyzoncie nie pojawi się J.J. Abrams. Powiedzieć, że było to doskonałe zwieńczenie historii jednego z najlepszych antagonistów serii, to jak nic nie powiedzieć. I teraz pytanie jest takie: czy robienie serialu poświęconego stricte tej postaci, kiedy mamy już to zakończenie, ma jakikolwiek sens? Cóż... Jakoś tam ma na pewno. Ale zastanówmy się jak duży.
Gwiezdne Wojny: Maul - Mistrz cienia (2026) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Poszukiwania odpowiedniego spadkobiercy
Nie jestem pewien, czy sposób, w jaki Filoni i spółka wprowadzają ten nowy serial do końca przypadł mi do gustu. Niby to oczywiste, że nowy serial zaczyna się od nagrania postaci, przedstawienia widzowi ich różnorakich cech i, jeśli nie zamierzamy robić z tego wielkiej tajemnicy, pokazania do czego zmierzają. Rzecz w tym, że Maul jest już dobrze znaną widzowi postacią, więc wydaje mi się, że klasyczne, powolne wprowadzenie można by sobie darować. W pierwszych odcinkach obserwujemy jak próbuję on zdestabilizować układ sił w układzie, w którym się akurat znajdujemy - podkrada zysk ze sprzedaży dragów jednemu gangsterowi, winę zrzuca na drugiego. Całkiem ciekawy wątek, jasne, ale szersza fabuła zdaje się raczej niewiele nim interesować. Chyba, że wrócimy do niego na poważnie w dwóch ostatnich odcinkach - bo tych Disney nie pokazał nam przedpremierowo. Zdecydowanie podoba mi się fakt, że najdalej w drugim sezonie dojdziemy do momentu, w którym ostatni raz widzieliśmy Maila w live-action, czyli w scenach zamykających niedocenionego przez szerszą publiczność "Hama Solo". Lubię, kiedy kolejne serie sagi zazębiają się ze sobą, ale przeszkadza mi, że w tym sezonie nie jest to nawet "plot B", a raczej "C" albo nawet "D".
Tak naprawdę ważna jest tu młoda padawanka, Devon Izara. Żyje ona na ulicach miasta, nieustannie temperowana przez swojego mistrza, Eeko-Dio Dakiego, ponieważ brakuje jej pohamowania i pokory. Maul postanawia przeciągnąć ją na swoją stronę, co nie będzie wcale takie proste, ponieważ mimo wszelkich swoich wad, dziewczyna wciąż pozostaje wierna swojemu mistrzowi - jak wcześniej Ahsoka. I to właśnie to podobieństwo do tej ostatniej postaci sprawia, że mam ochotę przychylić się do teorii, że ostatecznie naszemu głównemu bohaterowi uda się przekabacić ją na swoją stronę, że będzie lustrzanym odbiciem Tano i nową wersją znanej z Legend Darth Talon. Z drugiej strony, akurat Filoni i Witwer są zastraszająco dobrze obeznani z kanonem - zarówno starym, jak i nowym - i mogą specjalnie wodzić widza za nos, w zbyt oczywisty sposób sugerując wątki, które nigdy nie nadejdą. Na pewno byłoby to całkiem ciekawe wyciągnięcie przysłowiowego dywanu spod stóp widza. Jeśli coś w tym temacie ma ruszyć już w tym sezonie (drugi został już zamówiony), to przyznam, że po ośmiu odcinkach nie mam pojęcia, w którą stronę skręci fabuła.
Gwiezdne Wojny: Maul - Mistrz cienia (2026) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Więcej tego samego, choć lepiej dopieszczone
Istotnymi trybikami fabuły są kapitan lokalnej policji (można ich tak nazwać?), Brander Lawson oraz jego syn. Ten pierwszy stara się rozwiązać zagadkę nagle zaistniałych gangsterskich porachunków, podczas gdy drugi... Jest w podobnym wieku do Devon, więc wiadomo, że dają jej go, jako kogoś z kim będzie mogła porozmawiać. Podoba mi się, jak Lawson stopniowo zmienia się w oczach widza ze sztywnego stróża prawa w kogoś znacznie bliższego rebeliantom, co dzieje się tak płynnie, że można nawet nie zauważyć, kiedy się to dzieje. To zdecydowanie jedna z ciekawszych postaci tego sezonu, a podkładający mu głos Wagner Moura (tak, właśnie ten Wagner Moura) robi absolutnie świetną robotę, sprzedając nam jego wewnętrzny konflikt. Trochę zawodzi mnie natomiast mistrz Daki, na ten moment będący najwyżej mniej imponującą kopią Yody czy innych "praworządnych dobrych" Jedi. Mam nadzieję, że jego głównym zadaniem nie jest zginąć, aby Devon mogła zacząć kroczyć mu ciemności.
Przyznam, że oglądając pierwsze grafiki i plakaty, miałem wrażenie, że "Mail" będzie taką wysoce stylizowaną animacją na miarę ostatnich filmów animowanych o "Spider-Manie", czy "Żółwi Ninja" i niezapomnianych "Mitchellowie kontra maszyny", lecz w praktyce jest to po prostu kolejny, bardzo delikatny i stabilny, ale przy tym zachowawczy rozwój stylu wypracowanego przy "Wojnach klonów". Od czasu do czasu dostajemy zbliżenie, które wygląda niemal jak obraz olejny, ale mam wrażenie, że dzieje się go głównie w scenach pojedynków na miecze, kiedy światło specyficznie pada na twarze postaci. Prócz tego jest to raczej więcej tego samego, do czego przyzwyczaili nas twórcy - co wcale nie jest żadnym przytykiem w ich stronę! Kompozycja obrazu, to jak kamera jest ustawiona w poszczególnych scenach, jak światło podbija każdą kolejną panoramę, to małe mistrzostwo świata - jakbyśmy oglądali animowane grafiki koncepcyjne od najlepszych mistrzów tego fachu. Przy tym, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że walki na miecze stały się jeszcze bardziej... Gęste, jak gdyby miecze dosłownie kroiły rzeczywistość, zostawiając za sobą długie smugi i blizny na otoczeniu. Próbowałem skonfrontować to wrażenie z siódmym sezonem "Wojen klonów" i tak na oko nie mam pojęcia, czy faktycznie tak jest, czy to tylko moje majaki, lecz jak by nie było, efekt jest bardzo satysfakcjonujący wizualnie.
Czy "Maul" okaże się być najlepszym serialem animowanym w świecie "Gwiezdnych Wojen"? Zdaje się, że czas pokaże, choć wierzę, że nawet jeśli tak się stanie, to raczej nie za sprawą tego tylko sezonu. Dostajemy tu kilka interesujących scen, pozwalającej lepiej zagłębić się w postać tytułowego bohatera, a Devon ma potencjał na stanie się bardzo ciekawą postacią, lecz prócz tego jest to po prostu solidna historia i nic więcej - co samo w sobie nie jest przecież niczym złym.Mam jednak nadzieję, ze dwa ostatnie odcinki jeszcze podkręcą moje oczekiwania na drugi sezon. Odpowiadając na zadane wyżej pytanie, czy warto było robić serial o martwej postaci, napiszę, że na ten moment jeszcze nie wiem. Wciąż mam swoje wątpliwości. Jak zawsze, nie wystawiam ocen końcowych serialom, których jeszcze nie skończyłem, lecz tak na zachętę napiszę, że na ten moment oscyluję gdzieś pomiędzy 7 a 8.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych