Scarpetta (2026) - recenzja i opinia o 1 sez. serialu [Prime Video]. Nicole Kidman w kolejnym kiczu czy hicie?
Kiedy na przełomie wieków Patricia Cornwell redefiniowała literaturę kryminalną, wprowadzając do niej niemal kliniczny chłód prosto z prosektorium, nikt nie przypuszczał, że na wielką, hollywoodzką ekranizację jej flagowego dzieła przyjdzie nam czekać aż do 2026 roku. Bez jej przełomowych powieści z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, takich jak „Post mortem” czy „Materiał dowodowy”, współczesny telewizyjny krajobraz byłby z pewnością uboższy o produkcje pokroju „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas”, „Kości” czy „Dextera”. W dobie, gdy kryminalne, przeciągnięte tasiemce zdominowały gigantyczne platformy streamingowe, Amazon Prime Video wytacza swoje najcięższe działa.
„Scarpetta” z Nicole Kidman i Jamie Lee Curtis to wielomilionowy projekt, który na papierze bez wątpienia pachnie nagrodami Emmy, a w rzeczywistości ekranowej okazuje się niezwykle fascynującym, choć potwornie pękniętym hybrydowym potworem. To nie jest po prostu kolejny mroczny procedural w dusznej konwencji kultowego „Mare z Easttown”. To raczej przedziwny mariaż makabrycznego thrillera z przerysowaną, rodzinną telenowelą, w której wybitne aktorstwo toczy nierówną i często bolesną walkę z absurdalnymi wyborami scenarzystów. Czy zatem legendarna królowa medycyny sądowej powraca na ekrany w pełnej chwale, czy może trafia prosto na zimny stół sekcyjny jako smutna ofiara własnych, wygórowanych ambicji?
Scarpetta (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Prime Video]. Sekcja zwłok na dwóch osiach czasu
Twórczyni serialu, Liz Sarnoff, znana branży z pracy nad takimi telewizyjnymi gigantami jak „Zagubieni” czy „Deadwood”, stanęła przed istnym karkołomnym zadaniem - upchnięciem wielowarstwowej intrygi z potężnych powieści w ramy zaledwie ośmiu odcinków. Zamiast jednak podążać linearnym, sprawdzonym tropem literackiego pierwowzoru, reżyserka serwuje nam niestety dość męczącą, narracyjną przeplatankę. Z jednej strony mamy współczesność, gdzie dojrzała już Kay Scarpetta (w tej roli niezmiennie posągowa, chłodna niczym lód Nicole Kidman) powraca po latach na prestiżowe stanowisko głównego lekarza sądowego w stanie Wirginia. Z drugiej - brutalnie lądujemy w brudnych, skąpanych w dymie papierosowym i otwartym szowinizmie latach dziewięćdziesiątych, aby ze wstrzymanym tchem śledzić jej pierwsze kroki w zdominowanym przez samcze ego świecie organów ścigania. W tym miejscu należą się absolutnie wielkie brawa dla znakomitej, magnetyzującej Rosy McEwen. To właśnie ona z niebywałą subtelnością kradnie każdą scenę jako młodziutka Kay, deklasując momentami swoją o wiele bardziej doświadczoną, starszą odpowiedniczkę.
Główny problem tkwi jednak w tym, że owo arbitralne żonglowanie planami czasowymi błyskawicznie łapie potężną zadyszkę i zaczyna zwyczajnie irytować. Kiedy w teraźniejszości pojawia się makabryczne, mrożące krew w żyłach morderstwo - nagie ciało pozbawione dłoni, spętane linami w sposób do złudzenia przypominający nierozwiązaną, traumatyczną sprawę sprzed niemal trzydziestu lat - jako widzowie podświadomie oczekujemy gęstniejącego z każdą upływającą minutą napięcia i dusznej atmosfery klasycznego śledztwa. Zamiast tego dostajemy rozwlekłą, usypiającą ekspozycję i drętwe dialogi, które brzmią, jakby bohaterowie zmuszeni byli czytać na głos instrukcję obsługi skomplikowanego sprzętu medycznego. Twórcy serialu kompletnie nie potrafią zaufać inteligencji odbiorcy, nader łopatologicznie tłumacząc każdy, nawet najbanalniejszy zwrot akcji. Mimo niezwykle surowej, często wręcz szokująco naturalistycznej oprawy wizualnej - sceny z prosektorium bywają tak obrzydliwie dosłowne, że wymagają od widza stalowego żołądka i wyjątkowo mocnych nerwów - rzeczone śledztwo bezpowrotnie gubi swój pierwotny, pulsujący rytm, grzęznąc w mętnej wodzie zupełnie niepotrzebnych wątków pobocznych. Zamiast spójnego gatunkowo thrillera, otrzymujemy misternie utkaną, ale ostatecznie całkowicie dziurawą sieć zmyłek, w której intryga kryminalna boleśnie rozmywa się na tle melodramatycznych bolączek.
Scarpetta (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Prime Video]. Siostrzane fatum i festiwal aktorskiej szarży
To, co z założenia miało stanowić największą i bezdyskusyjną siłę nośną „Scarpetty”, czyli jej niewiarygodnie gwiazdorska obsada, w ostatecznym rozrachunku okazuje się obosiecznym mieczem, który rani samą strukturę produkcji. Wspomniana Nicole Kidman, etatowa królowa telewizyjnych dramatów klasy premium minionej dekady, gra wybitną panią doktor niemal wyłącznie na autopilocie swojej mocno charakterystycznej, powściągliwej rezerwy. Jej Kay Scarpetta jest do bólu wycofana, bezpiecznie skryta za grubą maską nienagannego profesjonalizmu, co momentami niebezpiecznie graniczy z jawną, emocjonalną katatonią.
W brutalnej, scenariuszowej kontrze do niej staje z kolei bezkompromisowa Jamie Lee Curtis jako jej siostra, Dorothy. Jeśli Kidman jest w tym toksycznym duecie niewzruszoną taflą zamarzniętego jeziora, to Curtis jest po prostu potężnym wybuchem w fabryce tanich fajerwerków. Świeżo upieczona laureatka najwyższych nagród branżowych szarżuje tutaj tak niemiłosiernie, że każda sekunda jej ekranowej obecności grozi fizycznym rozsadzeniem naszych telewizorów. Jej Dorothy to postać permanentnie wibrująca od histerii, krzykliwa, skrajnie egocentryczna, wygłaszająca absurdalne wręcz kwestie o „gubieniu oponki” z naturalnym wdziękiem uciekinierki z bardzo taniego sitcomu.
Ekranowa chemia między tymi dwiema wybitnymi aktorkami jest kuriozalna, w wielu momentach niezamierzenie komiczna, a ich regularne, niebotycznie głośne kłótnie przypominają frontalne zderzenie dwóch zupełnie różnych, niepasujących do siebie seriali. Gdzieś pośrodku tego gigantycznego, narracyjnego chaosu wytrwale próbuje odnaleźć się znakomity w swoim fachu Bobby Cannavale jako detektyw Pete Marino - człowiek szorstki, boleśnie bezpośredni, wprowadzający na sterylny ekran odrobinę klasycznego, rzemieślniczego sznytu brudnego kina noir. Co szalenie ciekawe i z pewnością niezwykle odświeżające, w młodszą wersję twardego detektywa Marino z sukcesem wciela się jego rodzony syn, Jake Cannavale. To genialny, castingowy strzał w dziesiątkę, wnoszący ogromną dozę tak bardzo potrzebnej wiarygodności do nostalgicznej linii czasowej z minionych dekad.
Niestety, nawet najbardziej utalentowani aktorzy z drugiego planu, tacy jak Simon Baker jako powściągliwy agent FBI Benton Wesley, czy chociażby oscarowa Ariana DeBose w ważnej roli piekielnie inteligentnej bratanicy Lucy, nazbyt często toną w bagnie kiepsko zarysowanych, papierowych wymian zdań. Panna DeBose wyraźnie i boleśnie miota się między melodramatycznym, niepotrzebnym przerysowaniem a całkowitą obojętnością. W ten wysoce niepożądany sposób to, co na etapie wczesnej preprodukcji miało być zapewne fascynującym portretem dysfunkcyjnej rodziny uwikłanej w potworne zbrodnie, zamienia się wyłącznie w męczący festiwal histerycznych krzyków.
Scarpetta (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Prime Video]. Widmo w maszynie, czyli o krok za daleko
Jakby tego gigantycznego, koncepcyjnego bałaganu było obiektywnie mało, twórcy najnowszej „Scarpetty” podjęli prawdopodobnie najbardziej niezrozumiałą decyzję artystyczną obecnego sezonu, postanawiając mocno wzbogacić klasyczny i twardo oparty na medycynie procedural o przedziwne, wręcz szokujące elementy taniego science-fiction. To właśnie ten absurdalnie brzmiący wątek najdobitniej udowadnia, jak dramatycznie serial Sarnoff gubi swój gatunkowy kompas na finiszu. Wprowadzenie do namacalnego świata surowej kryminalistyki sztucznej inteligencji, przybierającej łudząco ludzką formę kogoś bliskiego to fabularne, skandaliczne kuriozum, które brutalnie i bez większego uzasadnienia przenosi widowisko w rejony najsłabszych, zapomnianych odrzutów z brytyjskiego „Czarnego lustra”.
Te całkowicie niepotrzebne, dziwaczne wolty fabularne nie tylko skutecznie niszczą gęsty, fenomenalny klimat pieczołowicie wykreowany przez tak zdolnych reżyserów jak David Gordon Green, ale też bezpardonowo odciągają resztki uwagi znużonego widza od fundamentalnego trzonu formatu. Owa uwaga powinna skupiać się na żmudnej, drobiazgowej dedukcji, mozolnym poszukiwaniu nieuchwytnych mikroskopijnych śladów i chłodnym zgłębianiu czystego, ludzkiego zła. Tymczasem, kiedy neurotyczna, rozhisteryzowana do granic możliwości siostra genialnej lekarki zaczyna nagle odbywać na naszych oczach wzniosłe rozmowy z inteligentnym monitorem, a kluczowe, przełomowe dla całego sezonu odkrycia spadają na główną bohaterkę prosto z bezchmurnego nieba niczym obłędny, leniwy narracyjny deus ex machina, z całą pewnością mamy święte prawo poczuć się ordynarnie wręcz oszukani. Serial woli podążać ścieżką największego oporu, zlecając logiczne rozwiązanie zagadki bystrym gadżetom i tanim chwytom.
Scarpetta (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Prime Video]. Zbrodnia (nie)doskonała
Reasumując wszystkie rzucone na stół dowody, „Scarpetta” to wręcz podręcznikowy, błyszczący reprezentant modnego nurtu - luksusowego, perfekcyjnie i stylowo nakręconego śmieciowego jedzenia, podanego przez kelnera na rzeźbionej, srebrnej tacy. Dzieło Amazona potężnie rozczarowuje jako wierna duchowi książek adaptacja, bez litości i skrupułów marnuje ogromny potencjał nieśmiertelnego materiału źródłowego, a co gorsza, potyka się spektakularnie o własne, przerośnięte do niebotycznych rozmiarów artystyczne ego. Mimo ewidentnych, niewybaczalnych grzechów głównych twórców - irytującego, pretensjonalnego nadmiaru wątków pobocznych i dialogów przyprawiających o autentyczny ból zębów - drzemie w tym przerośniętym, telewizyjnym potworze jakaś przewrotna, hipnotyczna wręcz siła przyciągania, której trudno jest się do końca oprzeć.
Jeśli więc siadając przed ekranem, potraficie wspaniałomyślnie przymknąć oko na gigantyczne dziury logiczne i z góry potraktujecie ten sezon jako brutalną, ociekającą krwią i drogimi perukami operę mydlaną, najnowsza telewizyjna wariacja na temat prozy Cornwell z powodzeniem może stać się waszą nową, nieco wstydliwą ekranową przyjemnością. Jeśli jednakże od pierwszych kadrów z naiwną nadzieją wypatrujecie godnego, wyrafinowanego i inteligentnego spadkobiercy wielkiego „Milczenia owiec”, radzę wam szczerze obejść ten wyjątkowo trefny stół sekcyjny bardzo, ale to bardzo szerokim łukiem.
Atuty
- Rewelacyjna Rosy McEwen
- Mroczne i duszne retrospekcje
- Wiarygodny Bobby Cannavale
Wady
- Szarżująca Jamie Lee
- Przeładowana intryga rodzinna
- Nierówna reżyseria
- Absurdalny wątek AI
- Drętwe i sztuczne dialogi
Szkoda tylko, że dynamika rodzinna przytłacza nieco kryminalne sedno, kamera drga tam, gdzie powinna zastygnąć, a emocje zbyt często wykrzykuje się zamiast odgrywać. Mimo wszystko warto zobaczyć.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych