Psoty - recenzja filmu. Kiedy polskie kino familijne przestaje być paździerzem, a staje się ważnym głosem

Psoty - recenzja filmu. Kiedy polskie kino familijne przestaje być paździerzem, a staje się ważnym głosem

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 22:00

Polskie kino familijne przez dekady cierpiało na chroniczny syndrom, który w branży gier bezlitośnie nazwalibyśmy paździerzowym. Było tanio, plastikowo i zazwyczaj z morałem wciskanym do gardła łopatą o rozmiarach tej do odśnieżania podjazdów. Widzowie z mojego pokolenia mają wręcz zakodowany odruch obronny - słysząc hasło „polski film dla młodzieży”, spodziewamy się drewnianych dialogów, tanich efektów specjalnych i scenariusza, który obraża inteligencję średnio rozgarniętego dwunastolatka.

Idąc na pokaz przedpremierowy „Psot” Kacpra Lisowskiego, miałem z tyłu głowy te wszystkie traumy z przeszłości. Ku mojemu zaskoczeniu, następuje tu zwrot akcji godny najlepszych, hitowych produkcji. Psoty to film, który nie tylko da się oglądać bez zgrzytania zębów, ale który autentycznie angażuje widza. To kino świadome swojej konwencji, technicznie dopieszczone i - co najważniejsze - traktujące młodego widza serio, a nie jako bezmyślnego konsumenta popcornu.

Dalsza część tekstu pod wideo

Film opowiada historię 13-letniej Frani i psa Sprytka. Młoda bohaterka buntuje się przeciwko rodzicom i ucieka z domu razem z czworonogiem, by ocalić go przed bezdusznym lekarzem ze schroniska. Brzmi banalnie, ale tylko na papierze. W rzeczywistości ta prosta oś fabularna jest jedynie pretekstem do rozebrania na czynniki pierwsze współczesnej polskiej rodziny klasy średniej - tej zamożnej, „ogarniętej” życiowo, ale emocjonalnie zmęczonej i zrezygnowanej przez problemy codzienności, a przy tym brak komunikacji. To obraz, w którym luksusowy dom staje się złotą klatką, a relacje zastępowane są transakcjami i ciągłą pogonią za karierą zawodową. 

Chemia, której nie wygenerujesz w CGI, czyli castingowe bingo

Małgorzata Socha i Frania
resize icon

Największym grzechem filmów z udziałem dzieci i zwierząt jest zazwyczaj nieznośna sztuczność. Reżyserzy często traktują psa niczym futrzasty rekwizyt, który ma po prostu wyglądać słodko w kadrze, a dziecko jak małego robota do recytowania kwestii napisanych przez dorosłych, którzy zapomnieli, jak mówi młodzież. W Psotach ten schemat zostaje złamany i to z wielkim hukiem. Aleksandra Zagrodzka w roli Frani to absolutne odkrycie i castingowy strzał w dziesiątkę. Młoda aktorka nie gra stereotypowego smutnego dziecka bogatych rodziców. Ona po prostu jest tą postacią - z charakterystycznym dla jej wieku buntem, wrażliwością i autentycznym poczuciem osamotnienia. Jej relacja ze Sprytkiem wypada na ekranie tak naturalnie, że momentami zapominamy o obecności kamer. To nie jest duet z przeciętnej reklamy karmy, gdzie wszystko jest sterylne i sztuczne aż do bólu. To więź budowana na miłości, zmęczeniu i wspólnej ucieczce, co nadaje całości rzadko spotykanej w tym gatunku wiarygodności.

