SKLEP
Wojciech Gruszczyk 15.02.2018
Kingdom Come: Deliverance – recenzja gry. Unikalny RPG dla wytrwałych
6116V

Kingdom Come: Deliverance – recenzja gry. Unikalny RPG dla wytrwałych

Wymordowaliście wszystkie smoki, wybiliście kły każdemu wampirowi, wyrwaliście skrzydła najdzikszym gryfom, a ze skór wilkołaków zrobiliście kapcie? Najwyższy więc czas porzucić całą magię, zakopać wszystkie strzygi i w końcu powrócić do pięknego średniowiecza. Taką wizję „ogołoconego” RPG-a serwuje Warhorse Studios, które zaprasza śmiałków na fantastyczną przygodę. O tej historii mógłby śpiewać Jaskier… Choć podejrzewam, że chętniej opowiedziałby o czeskich błędach.

Kingdom Come: Deliverance
  • Platformy:  PS4   XONE   PC 
  • Data premiery - Polska: 13.02.2018
  • Napisy
  • od lat 18 wulgarny język przemoc

Czesi z Warhorse Studios zapraszają na swoje ziemie. Kingdom Come: Deliverance rozgrywa się na początku XV wieku, a dokładnie w 1403 roku, gdy w Czechach nie działo się najlepiej. Gracz od początku ma okazję doświadczyć trudnego życia, bo głównym bohaterem produkcji nie został wyszkolony rycerz, doświadczony w bojach mag, czy inny paladyn, a zwykły chłop. „Henryk syn kowala” nie przeżył dziesiątek bitew, nie miał okazji wzniecić powstania, nie ubił kilku smoków, a na początku całej historii jego największym wyczynem jest obrzucenie gównem jeden z domów. Facet bez charyzmy, bez fachu w łapie, ale z wielkim sercem i jeszcze większym szczęściem, bo w kluczowym dla swojego dotychczasowego, marnego żywota momencie znajduje się w idealnym miejscu o wymarzonym czasie. I nie mam tutaj na myśli środka bitwy, gdzie mógłby wykazać się swoją nieporadnością - w momencie ataku na jego rodzinną wioskę może wrzucić trzeci bieg i uciec spod miecza. Nie brzmi to jak początek wielkiej opowieści o jeszcze większym bohaterze?  

Historia Czech dla upartego

Twórcy na szczęście nie stawiają Henryka w roli Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina, vel szef wszystkich szefów, a raczej przez długą część opowieści czułem, że jestem małym pionkiem w partii rozgrywanej gdzieś w oddali. Mimo to właśnie historia dosłownie mnie porwała, bo deweloperom udało się coś, za co tak bardzo pokochałem Wiedźmina – ten świat nie tylko żyje, ale jest obładowany konkretnymi informacjami historycznymi, które są podane w tak przyjemny i satysfakcjonujący sposób, że podczas sesji kilkukrotnie odruchowo sięgnąłem po telefon chcąc pogłębić swoją wiedzę na wyłożony przez deweloperów temat. Akapit wcześniej wspomniałem, że Czesi, podobnie jak w zasadzie cała Europa, nie mogli cieszyć się ze spokojnego życia, a na terenie naszych południowych sąsiadów działo się naprawdę źle – panujących, kochający król umiera, na jego miejsce wskakuje leniuszek, któremu nie chciało się nawet przyjść na własną koronację. Państwo cierpi, a w dodatku musi pogodzić się z niezwykle bolesnym atakiem. W tych nieprzyjemnych okolicznościach stara się odnaleźć główny bohater, którego z jednej strony napędza zemsta, a z drugiej szansa zaistnienia w wielkim świecie.

Rozmowy za każdym razem pozwalają lepiej poznać wydarzenia i historię danego zadania. Od czasu do czasu musimy nawet działać pod presją czasu, a specjalny pasek odmierza czas do wybrania odpowiedzi. Są to zawsze trudne momenty, które mają wpływ na bohatera, misje, czy też okolicznych mieszkańców.

Początek opowieści mnie odrobinę wynudził, nie czułem tej oczekiwanej atmosfery, ale na szczęście z każdą kolejną godziną i wykonanym zadaniem nie tylko Henryk stawał się mężczyzną, a jeszcze ja miałem ochotę na więcej. Czesi w przystępny, często zabawny, a niekiedy nawet dramatyczny sposób przedstawiają historię, która jest obłożona świetnymi dialogami – te czasami nie zgrywają się z animacjami oraz dźwiękiem, ale w ostatecznym rozrachunku nie psuje to pozytywnych wrażeń z opowieści. Ta jest naprawdę mistrzowska i z wielką przyjemnością poznawałem każdy skrawek przygody serwowanej przez scenarzystów z Warhorse Studios. Autorom udało się umiejscowić bohatera w samym centrum czeskich wydarzeń. Akcja budowana jest małymi krokami, dzięki którym miałem świadomość, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Gra niestety cierpi już w tym miejscu, bo choć wydarzenia chłonąłem jak klech wino i datki od biednych mieszczan, tak wielokrotnie miałem ochotę rzucić padem. Twórcy kreując kapitalną opowieść zapomnieli o podstawach i wielokrotnie traciłem nawet po kilkadziesiąt minut na szukanie odpowiedniego NPC, który po prostu zniknął, innym razem nie mogłem do niego zagadać, bo nie pojawiła się taka opcja, kolejny raz drzwi niezbędne do ukończenia misji były po prostu zamknięte, a jedynym lekarstwem na te schorzenia okazał się zapis rozgrywki i ponowne włączenie produkcji. Nic prostszego? Nie tym razem, bo twórcy wpadli na totalnie spartaczony pomysł i w tytule nie pojawia się normalny save – ten jest możliwy wyłącznie po wypiciu specjalnego trunku lub jest dokonywany automatycznie przed rozpoczęciem misji. Co się dzieje, gdy akurat nie mamy pod ręką sznapsa, a ostatnią gotówkę wydaliśmy na jedzenie? Wtedy rozpoczynają się kłopoty. Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że sen również zapisuje rozgrywkę, jednak to i tak nie jest idealne rozwiązanie, bo nie zawsze mamy pod ręką wygodne legowisko i w dodatku proces ten wydłuża „naprawienie rozgrywki”. Sam pomysł zapisu przez rozpoczęciem wydarzeń jest również dość kontrowersyjny, bo „tylko” dwa razy udało mi się wpaść w spore tarapaty tuż po odebraniu nagrody i zamiast cieszyć się z sukcesu… Rozpoczynałem zabawę od początku.

Misje są często bardzo rozbudowane, żywo interesujące, a w dodatku można je wykonywać w różnorodny sposób. Nie jest to oczywiście reguła, jednak twórcy bardzo często pozostawiają interpretację wydarzeń i tylko od nas zależy, czy komuś pomożemy, zabijemy lub po prostu go przekupimy. Nie zawsze jest to widoczne przy pierwszym podejściu, ale obiecuję, że przynajmniej kilkukrotnie będziecie mieć okazję powtórzyć zadania, a wtedy zostaniecie zmuszeni do kombinowania i odkrywania. Studio sięga nawet po patent questów, w których porażka jest pewnym zwycięstwem, bo pcha do przodu fabułę otwierając jedną ze ścieżek.

Problemy średniowiecznego chłopa

Gra nie tylko czerpie garściami z historii Czech, ale serwuje graczowi kawał szkoły przetrwania. Twórcy obładowali bohatera najróżniejszymi statystykami, które często totalnie zaskakują – po zjedzeniu przeterminowanego jedzenia zachorujemy, skoczenie z wysoka może bardziej uszkodzić lewą nogę, gdy wcześniej zostaliśmy w nią zbici, zamknięcie w więzieniu wpływa na naszą psychikę, obżarstwo również aktywuje nasze statystyki, a spędzenie wielu godzin bez snu sprawi, że bohaterowi dosłownie zamykają się oczy. To tylko podstawy, ale niejednokrotnie miałem wrażenie, że autorzy odrobili zadanie domowe i serwują bardzo realistycznego RPG-a, z którego wielu deweloperów mogłoby się sporo nauczyć. W zasadzie sam rozwój bohatera to również spora szkoła survivalu, bo w Kingdom Come: Deliverance nie znajdziecie paska doświadczenia, po którego napełnieniu bohater się zaświeci i zgarnie +5 do siły oraz +69 do chędożenia, a po prostu wykonywanie danych czynności sprawia, że wykonywane są one z większą pewnością. Początkowo nie byłem przekonany do takiej budowy postaci, jednak w gruncie rzeczy ma to głębszy sens, pasuje do realiów i sprawia, że faktycznie mamy świadomość, że Henryk z bucowatego „syna kowala” staje się kimś znacznie więcej. Ponadto, rozwijanie atrybutów (m.in. siła, zręczność, witalność, retoryka) czy też walki sprawia, że możemy nauczyć się umiejętności, które jednak są okupione zaletami i pewnymi wadami – w konsekwencji czasami trzeba się dobrze zastanowić, czy warto zdecydować się na wykupienie proponowanych zdolności.

Tagi: Kingdom Come: Deliverance recenzja warhorse studios

Oceń recenzję
+ +34 -
Przejdź do strony