Krzyk (1996) - retro recenzja [SkyShowtime] Narodziny legendy i horroru XXI. wieku

Krzyk (1996) - retro recenzja, opinia o filmie - Narodziny legendy i horroru XXI. wieku

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00

Weekendowa premiera filmu “Krzyk 7” skłania do tego, by powrócić do mającej swoją premierę w 1996 roku pierwszej odsłony serii, wyreżyserowanej przez Wesa Cravena, przy wydatnym udziale autora scenariusza Kevina Williamsona, który okazał się prawdziwym powiewem świeżości dla gatunku. Nie tylko bowiem obu twórcom udało się tchnąć ducha w mocno zatęchły podgatunek slashera, ale również stworzyli wzór samoświadomego horroru XXI wieku.

Choć trudno w to dziś uwierzyć to w ostatniej dekadzie poprzedniego stulecia filmowy horror znalazł się w ogromnym dołku. Z jednej strony padając ofiarą ciągłych porównań do poprzedniej dekady, w której na dużym ekranie przedstawiono tak ikoniczne postacie jak Freddy Krueger czy Jason Voorhees, a z drugiej wyraźnie nie potrafiąc nawiązać dialogu z młodą publicznością. Często postrzegającą kolejne części znanych marek typu “Halloween” czy “Piątek trzynastego” jako próbę odcinania kuponów od dawnej świetności. Nieliczne przypadki typu “Candyman” okazywały się fenomenami bardziej kulturowymi, dopiero po pewnym czasie wytwarzając wokół siebie aurę filmu kultowego. W modzie, zwłaszcza po ogromnym sukcesie “Milczenia owiec”, a później także “Siedem” były thrillery i właśnie tym mianem określane było wiele późniejszych filmów grozy, nawet tych z elementem nadnaturalnym, takich jak choćby “Szósty zmysł” M.Night Shyamalana.

Dalsza część tekstu pod wideo

Zwykło się w tym momencie mówić o tym, że ratunek dla gatunku przyszedł z dwóch stron: wykorzystaniu formuły swoistego mockumentu, który pozwalał jak najmocniej zatrzeć granicę pomiędzy rzeczywistością a filmową fabułą, a z drugiej pójście drogą kompletnego pastiszu. Nie jest to jednak wcale tak proste. O ile bowiem w pierwszym przypadku można wskazać tytuł, realizujący te założenia w stu procentach i jest to rzecz jasna “Blair Witch Project”, które zawładnie wyobraźnią horrorowej (i nie tylko!) widowni już w końcówce dekady, o tyle “Krzyk” bardzo ciężko nazwać czystą parodią gatunkowych schematów. Nie tylko dlatego, że tworzący do niego scenariusz Kevin Williamson miał się inspirować serialem dokumentalnym o zbrodniach rzeczywistego seryjnego mordercy, Danny’ego Rollinga, ale również dlatego, że jako fan gatunku bardzo dobrze znał nie tylko jego mechanizmy, ale też specyficzny sposób, w jaki zaczął on funkcjonować wewnątrz typowej horrorowej widowni. Stąd był tylko krok od uczynienia mordercy fanem kina grozy i wrzucenia go w fabułę mniej lub bardziej klasycznego “whodunnita”, którego od biedy można by nawet porównać do serii animacji Hanna Barbera o Scooby Doo. 


Krzyk (1996) - retro recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime] Autoironiczny ton, zabawa z konwencją

Gdy ogłoszono, że “Krzyk” trafi do kin pod koniec grudnia 1996 roku — czasu zarezerwowanego dla familijnych hitów i świątecznych pocztówek — wielu przecierało oczy ze zdumienia. Horror na Gwiazdkę? To brzmiało jak komercyjne samobójstwo. A jednak decyzja ta okazała się jednym z najbardziej błyskotliwych ruchów dystrybucyjnych dekady. Film Wesa Cravena nie tylko bowiem nie miał wówczas realnej konkurencji w swoim gatunku, ale przede wszystkim idealnie wstrzelił się w nastroje części widowni zmęczonej wszechobecną świąteczną atmosferą, już wtedy mocno zalatującą czystą komercją. W okresie, gdy ekrany zalewała fala familijnego ciepła, historia zamaskowanego mordercy grasującego w fikcyjnym Woodsboro działała jak zimny prysznic — i właśnie tego wielu widzów potrzebowało. Co więcej, bardzo szybko zaczęto mówić, że to nie jest „kolejny slasher”. Pogłoski o świeżości, autoironicznym tonie i zabawie konwencją rozchodziły się daleko poza krąg wiernych fanów horroru. „Krzyk” stał się wydarzeniem — filmem, który nie tylko straszył, ale też nieustannie komentował własny gatunek, wybijając się ponad schematy, które zdążyły już skostnieć.

I rzeczywiście — już otwierająca sekwencja z udziałem Drew Barrymore robi piorunujące wrażenie. To jedno z tych wejść, które natychmiast ustawiają ton całej opowieści. Od pierwszych minut staje się jasne, że nie oglądamy kolejnego horroru żerującego na zużytym, przewidywalnym imaginarium, lecz film świadomie igrający z własną konwencją. Ta przewrotność wybrzmiewa najmocniej w cytacie, który pada dopiero pod koniec filmu i staje się swoistym manifestem twórców: „Filmy nie czynią z ludzi psychopatów. Filmy sprawiają, że psychopaci stają się bardziej kreatywni”. To zdanie nie tylko motywuje działania „myśliwych”, ale też ustawia zachowania potencjalnych ofiar. Bohaterowie są tu zaskakująco rozsądni — znacznie bardziej niż w większości wcześniejszych slasherów — a ich gatunkowa samoświadomość bywa źródłem ironii i meta-żartu. Film jednocześnie korzysta z reguł horroru i bezlitośnie je punktuje, jakby chciał powiedzieć: znamy te sztuczki na pamięć, więc spróbujmy zagrać nimi inaczej!

Krzyk (1996) - retro recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime] Precyzyjne balansowanie pomiędzy pastiszem a autentycznym napięciem

Ogromny sukces serii wynika z jej nieustannego, zaskakująco precyzyjnego balansowania między pastiszem a autentycznym napięciem, które najmocniej wybrzmiewa w scenach konfrontacji. Ikoniczny Ghostface nigdy nie był figurą na miarę Michaela Myersa czy Jasona Voorheesa. Bezwzględnych, niemal nadludzkich maszyn do zabijania, uosabiających nieuchronną, karzącą rękę (nie)sprawiedliwości. Zamaskowany nożownik z Woodsboro bywa rozczulająco nieporadny, potyka się, przewraca, czasem przypomina bohatera slapstickowej komedii. Jego siłą nie jest nadludzka sprawność, lecz upór i zadziwiająca odporność — ogromna determinacja sprawiająca, że po kolejnym upadku natychmiast wraca do pościgu. Ta celowa demitologizacja oprawcy sprawia, że groza nabiera innego wymiaru: bardziej ludzkiego, a przez to bliższego. Film z równą swobodą rozgrywa też galerię pozornie sztampowych postaci, stopniowo nadając im głębię. Nieważne, czy chodzi o wścibską reporterkę żądną sensacji, gotową na wszystko, by znaleźć się w centrum uwagi, czy o stereotypową nastolatkę naznaczoną traumą — każda z tych figur z czasem wymyka się prostym definicjom. 

Jak wiadomo jednak co za dużo to niezdrowo, a to co w momencie premiery wydawało się świeże i kreatywne po dłuższym czasie traci swój urok i tak jest również w tym przypadku. Dziś film Wesa Cravena nadal potrafi rozbawić, a nawet zadumać, zwłaszcza nad współczesną kondycją gatunku, ale jednocześnie liczne autotematyczne nawiązania, jakimi najeżone zostały dialogi czy sam scenariusz sprawiają wrażenie dodawanych na siłę. Objawia się to zwłaszcza w histerycznie przegadanej końcówce, rażącej w dodatku kompletnie przerysowanym, wysilonym aktorstwem, zwłaszcza potwornie się tu zagrywających Skeeta Ulricha i Matthew Lillarda. Oglądanej z rosnącą irytacją w wyczekiwaniu na zakończenie. Aż dziw, że po takim zakończeniu serii w jej kolejnych odsłonach udawało się momentami odzyskać świeżość, wciąż potrafiąc zaskakiwać swoich fanów. 

Ostatecznie jednak seria “Krzyk” poradziła sobie nie tylko z problemem ciągłego odświeżania swej autotematycznej formuły, ale także jej wyśmiania przez Keenena Ivory Wayansa, w mającym swoją premierę cztery lata później “Strasznym filmie”. Komediowo-horrorowym widowisku, teoretycznie idącym drogą Williamsona i Cravena, bo również mocno zanurzonym gatunku, ale tak naprawdę traktującym go bardzo powierzchownie. Na tle parady lepszych lub gorszych żartów legendarny horror z 1996 roku błyszczy dziś nie tylko dużo głębszym zrozumieniem mechaniki gatunku, ale również poważniejszym traktowaniem widowni, do której był kierowany. 

Advertisement

Atuty

  • Znakomite otwarcie
  • Humor, ironia, gra z konwencją obecna w niemal każdym momencie
  • Prosta, ale przez to znakomita charakteryzacja Ghostface’a
  • Nieustanne balansowania na granicy pastiszu i napięcia, objawiające się zwłaszcza w scenach pościgów
  • Ciekawie zarysowane i rozwijające się z czasem relacje pomiędzy głównymi bohaterami
  • Doskonała oprawa audiowizualna

Wady

  • Mocno przeciągnięte zakończenie z histerycznie przerysowaną grą aktorów, którzy starają się chyba aż zbyt mocno

Choć od premiery filmu Wesa Cravena minęły prawie dokładnie trzy dekady “Krzyk” to nadal znakomite, niezwykle pomysłowe widowisko, do którego powraca się z ogromną przyjemnością.

9,0
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper