W okamgnieniu (2026) - recenzja filmu [Disney+]. Wielkie idee w małym metrażu

W okamgnieniu (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Wielkie idee w małym metrażu

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 19:00

Kiedy Andrew Stanton, wizjoner i ojciec sukcesu takich animowanych arcydzieł jak „WALL-E” czy „Gdzie jest Nemo?”, zapowiada epicką opowieść science fiction, w której czas i przestrzeń splatają się w intymnym tańcu, oczekiwania z miejsca szybują w stratosferę. Jego najnowsze dzieło, „W okamgnieniu” (ang. In the Blink of an Eye), debiutujące w 2026 roku i dostępne na platformie Disney+, to projekt, który w bólach rodził się przez długie lata. Zapowiadany jako monumentalna medytacja nad istotą człowieczeństwa, ostatecznie przybrał formę dzieła zadziwiająco zwięzłego.

I choć widzowie niezwykle często poszukują tej historii pod hasłem serialu - zapewne z uwagi na trzytorową, nowelową konstrukcję i tematyczny rozmach, które instynktownie sugerują dłuższą formę telewizyjną - mamy tu do czynienia z zaledwie 94-minutowym filmem. I być może w tej potocznej pomyłce tkwi najważniejsza, nieuświadomiona diagnoza krytyczna, że ta opowieść wręcz krzyczy o więcej oddechu i czasu ekranowego. Stanton zabiera nas w karkołomną podróż od prehistorycznych jaskiń, przez współczesne laboratoria uniwersyteckie, aż po sterylne pokłady statków kosmicznych, próbując w jednym krótkim oddechu zmieścić całą ewolucję ludzkich emocji. Efekt? Fascynujący, choć boleśnie pęknięty eksperyment, w którym gigantyczne, filozoficzne ambicje zderzają się z zadyszką narzuconą przez bezlitosny montaż.

Dalsza część tekstu pod wideo

W okamgnieniu (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Ambicja, która przerosła ewolucję

Scenariusz, za który odpowiada Colby Day, to bez wątpienia materiał na wielką literaturę albo gęstą, wielosezonową sagę. Fabuła „W okamgnieniu” została rozpięta na trzech odległych od siebie osiach czasu, które łączy uniwersalny motyw poszukiwania więzi, instynktu przetrwania i żmudnego radzenia sobie ze stratą. Z jednej strony obserwujemy surową i brutalną walkę o byt rodziny neandertalczyków, dla których każdy kolejny świt jest wielkim zwycięstwem nad bezlitosną naturą. Z drugiej lądujemy w teraźniejszości, gdzie wybitna antropolożka Claire (w tej roli pełna subtelności Rashida Jones) mierzy się z powolnym odchodzeniem matki, jednocześnie nawiązując nieśmiały, pełen intelektualnego napięcia romans z kolegą po fachu Gregiem (urokliwy Daveed Diggs). Trzecia linia czasowa katapultuje nas setki lat w przyszłość. Na pokładzie sunącego przez galaktyczną próżnię statku poznajemy Coakley (zaskakująco stonowana Kate McKinnon), pilotkę misji kolonizacyjnej, która w towarzystwie pokładowej sztucznej inteligencji musi stawić czoła śmiertelnemu zagrożeniu.

Stanton próbuje spleść te trzy narracje w jedną wielką filozoficzną wstęgę Mobiusa. Używa wizualnych i symbolicznych kotwic - takich jak powracający w różnych formach motyw żołędzia, stanowiącego metaforę życia - które mają pełnić funkcję podobną do słynnego monolitu z „2001: Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka czy kosmicznego drzewa ze „Źródła” Darrena Aronofsky'ego. Problem polega na tym, że reżyser ewidentnie zapomina, iż w kinie aktorskim psychologiczne skróty myślowe działają zupełnie inaczej niż w mistrzowskiej animacji. To, co w „WALL-E” potrafiło wycisnąć łzy za pomocą dwóch spojrzeń zardzewiałych robotów, tutaj domaga się pogłębionego, werbalnego i emocjonalnego tła. Skacząc w pośpiechu z epoki do epoki, twórcy nie pozwalają nam na moment zatrzymać się i naprawdę poczuć ciężaru dramatu poszczególnych postaci. Każdy z wątków sprawia wrażenie prędkiej noweli, z której ktoś w postprodukcji wyciął sceny kluczowe dla właściwego rezonansu. Stanton ma w ręku najprawdziwsze perły, ale zgubił gdzieś nić, na którą mógłby je trwale i sensownie nawlec.

W okamgnieniu (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Gwiazdorska obsada w próżni

Aktorstwo to z pewnością najjaśniejszy, wręcz pulsujący blaskiem punkt tej międzygalaktycznej podróży, choć i na tym polu twórcy stawiają przed obsadą zadania iście karkołomne. Rashida Jones jako Claire dźwiga na swoich barkach największy ciężar emocjonalny całej produkcji. To portret kobiety inteligentnej, a zarazem tragicznie rozdartej pomiędzy fascynacją odległą przeszłością a bólem wymykającej się z rąk teraźniejszości, wypada niesamowicie wiarygodnie i poruszająco. Z kolei Daveed Diggs, aktor o wręcz wrodzonej charyzmie, robi absolutnie wszystko, co w jego mocy, aby z dość płasko napisanej postaci Grega wykrzesać odrobinę życia, ciepła i namiętności. Chemia między tą dwójką jest wyczuwalna, ale zaledwie naszkicowana palcem na wodzie, nieustannie duszona w zarodku przez bezlitosny rytm filmu, odsyłający nas nagle na mroźną plażę praczłowieka lub w objęcia kosmosu.

Największym artystycznym objawieniem jest jednak Kate McKinnon. Aktorka kojarzona dotąd z wybuchowym komizmem i ekranową szarżą („Saturday Night Live”, „Ghostbusters”), tutaj całkowicie zrzuca błazeńską maskę, oferując widzom kreację wyciszoną, nasyconą rzadko spotykaną melancholią i egzystencjalnym osamotnieniem. Jej kameralne sceny, w których prowadzi chłodne dysputy z maszyną (notabene obdarzoną głosem samej Jones), mają w sobie klasyczny urok najszlachetniejszego sci-fi. Niestety, ułudę burzą same dialogi. Sentencje, które w kinie familijnym brzmiałyby jak wspaniały morał, wypowiadane przez żywych aktorów dramatycznych nierzadko ociekają niepotrzebnym patosem. Paradoksalnie, najbardziej poruszający i autentyczny okazuje się wątek neandertalczyków, gdzie zamiast słów przemawiają instynkty, zziębnięte gesty i spojrzenia pełne zwierzęcego strachu. Brak werbalnej ekspresji w prehistorycznych sekwencjach staje się ożywczym wytchnieniem od przeintelektualizowanego bełkotu, na który cierpi przyszłość i teraźniejszość.

W okamgnieniu (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Wizualna poezja czy korporacyjny wygaszacz ekranu?

Od strony formalnej i estetycznej „W okamgnieniu” to dzieło potężnych, acz wysoce nierównych kontrastów. Za obłędne zdjęcia odpowiada tu Ole Bratt Birkeland i trzeba przyznać, że jego obiektyw potrafi wyczarować na ekranie surową magię. Sekwencje z udziałem prehistorycznej rodziny zachwycają chropowatym naturalizmem i brutalnym pięknem. Niemal fizycznie czujemy przeraźliwy ziąb bijący od niegościnnych skał i kruchą naturę ludzkiego bytu w obliczu bezwzględnych żywiołów. Ten pierwotny mistycyzm mocno kontrastuje ze zgrabnie sfotografowaną, lecz do bólu konwencjonalną współczesnością, a w szczególności - mocno sterylną, wygenerowaną w komputerowym tyglu przyszłością. Wnętrza statku badawczego bywają momentami zbyt sterylne, pozbawione organicznej faktury, co w połączeniu z niektórymi słabszymi teksturami przypomina bardziej drogą, estetyczną reklamę medycznego sprzętu lub chłodny korporacyjny wygaszacz ekranu, niż wiarygodną scenografię kosmicznej epopei.

Prawdziwym gwoździem do trumny tej ambitnej konstrukcji jest jednak finał. Reżyser, usilnie chcąc domknąć wszystkie wątki w ostatecznej, transcendentnej konkluzji o jedności wszechrzeczy, wpada w pułapkę taniego dydaktyzmu. Zwieńczenie filmu, które miało zostawić widza z poczuciem głębokiego katharsis, sprawia wrażenie mechanicznie doklejonej prezentacji zjazdowej dla akcjonariuszy. Zamiast obiecanej subtelnej poezji o ewolucji ludzkiego ducha, otrzymujemy finalnie produkt próbujący sprzedać nam wielkie filozoficzne koncepcje w nieco zbyt krzykliwym, sztucznym opakowaniu.

W okamgnieniu (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Podsumowanie

„W okamgnieniu” to kino, którego nie sposób brutalnie skreślić, ale równie trudno jest je bezwarunkowo pokochać. To piękna w swoich czystych intencjach, lecz potwornie niedoskonała w realizacji porażka wybitnego twórcy. Andrew Stanton zapragnął nakręcić uniwersalny traktat o miłości, bólu przemijania i bezkresnej ewolucji, ale wtłoczył go w metraż, który ledwo wystarczyłby na odcinek dobrze napisanego miniserialu.

Zdecydowanie brakuje tu tlenu, aby historia mogła w pełni wybrzmieć. Niemniej produkcja broni się nastrojową ścieżką dźwiękową, wyborowymi kreacjami aktorskimi na czele ze świetną McKinnon i urzekającymi kadrami z najdawniejszych dziejów Ziemi. To wizja, która pomimo swoich pęknięć mocno osiada pod powiekami - fascynuje odważnym zarysem, nawet jeśli frustruje brakiem satysfakcjonującej głębi.

Advertisement

Atuty

  • Świetna Kate McKinnon
  • Wizualny rozmach
  • Odważna koncepcja

Wady

  • Banalny i niedopracowany scenariusz
  • Płaskie dialogi
  • Niewykorzystany potencjał

Seans na Disney+ to z pewnością doświadczenie godne polecenia każdemu, kto w kinie ceni twórcze ryzyko ponad bezpieczną przeciętność. A innych widzów o bardziej wysublimowanym guście będzie to tylko strata czasu.

6,0
Łukasz Musialik Strona autora
cropper