Wydawać by się mogło, że mechanika Minecrafta nijak pasuje do ponad trzydziestoletniej już serii jRPG-ów, jednak Square Enix udało się sprawnie połączyć te dwa, zupełnie odmienne światy i wydać w 2016 roku Dragon Quest Builders, grę, która w znakomity sposób rozwija ideę zapoczątkowaną w niezależnym dziele Perssona. Japończycy postanowili bowiem dodać do dobrze sprawdzonej formuły całkiem umiejętnie poprowadzony wątek fabularny, sprawiając, że budowanie przestało być celem samym w sobie, a miało jedynie pomóc ten cel osiągnąć. I nie znaczy to wcale, że stawianie kolejnych ścian oraz konstruowanie coraz to bardziej zaawansowanych narzędzi przestało bawić. Wręcz przeciwnie.

Na początku była ciemność...

Akcja Dragon Quest Builders została osadzona w przepięknej, podzielonej na kilka wysp krainie Alefgard, gdzie dawno temu ludzkość przegrała wojnę z armią potworów dowodzoną przez złego Dragonlorda i utraciła zdolność do budowania, w wyniku czego nad światem zapadł wieczny mrok, a wszelkie miasta zostały zrównane z ziemią, pozbawiając ludzi schronienia i wystawiając ich na niebezpieczeństwo ze strony błąkających się swobodnie po ziemi kreatur. W tych nieciekawych czasach przyszło pojawić się naszemu głównemu bohaterowi, którego imię, wygląd zewnętrzny oraz płeć możemy wybrać, dzięki prostemu edytorowi postaci. Ów heros został obdarowany niespotykaną już mocą kreacji, mającą pomóc mu uratować podbitą przez Dragonlorda krainę.

Swoją przygodę zaczynamy od odnalezienia ruin dawnego miasta, które będziemy stopniowo rozwijać budując nowe pokoje, narzędzia, bronie oraz wszelkie inne przydatne rzeczy. Z czasem do naszej siedziby zacznie przybywać coraz więcej zbłąkanych osób oferujących nam rozmaite zadania pomagające pchnąć fabułę do przodu i prowokujące do wyruszania w podróże poza bezpieczne mury naszej rosnącej mieściny, w celu zebrania odpowiednich surowców oraz odkrywania mniej lub bardziej ukrytych sekretów. Każda jaskinia i każdy zniszczony zamek skrywa jakąś tajemnicę, która tylko czeka, by ją poznać.

Gdzie jest jednak ta wspomniana wcześniej, sprawnie poprowadzona fabuła? Historia nie sprowadza się na szczęście do budowania kolejnych pokoi na prośbę mieszkańców i stopniowo odsłania przed graczem kolejne karty. Główny bohater poznaje z czasem szczegóły konfliktu ludzkości z armią Dragonlorda, dowiaduje się o legendarnym herosie, który wspierał tych pierwszych, lecz uległ ciemnej stronie, a nawet doświadcza wizji z przeszłości, dzięki czemu ma wgląd na to, jak kiedyś wyglądało życie. Twórcy przygotowali kilka zwrotów akcji, a kolejne informacje podawane są z odpowiednim wyczuciem czasu, więc warstwa fabularna nie stanowi jedynie skromnego dodatku do rozgrywki. Momentami byłem wręcz zaskoczony, jak bardzo potrafiłem zaangażować się w historie poszczególnych postaci, a są to przecież tylko małe, urocze pamperki mieszkające w świecie złożonym głównie z brył.

Jeszcze tylko jeden klocek...

Mimo wszystko Dragon Quest Builders gameplayem stoi. To właśnie rozgrywka dostarcza najwięcej zabawy i przyciąga do ekranu telewizora na długie godziny. Każde posiedzenie, nawet to najkrótsze, gdy planujemy włączyć grę na godzinkę lub dwie szybko zmienia się w kilkugodzinną sesję, którą kończymy dopiero w momencie, kiedy zaczynamy przysypiać z padem w dłoni. Dzięki temu, że mamy praktycznie nieograniczone możliwości rozbudowy naszego miasta mózg nie przestaje pracować i co krok podsuwa nam nowe pomysły. Zbudować pokój, zebrać surowce, zjeść coś, ubić kilka potworów, wykuć nowe bronie, zbudować kolejny pokój, wyruszyć na wyprawę po jeszcze więcej surowców i tak dalej. Lista zadań się nie kończy, a czas mija. Sam wielokrotnie witałem wschód słońca siedząc przed konsolą i nie żałowałem ani jednej godziny spędzonej z grą.

Jedynym wyraźnym mankamentem, jeśli chodzi o rozgrywkę jest system walki. Ten opiera się na wciskaniu jednego przycisku odpowiedzialnego za atak. Brak tu uników, czy skomplikowanego konstruowania combosów. Całość sprowadza się do zaklikania przeciwnika na śmierć. Bardziej od umiejętności zatem liczy się ilość obrażeń zadawanych przez dzierżony miecz oraz odporność noszonej zbroi. Walka z kilkoma potworami na raz potrafi być niezwykle męcząca, ponieważ czego byśmy nie robili zawsze jesteśmy wystawieni na ich ataki. Tyle dobrego, że z czasem poznajemy nowe sposoby na likwidowanie oponentów, np. za pomocą armaty. Taka bitwa sprawia już zdecydowanie więcej przyjemności. Innym niezbyt rozbudowanym elementem jest rozwój postaci. Opiera się on jedynie na powiększaniu paska zdrowia, dzięki zjadaniu otrzymywanych co jakiś czas, specjalnych nasionek. Wspomniane problemy nie przeszkadzają jednak na dłuższą metę w cieszeniu się grą.

Mimo wszystko polecam dawkować sobie Dragon Quest Builders, ponieważ z czasem nawet tutaj wkrada się monotonia. Chcąc nie chcąc, cały czas robimy to samo, a nawet najpyszniejsze danie spożywane codziennie w końcu nam zbrzydnie. Nie będzie to trudne, bowiem gra została podzielona na cztery rozdziały (Cantlin, Rimuldar, Kol & Galenholm oraz Tantegel), z czego każdy stanowi oddzielną przygodę. Warunkiem ich ukończenia jest rozwinięcie bazy do tego stopnia, aby pojawił się boss, którego oczywiście należy pokonać. Gdy na wyspie zapanuje już spokój, a ludzie będą mieli gdzie mieszkać, bohater uda się do kolejnego świata, gdzie zacznie wszystko od zera. I tak cztery razy. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu ów rozwiązanie przypadnie do gustu. Wygląda to przecież jak gra podzielona na odcinki, ale zebrana w jednym pudełku i sprzedawana jako całość. Sam jednak nie miałem z tym większego problemu. Każdy rozdział oferuje bowiem zupełnie nowy teren do eksplorowania, postacie, potwory, a nawet materiały i surowce, jakie przyjdzie nam zbierać.

Na szczęście twórcy pomyśleli również o osobach, które chciałyby cały czas rozwijać tę samą metropolię i udostępnili tryb swobodny, który odblokowuje się po ukończeniu pierwszego rozdziału. Tam nikt nie ogranicza grającego zadaniami, fabułą, czy koniecznością zmiany lokacji, a wraz z postępem w kampanii odblokowują się kolejne materiały do budowy. Dla zainteresowanych przedłużeniem sobie rozgrywki przygotowano także specjalne wyzwania dla każdego rozdziału, takie jak odnalezienie i pokonanie trzech, potężnych smoków na mapie, czy ukończenie danego rozdziału w ustalonej liczbie dni (Dragon Quest Builders posiada cykl dnia i nocy).

Małe jest piękne

Jeśli chodzi o oprawę graficzną to jest ona niezwykle przyjemna dla oka. Nie grzeszy szybko starzejącym się realizmem i zamiast tego oferuje minimalistyczną scenografię oraz urocze, mangowe postacie spod ołówka Akiry Toriyamy. Nie jest to szczyt możliwości PlayStation 4, ale w porównaniu z kwadratowym Minecraftem stanowi spory krok do przodu. Udźwiękowienie natomiast sprowadza się do zupełnego minimum, w wyniku czego charakterystyczne brzęczenia oraz wszelkie stukania szybko powszednieją. Wartym wspomnienia jest mutyzm wszystkich postaci. Żaden z napotkanych NPC-tów nie posiada nagranych dialogów, zmuszając gracza do wodzenia wzrokiem po licznych linijkach tekstu. Ciężko jednak uznać to za wadę, a raczej za celowy zabieg, mający nawiązywać do czasów, gdy jRPGi tak właśnie wyglądały.

Co trzeba przyznać, to fakt, że ów dialogi są naprawdę nieźle napisane i zabawne. Rozmówcy mają różne charaktery i różne sposoby formułowania zdań. Jedni będą dla naszego bohatera mili, a drudzy niekoniecznie. Każdy natomiast prędzej, czy później zwróci uwagę, że nasza twarz przypomina ziemniaka, a postura to ostatnie, co kojarzy się z tytułem "bohater". Humor w Dragon Quest Builders wielokrotnie powodował u mnie małe wybuchy śmiechu. Znalazło się tu miejsce zarówno na żarty dla młodego odbiorcy, jak i takie kierowane w stronę dojrzalszego gracza, które pomagają utrzymać luźny ton przygody. Niestety ścieżka dźwiękowa nie zachwyca. Soundtrack, choć posiada kilka wpadających w ucho kawałków to przez większość czasu słuchać będziemy tego samego, zapętlonego utworu, co szybko może stać się męczące.

Zabawa dla małych i dużych

Dragon Quest Builders to gra, która bierze to, co udało się w Minecrafcie i dodaje do tego uproszczone, jRPG-owe mechaniki tworząc wspaniałą całość, dającą godziny przyjemnej rozgrywki. Twórcom udało się w znakomity sposób usprawnić założenia niezależnej produkcji sprzed kilku lat i zaoferować graczom rozbudowaną jej wersję utrzymaną w stylistyce legendarnej już serii Dragon Quest. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić ów tytuł wszystkim posiadaczom PlayStation 4, PlayStation Vita, a od niedawna również Nintendo Switch. Na niezdecydowanych czeka bezpłatna wersja demonstracyjna, która oferuje niemały fragment pierwszego rozdziału do sprawdzenia. Sam z pewnością jeszcze wrócę do pięknej krainy Alefgard, a to wszystko za sprawą zapowiedzianej już kontynuacji dostarczającej sporo nowości (takich jak tryb wieloosobowy!) i zmierzającej na PS4 oraz najnowszą konsolę Wielkiego N. Wprost nie mogę się doczekać!