W tle, jako swoisty kontrapunkt, mamy starą gwardię polskiego kina czy seriali, czyli Małgorzatę Sochę i Borysa Szyca. Aktorzy tej klasy i o takiej rozpoznawalności mogliby w kinie familijnym włączyć autopilota, odciąć kupony od popularności i po prostu „być”, inkasując sowite wynagrodzenie. Tymczasem widać tu konkretny pomysł na postacie rodziców. Nie są to jednowymiarowe czarne charaktery, które nienawidzą własnego dziecka. To ludzie, którzy, choć kochają, są bardzo zagubieni w korporacyjno-życiowym pędzie. Samotność Frani nie wynika tu z patologii czy przemocy, ale z deficytu uwagi, co jest diagnozą niezwykle trafną i bolesną dla dzisiejszych realiów. Lisowski świetnie punktuje ten paradoks - widzimy piękne mieszkanie pełne ludzi, nowoczesnych technologii i udogodnień, a jednak ten dom jest przerażająco pusty. To lustro, w którym wielu dorosłych widzów może zobaczyć swoje własne odbicie i nie będzie to widok przyjemny. Dla mnie jednak najbardziej poruszającym wątkiem jest schronisko dla psów, gdzie brakuje pieniędzy na podstawową opiekę medyczną. W pewnym momencie mimowolnie kibicujemy głównej bohaterce, ale zaczynamy dostrzegać w tym wszystkim odbicie otaczającej nas rzeczywistości.

Nie zdziwię się, jak po seansie wiele dzieciaków zapragnie pomóc wszystkim pieskom w każdym schronisku. Ta filmowa eskapada to jednak nie tylko dramatyczna walka o przetrwanie, ale przede wszystkim starcie z bezdusznym systemem, napędzane viralową zbiórką na leczenie złamanej psiej łapy. I tu, jako dorośli widzowie, musimy zawiesić niewiarę, bo Lisowski gra z nami w otwarte karty konwencji baśniowej. Frania przez dwa tygodnie bawi się w kotka i myszkę z wymiarem sprawiedliwości. W kategoriach realizmu to niedorzeczne, ale w ramach przyjętej konwencji jest to zabieg celowy i absolutnie uzasadniony. Ten brak logiki dorosłego świata ustępuje miejsca logice dziecięcej: czystej, impulsywnej i opartej na odruchu serca, a nie chłodnej, paraliżującej kalkulacji, co zresztą pięknie wybrzmiewa w finale. W tym tyglu emocji reżyser znajduje jeszcze miejsce na niezwykle zniuansowaną, łamiącą stereotypy postać bezdomnego wolontariusza - człowieka walczącego z własnymi demonami, który staje w kontrze do cynicznej załogi schroniska. To właśnie za to umiejętne wplatanie trudnych, społecznych tematów w ramy kolorowego, momentami szalonego kina familijnego, twórcom należą się największe brawa.

Świadoma umowność w epoce smartfonów i walka z systemem

Pies Sprytek
resize icon

W tym kontekście wszelkie logiczne akrobacje przestają mieć znaczenie, bo musimy wiedzieć jedno - Psoty to współczesna bajka, a nie dokument społeczny. Jeśli szukacie tu brudnego realizmu, dusznego klimatu i beznadziei rodem z kina Wojciecha Smarzowskiego, to srogo się rozczarujecie - choć zakładam, że nikt nie idzie na kino familijne z takim nastawieniem. Film operuje celowym przerysowaniem, co widać też w konstrukcji antagonistów - personelu kliniki weterynaryjnej, gdzie chciwość i biurokracja biorą górę nad empatią w sposób niemal karykaturalny. Zakończenie jest oczywiste, przewidywalne i... bardzo dobrze. To świadomy zabieg gatunkowy. Dostajemy klasyczne „kino drogi”, gdzie podróż fizyczna jest metaforą dojrzewania, podaną w malowniczych, swojskich plenerach (i słowackich lokacjach), co dodaje produkcji wizualnego oddechu i pozwala nam przymknąć oko na realizm na rzecz czystych emocji.

Na koniec dodam coś, co bardzo mnie cieszy. Film nie boi się dotykać tematu, który zazwyczaj w kinie familijnym jest traktowany po macoszemu albo, co gorsza, demonizowany - roli mediów społecznościowych. Internet w Psotach jest bronią obosieczną i pełnoprawnym bohaterem drugiego planu. Z jednej strony to potężne narzędzie sprawczości, pozwalające Frani nagłośnić krzywdę zwierząt (wątek zaniedbań w ośrodku to mocny strzał w stronę systemowej znieczulicy i biznesowego cynizmu). Z drugiej - wylęgarnia hejtu, presji i powierzchownych ocen. Reżyser nie idzie na łatwiznę, nie mówi „wyłącz telefon, idź na dwór”. Zamiast tego pokazuje mechanizmy działania sieci: jak viral może uratować życie, ale też jak łatwo stracić kontrolę nad narracją. To lekcja o odpowiedzialności cyfrowej i krytycznym myśleniu, podana bez zbędnego, szkolnego dydaktyzmu, który zazwyczaj odrzuca młodych widzów.

Dla mnie Psoty to film zrealizowany z dużą klasą i szacunkiem do inteligencji odbiorcy. Wizualnie estetyczny, gdzie zdjęcia są świetne, ujęcia nakręcone znakomicie, a przy tym nie wyglądają jak tani serial telewizyjny. Do tego scenariuszowo zwarty i aktorsko bardzo wiarygodny. To pozycja, która przypomina, że pies to nie zabawka do robienia zasięgów na Instagramie, a relacje rodzinne wymagają ciągłego pielęgnowania bo inaczej nie da się zbudować szczerych uśmiechów. Dla dzieciaków będzie to świetna przygoda z dreszczykiem, a dla dorosłych - może nieco bolesne przypomnienie, że „mieć” nie zawsze znaczy „być”. Bardzo gorąco zachęcam do wybrania się do kina całą rodziną. Psoty są rewelacyjne, a dzieciaki w kinie podczas mojego seansu wręcz skakały na fotelach z radości. Premiera już 16 stycznia!

Atuty

  • Zero „cringe’u” i „boomerskiego” dydaktyzmu. To największy sukces tego filmu. Twórcy nie próbują na siłę mówić młodzieżowym slangiem, który wyszedł z użycia 5 lat temu. Dialogi nie bolą, nie ma tu żenujących scen, przy których chce się zapaść pod fotel. To kino, które szanuje inteligencję młodego widza i nie traktuje go protekcjonalnie
  • Kacper Lisowski doskonale czuje konwencję. Reżyser udowadnia, że zna się na rzeczy i potrafi prowadzić narrację w sposób nowoczesny. Widać tu pewną rękę, świadomość gatunku i umiejętność balansowania między humorem, a wzruszeniem bez popadania w kicz
  • Tematy takie jak hejt, rola smartfona czy samotność w sieci nie są tu wrzucone „bo taka jest moda”, ale wynikają naturalnie z fabuły. Film kuma współczesne realia i pokazuje je takimi, jakie są, bez zbędnego demonizowania technologii
  • Aleksandra Zagrodzka i pies Sprytek to duet, który ciągnie ten film. Młoda aktorka jest naturalna, charyzmatyczna i świetnie odnajduje się w trudnych emocjonalnie scenach
  • Ten film po prostu bardzo dobrze wygląda - od zdjęć, przez kolory, po pracę kamery. Polska produkcja, która nie odstaje od zachodnich standardów kina familijnego

Wady

  • Film ma tak dobre tempo, że momentami gubi po drodze wątki poboczne. Szczęśliwie nie mają one dużego znaczenia dla całości fabuły
  • Miejscami zbyt komiksowi antagoniści. O ile Frania i jej rodzina są napisani wiarygodnie, o tyle czarne charaktery (szczególnie w wątku weterynaryjnym) bywają przerysowane grubą kreską, no ale taka ma być bajka właśnie
  • Są tutaj momenty, gdzie mówimy sobie, że to nigdy by się nie wydarzyło w prawdziwym życiu, ale... uważam, że to dobre dla tego filmu i bajka zasługuje na takie akcje

Po obejrzeniu zwiastuna byłem sceptyczny i spodziewałem się kolejnego, przeciętnego „zapychacza” repertuaru. Tymczasem „Psoty” okazały się dla mnie jednym z największych, pozytywnych zaskoczeń ostatnich miesięcy. To kino familijne w najlepszym tego słowa znaczeniu: znakomicie zrealizowane, mądre i - co najważniejsze - autentyczne. Kacper Lisowski stworzył obraz, który porusza trudne tematy (od samotności po odpowiedzialność cyfrową) z niesamowitą lekkością i wyczuciem, unikając przy tym nieznośnego dydaktyzmu. To film pełen emocji, który wzrusza, bawi i sprawia, że po seansie ma się ochotę wrócić na salę kinową jeszcze raz. Murowany kandydat na szkolny hit, ale taki, na którym uczniowie nie będą ziewać z nudów.

8,5
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper