Romeo is a Dead Man (PS5) - recenzja gry. Suda51 wraca do formy

Romeo is a Dead Man (PS5) - recenzja gry. Suda51 wraca do formy

Paweł Musiolik | Dzisiaj, 15:30

Goichi Suda to wyjątkowo specyficzny twórca, wierny od samego początku swoim ideałom tworzenia gier. Jego produkcje, często nadzwyczaj niszowe, albo się kocha, albo przechodzi się obok, kiwając głową z braku zrozumienia do jego twórczości. Wydawać by się mogło, że tworzący od 1993 roku autor nie jest w stanie już niczym nas zaskoczyć. Okazuje się jednak, że nawet tworząc pozornie podobną do swoich wcześniejszych dokonań produkcję, jest w stanie nas zaczarować.

Już pierwszy zwiastun zapowiadający Romeo is a Dead Man pokazał nam, że nie będziemy mieli do czynienia ze zwyczajną grą. Przynajmniej jeśli chodzi o opowiadaną historię. Szybko okazało się jednak, że również pod względem rozgrywki mamy do czynienia z czymś… unikatowym? Dziwnym? Czymś, co trudno wrzucić w jakieś ramy i sensownie określić? Tak, zdecydowanie coś w ten deseń. Romeo is a Dead Man jest chaosem, w którym pozornie nic nie ma sensu, a w praktyce wszystko pasuje do siebie idealnie.

Dalsza część tekstu pod wideo

Romeo is a Dead Man #1
resize icon

Romeo is a Time Travelling Man

Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym w ogóle jest Romeo is a Dead Man, moja odpowiedź poprzedzona byłaby westchnieniem, później zbieraniem myśli i kombinowaniem, jak przedstawić wszystkie informacje, by nie zabrzmiało jak psychodeliczny sen kogoś, kto dawno postradał zmysły. Dla fanów Sudy51 wystarczy, że napiszę to jego sztandarowa gra pełna odwołań (mniej lub bardziej subtelnych) to jego poprzednich dzieł. Niektóre pomysły, obecne w jego starszych grach, wracają tutaj zmiksowane i podane w nowej formie i zaskakująco — są świeże. Dla Was historia znacznie szybciej nabierze sensu i zależnie od tolerancji na głupoty, będziecie siedzieć z bananem na ustach lub, przy jej braku, poklepiecie się po głowie.

A co mam powiedzieć komuś, kto z twórczością Goichiego Sudy nie jest zaznajomiony? Cóż, synek, usiądź, bo to trzeba na spokojnie. Nasz główny bohater — Romeo Stargazer — prawie ginie na początku gry. Od niechybnego losu, ratuje go jego własny dziadek podróżujący w czasie i przestrzeni. I unikając jakichkolwiek spoilerów (nie będę psuć Wam zabawy w próbę zrozumienia, co właśnie się odwaliło), powiem, że to jest najnormalniejsza rzecz w tej grze. Romeo wędruje po różnych okresach w poszukiwaniu swojej tajemniczej miłości — Juliet, a przy okazji musi, a jakżeby inaczej, ocalić świat. Z racji tego, że mamy do czynienia z różnymi osiami czasu, to nasz młodzian jest znacząco w tym pogubiony. Fabuła podawana jest w mocno poszatkowany sposób, nawiązując często do starszych gier Sudy, przez co może wydawać się przez większość czasu bezsensowna. Jednak im dalej w las, tym kolejne klocki zaczynają do siebie pasować i zaczyna nam się wydawać, że rozumiemy, co chce przekazać Suda. Cóż, do czasu. To, jednak zostawię Wam samym do odkrycia.

Romeo is a Dead Man #2
resize icon

Romeo is a Strange Man

Pomieszanie z poplątaniem wchodzi także w aspekt rozgrywki. Można co prawda uznać, że większą część rozgrywki stanowi po prostu przygodowa gra akcji na modłę No More Heroes czy Killer7. Poza tym mamy tutaj trochę collectathonu, ktoś przy odrobinie uporu może znaleźć tutaj soulslike’owe aspekty (choć osobiście bym aż tak daleko nie wybiegał). Mamy tutaj także sporo czytania, czego niejedna VN-ka by się nie powstydziła. To, czego na szczęście nie ma, to otwarte lokacje. Każdy rozdział to jeden mniejszy lub większy, raczej liniowy poziom (poza praktycznie jednym), który podzielony jest dodatkowo na killroomy. Zarówno walce, jak i eksploracji ciężko na dłuższą metę coś zarzucić. W starciach z wrogami możemy korzystać zarówno z broni białej, jak i broni palnej, odpalać przeróżne kombinacje ciosów, a atakowani przez nas przeciwnicy oblewają nas fontanną krwi, która jednocześnie ładuje specjalny pasek pozwalający na użycie specjalnego, mocnego ataku. Silniejsi przeciwnicy ponadto mają wyraźnie zaakcentowane słabe punkty i to od nas zależy, czy pozbędziemy się ich w ten sposób wyjątkowo szybko, czy będziemy oklepywać, żeby naładować sobie krwią wspomniany wcześniej pasek.

Dziwactwa Sudy są obecne też i w tym aspekcie. W trakcie ubijania zastępów wrogów istnieje szansa, że otrzymamy nasiono z umarlakiem, które musimy później zasadzić w naszym kosmicznym statku. Po 10 minutach wyrywamy go jak dziadek rzepkę, po czym możemy go wyekwipować i korzystać z ataków specjalnych przez niego oferowanych. Truposzy możemy łączyć w celu stworzenia nowych „gatunków” lub wzmocnienia istniejących. Rozwój Romeo także nie mógł być zrobiony w „normalny” sposób. Sprawa wygląda następująco, za pokonanych wrogów otrzymujemy walutę, którą możemy wydawać w sklepie, kupując lepszy oręż, akcesoria lub na ulepszenie siły bohatera. Ten ostatni aspekt jest ciekawy, gdyż zostajemy wrzuceni do dwuwymiarowej planszy, po której poruszamy się malutki pojazdem napędzany naszą walutą. Na planszy porozrzucane są ikony wzmacniające bohatera, więc by nie marnować waluty, musimy sobie ustalić zawczasu najkrótszą drogę między nimi. Jest to absurdalnie głupie i szczerze, niepotrzebnie skomplikowane, niemniej po prostu pasuje do Romeo is a Dead Man. Każda aktywność na statku, który jest naszą bazą wypadową, ma swoje unikatowe menu i stylistykę, co jeszcze potęguje wrażenie pozornego chaosu. 

Suda nie daje nam wytchnienia w swoich szalonych pomysłach nawet na chwilę. Jeśli nie zajmujemy się hodowlą truposzy, możemy zająć się gotowaniem dań aktywujących pozytywne statusy w trakcie walki. Między rozdziałami możemy wskoczyć do kosmicznego statku i czymś, co przypomina minigrę z Kingdom Hearts, latamy od celu do celu, niszcząc fragmenty kosmicznych śmieci, z których wypadają nam zasoby. Jako przełamanie standardowej eksploracji i rozgrywki, trafiamy do wirtualnego wymiaru, gdzie rozwiązując proste zagadki logiczne, musimy zebrać klucze potrzebne do otworzenia wrót, za którymi czeka na nas boss. Z początku stanowi to miłe przełamania standardowego „” gry, jednak w drugiej połowie gry zaczęło to robić się męczące. 

Romeo is a Dead Man #3
resize icon

Romeo is a Art Man

Należę raczej do grona ludzi, dla których w grach wideo największą rolę w grach wideo odgrywa rozgrywka. Nie znaczy to jednak, że tam, gdzie stylistyka i oprawa dźwiękowa odgrywa ważną rolę, jestem ślepy na te zabiegi. Romeo is a Dead Man to produkcja, która z racji swojej ekstrawaganckiej stylistyki i szalonego, poszatkowanego sposobu podawania historii nie trafi do każdego. Widać, że Suda51 w trakcie tworzenia swojej najnowszej gry musiał mieć sporo zabawy i każdy, nawet najdziwniejszy pomysł został zaimplementowany. Dla mnie momentami Romeo is a Dead Man bywało zbyt przegadane jak na grę akcji, a dialogi niepotrzebnie były komplikowane. Za to bardzo do gustu przypadły mi zabawy stylem poszczególnych rozdziałów i sposobem rozgrywki. Wędrujemy do lat 70. ubiegłego wieku, gdzie wraz z nieumarłą hipiską-detektyw, rozpracujemy kult skupiony wokół wywodzącego się ze starożytnego Rzymu gladiatora. Wskoczymy do bardziej kolorowych lat 80., zahaczymy o późniejszą dekadę, a nawet o dyskotekowy przełom milenium. To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to rozdział, gdy Romeo trafia do opuszczonego szpitala psychiatrycznego. Suda daje odpowiedź, co powstanie, gdy swoje szaleństwo zmiksuje się z Silent Hillem, Fatal Frame i odrobiną Resident Evil.

Przyjemność w trakcie gry przynoszą także stylizowane, komiksowe scenki przerywnikowe, pojawiające się w najmniej spodziewanych momentach. Co prawda stylistycznie nie za bardzo zgrywają się z resztą, ale jak już pewno dawno wywnioskowaliście — w Romeo is a Dead Man to świadomy zabieg. Ba, mamy tutaj nawet fragmenty w stylu anime mocno nawiązujące do Mobile Suit Gundam. Jeszcze słówko o oprawie dźwiękowej, głównie ścieżce muzycznej. Jest cudowna. Pomijam fakt, że zgrywa się perfekcyjnie z rozgrywką i stylistyką danego okresu. Każdy utwór, który skomponowano na potrzeby gry to absolutny „bangier”, którego aż chce się słuchać poza rozgrywką.

Romeo is a Good Man

Nie będę ściemniał, że jestem jakimś wielkim fanem twórczości Goichiego Sudy. Niektóre gry w ogóle mi nie siadły, inne za to bardzo cenię. Do Romeo is a Dead Man podchodziłem raczej z pewnym dystansem. Materiały zapowiadające grę raczej nie wskazywały na potencjalny hit. Ba, miałem nawet obawy, czy gra zakręci się wokół średniactwa. Na szczęście, już po rozpoczęciu zabawą z tym tytułem zmieniłem zdanie o 180 stopni. Bywały momenty, w których moja opinia zmieniała się na negatywną, jednakże dosyć szybko była prostowana. Jedyną rzeczą, która na dłuższą metę była kulą u nogi tej gry, to problematyczna praca kamery oraz spadki płynności, nawet mimo wybrania trybu wydajności w opcjach graficznych. Da się to przeżyć (grywałem w gorzej zrobione tytuły), choć ciężko to ignorować. I w ostateczności mogę stwierdzić, że Romeo is a Good Man to kawał udanej, pokręconej i przede wszystkim przyjemnej gry. Nawet jeśli nie należycie do kościoła Sudy51, to ten tytuł przypadnie Wam po prostu do gustu. 

Ocena - recenzja gry ROMEO IS A DEAD MAN

Atuty

  • Prosta, acz brutalna i wciągająca rozgrywka
  • Miks gatunkowy, tworzący pozorny chaos, który z czasem okazuje się perfekcyjnie spasowaną konstrukcją
  • Wizualna stylistyka każdego z rozdziałów to coś pięknego
  • Ścieżka dźwiękowa

Wady

  • Czasami całość jest przegadana i przesadnie „inteligencka"
  • Problemy z pracą kamery
  • Spadki płynności przez większość gry

Jeśli narzekacie na to, że dzisiejsi twórcy gier nie chcą ryzykować i kierują się tym, co popularne, to zerknijcie na Romeo is a Dead Man. Tu na papierze mało co ma sens, a w praktyce wychodzi na to, że każdy klocek jest spasowany idealnie.
Graliśmy na: PS5

Paweł Musiolik Strona autora
cropper