Młody Sherlock (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Elementarne dedukcje i barowe bójki
Krnąbrny młodzieniec, Sherlock Holmes, ładuje się w jedne tarapaty za drugimi. Aby dać mu nauczkę, starszy brat załatwia mu pracę na Oxfordzie. Nie ma pojęcia, że wkrótce rozegra się tam seria tajemniczych morderstw, a jego brat znajdzie się w centrum tych wydarzeń.
Dzisiejszy serial współtworzył, między innymi, Guy Ritchie, reżyser dwóch filmów o Holmesie z Robertem Downeyem Juniorem w roli głównej. Można powiedzieć, że marka jest w bezpiecznych rękach, bo przecież ludzie lubili tamte filmy, a Downey i Jude Law tworzyli świetny duet jako Sherlock i Doktor Watson. Entuzjaści książkowego oryginału mieli z nimi jednak pewien problem. Problem, który przebił się też do dzisiejszego serialu. Mianowicie...
To nie jest Sherlock Holmes! Postać grana przez Hero Fiennesa Tiffina (młody Voldemort z "Harry Potter i Książę Półkrwi") jest ja swój sposób sympatyczna, a aktor robi z nią dobrą robotę, ale prócz nazwiska nie ma on zbyt wiele wspólnego z postacią Doyle'a. Tak samo Mycroft (Max Irons), choć akurat tutaj już teraz widać mglisty kształt postaci, którą koniec końców się stanie. Dorzucili mu też dramatyczną, rodzinną historię, kolejną, po Enoli i Eurus, młodszą siostrę, a James Moriarty (Donal Finn), to teraz najbliższy przyjaciel naszego bohatera. Ze studiów. Rozumiem, że zamysł jest taki, aby powoli mogli ewoluować sobie w coś bliskiego tych wersji postaci, które znamy, ale osobiście tego nie kupuję. Można było nazwać ten serial w dowolny inny sposób i nikt by nawet nie zauważył, że coś jest nie tak. A sam serial wciąż byłby dobry - po prostu nieporównywalnie mniej popularny.
Młody Sherlock (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Holmes i Moriarty, najlepsi przyjaciele
Podoba mi się, jak niepozornie rozpoczyna się fabuła serialu i jak daleko i głęboko ostatecznie sięgają macki jej fabuły. Można, oczywiście, śmiać się z tego, jak ta niby przypadkowa sekwencja wydarzeń prowadzi ostatecznie zgrabnie do Sherlocka i jego rodziny, ale jeśli zgodzić się na zastosowaną przez scenarzystów konwencję, historia pierwszego sezonu może dostarczyć całkiem sporo solidnej jakości rozrywki. Scenariuszowych naiwności i wyraźnych sygnałów, że twórcy serialu trochę się spieszyli - zapewne obawiając się, czy uda im się dostać drugi sezon - jest tu znacznie więcej. Nie będę ich tu zbyt wielu wymieniał, bo szkoda spoilować pół serialu, więc niech wystarczy jedna obserwacja - to dosyć zabawne, jak wiele istotnych dla mitologii Holmesa postaci spotyka się w tym samym miejscu i czasie w swojej młodości. Jednym z policjantów badających sprawę, przy której grzebie Sherlock, to nie kto inny, jak sam posterunkowy Lestrade (Scott Reidd)!
Fabuła właściwą zaczyna się od przybycia Sherlocka do Oxfordu. Wkrótce po nim, na miejsce przybywa chińska księżniczka (Zine Tseng), wioząc ze sobą cenne manuskrypty z dalekiego wschodu. Kiedy zawierający je zwój zaginie, tylko Holmes, wspierany przez zawadiackiego Moriarty'ego, da radę dociec prawdy stojącej za zuchwałą kradzieżą. Brzmi trochę mało ambitnie? Już w kolejnym odcinku na uczelni pojawią się pierwsze zwłoki, a wkrótce po tym intryga nabierze charakteru światowego, z tajnymi rządowymi projektami, zdradami i zemstą w tle. Pierwszy sezon trwa osiem odcinków, a gigantyczna liczba wepchniętych doń pomysłów zwyczajnie nie pozwala się nudzić.
Młody Sherlock (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Wizualny majstersztyk
Śladem filmów Ritchiego, serial wygląda nienagannie elegancko. Pięknie dopasowane stroje sugerują, że dosłownie każda jedna postać jest znawcą mody. Świetnie skrojone, tweedowe garnitury pasują jak ulał do murów starej uczelni czy wnętrz kawiarni czy starych domostw. Jest to jednak ten sam typ realizmu, do którego Ritchie już nas przyzwyczaił - poprzeczka podniesiona jest dosyć wysoko, widz zdaje sobie sprawę, że prawdziwy świat RACZEJ tak nie wyglądał, ale w obrębie ram wyznaczonych przez serial, wszystko wygląda absolutnie doskonale.
Całkiem interesująco wyszły również sceny Sherlocka będącego w trakcie rozgryzania jakiegoś problemu. Do tej pory obraz robił pauzę albo dosłownie przenosiliśmy się w metafizyczny umysł głównego bohatera albo, ewentualnie, obserwowaliśmy po prostu jak gadał do siebie i wyglądał w trakcie jak kompletny psychopata. "Młody Sherlock" proponuje nowe rozwiązanie - akcja staje w miejscu, ale nie uzyskano tego obrabiając obraz, a po prostu prosząc aktorów żeby przestali się ruszać. Trudno w takim przypadku o doskonałość, ale reżyserzy wcale o nią nie prosili, więc aktorzy chwieją się, drgają jak dzieci grające w "raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy". Efekt jest całkiem zabawny, ale pasuje do klimatu, w którym utrzymany jest cały serial. Problem stanowić jednak będzie dla wszystkich tych, którzy liczą na bardziej poważną produkcję.
Serial Richie'ego i Matthew Parkhilla traktuje opowiadania o Sherlocku jedynie jako bazę, majaczący gdzieś daleko horyzont, do którego zdążą jeszcze dojść, więc postacie zbudować trzeba było samodzielnie. I powiedziałbym, że tak jak większość z podjętych przez nich decyzji wypada bardzo korzystnie, tak część pudłuje w bardzo wstydliwy sposób. Najbardziej irytowało mnie z jaką pogardą traktowany jest Mycroft, w dodatku ciągle będąc przyrównywanym do swojego genialnego brata. Ale przecież ani Mycroft nie wsławił się niczym strasznie nudnym, ani jego brat nie zrobił niczego, co mogłoby wywoływać aż tak wielki entuzjazm. Tak jakby scenarzyści chcieli abyśmy mieli konkretne zdanie na czyjś temat, niezależnie od tego czy je sobie wypracowali. Na szczęście, główna relacja, czyli Sherlock i Moriarty, wyszła bardzo dobrze. Chłopaki bezapelacyjnie są przyjaciółmi, uzupełniając się we wszystkich istotnych sprawach, ale przy tym od początku ma się wrażenie, że są od siebie zbyt różni, aby przyjaźń ta mogła przetrwać - i wrażenie to pogłębia się z każdym mijającym odcinkiem.
"Młody Sherlock" to taka specyficzna produkcja. Fani postaci będą ostro zawiedzeni wersją historii, którą proponują im scenarzyści, ale jeśli zostaną na dłużej, prawdopodobnie zauważą, że to po prostu solidnie napisana i bardzo dobrze zrealizowana przygoda telewizja, pełna akcji, wyrazistych postaci i jeszcze raz akcji. Całkiem nieźle, jak na chamskie podpinanie się pod znaną markę.
Atuty
- Pięknie wygląda;
- Mnogość wątków, z których można korzystać;
- Świetny duet Holmes z Moriarty;
- Dobre tempo;
- Składna, dynamicznie rozwijająca się fabuła.
Wady
- Ma niewiele wspólnego z Sherlockiem Holmesem;
- Sporo naiwnych, wygodnych rozwiązań.
"Młody Sherlock" to po prostu solidny serial przygodowy osadzony w minionej epoce. Z Holmesem ma niewiele wspólnego, ale broni się jako swoja własna, porządnej jakości produkcja.
Przeczytaj również
Komentarze (6)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych