I co? ICO. Wystarczyła chwila, dosłownie kilkanaście sekund z majestatycznym intrem, w trakcie którego tak obraz jak i muzyka wrzucają ciary na plecy, by znów dać się pochłonąć tej niesamowicie skrojonej przygodzie pełnej moralnych rozterek. Czy to dlatego, że gry kiedyś były lepsze? A może atmosfera i przesłanie gier Team Ico są po prostu ponadczasowe? Nie wiem. Ale mogę Wam napisać, że to jeden z najlepszych remake’ów w historii gier wideo, stworzony z szacunkiem dla materiału źródłowego a jednocześnie dający mu nowe, wspaniałe życie. 

Księżniczka w opałach

Jeśli drogi czytelniku nie miałeś jeszcze okazji zagrać w Shadow of the Colossus (nawet się nie przyznawaj, bo siara straszna), produkcja Fumito Uedy opowiada historię młodego wojownika imieniem Wander, który przybywa do zakazanego świata na swoim wiernym wierzchowcu Argo, wioząc zmarłą ukochaną na rękach. Legenda mówi, że w zapomnianej krainie istnieje byt, który może sprawić, że dziewczyna powróci do życia. Tajemnicza istota - owiany aura tajemniczości Dormin - faktycznie obiecuje spełnić życzenie, ale wpierw Wander musi zabić 16 kolosów, które zamieszkują fascynujące tereny zapomnianej przez czas krainy. Fabuła wiele pozostawia naszej interpretacji i nie podaje wszystkiego na tacy, a do tego zachęca do szperania w mitologii czy biblii. Zmusza do refleksji, stawia pytania, ale nie daje prostych odpowiedzi. Uzbrojony w magiczny miecz i łuk Wander przemierza świat szukając kolejnych rewelacyjnie zaprojektowanych stworów. Jednak za każdym razem, gdy zadajemy im ostateczny cios, obserwowanie jak życie ulatuje z naszych ofiar nie przynosi satysfakcji. Rodzi wątpliwości i ściskający w żołądku smutek. Nie wstydźcie się płakać. Shadow of the Colossus to katalizator skrajnych emocji, obok których nie sposób przejść obojętnie. 

Recenzowana produkcja to remake 1 do 1. Co to oznacza? Budowa świata i kolejno odwiedzanych miejscówek to praktycznie kopia tych z poprzednich wersji. Kolosów jest dokładnie tyle samo co wcześniej, odnajdziecie je i pokonacie w ten sam sposób i nawet rozmieszczenie owoców i jaszczurek pełniących rolę znajdziek wpływających na powiększenie zdrowia i kondycji bohatera, nie różni się znacząco od tego co znamy. Z tego względu ukończenie gry zajęło mi nieco ponad 6 godzin. Jeśli jednak nie znacie sposobów na pokonanie szesnastu tajemniczych stworzeń (naszych jedynych przeciwników w grze), przy których główny bohater wygląda jak mrówka rzucająca się na słonia, szukanie słabych punktów wydłuży znacznie ten czas. I szczerze Wam tego zazdroszczę. Po ukończeniu gry standardowo możemy przystąpić do czasowych wyzwań i pobijać rekordy w zabijaniu tych biednych kolosów, a Nowa Gra oferuje te same bonusy, które fani znają i pamiętają. Poza nowymi sprytnie ukrytymi easter eggami, nawiązującymi choćby do The Last  Guardian, dostajemy dokładnie tą samą zawartość co w 2006 roku. Zawartość to jednak jedna strona medalu - druga to oprawa. Napisać, że to artyzm najwyższej próby to nic nie napisać.

Zapomniana Kraina

Shadow of the Colossus od pierwszych chwil prezentuje się obłędnie. Majestatyczne krajobrazy niegdyś nieco ograniczone różnymi filtrami i rozmyciami umiejętnie skrywającymi ograniczenia techniczne sprzętu, nie tracą nic na swojej jakości w erze 4K. To remake pełną gębą, a więc oprawa została stworzona od podstaw. Świat jest wciąż przerażająco pusty, a dzięki temu fascynujący i tajemniczy. Pole widzenia rozciąga się teraz po sam horyzont robiąc piorunujące wrażenie tak na terenach otwartych, jak i górskich kanionach czy lasach. A wszystko to dopieszczone efektami świetlnymi jak wpadające między gałęziami promienie słońca czy piasek sypiący się spod kopyt galopującego konia. A raczej KONIA, bo animacja ruchów i zachowanie naszego towarzysza, który nie raz okaże się niezbędny tak w przemierzaniu świata jak i w walce, to małe mistrzostwo świata. Czujemy, że kontrolujemy zwierzę, ale te potrafi mieć swoje kaprysy i to nadaje tej relacji jeszcze większej głębi. Sorry Płotka, ale od Agro mogłabyś się wiele nauczyć.