W dobie remasterów i remake'ów można się zgubić. Omawiana część to - uwaga - remaster remake'a pierwszej części Resident Evil. Aby wprowadzić nieobeznanych, należałoby napisać z czym to się je. Najpierw Capcom wypuścił w połowie lat 90-tych debiutancką odsłonę ,,rezydencji zła'', aby następnie wydać na konsolę Nintendo GameCube w kompletnie zmienionej warstwie audiowizualnej. Zmienił się zarówno silnik graficzny, jak i szeroko pojęta mechanika, zaczynając od ulepszonego sterowania i wprowadzenia defensywnych broni (szerzej za chwilę), a kończąc na różnicach w rozgrywce po wyborze postaci, dodaniu wątku Lisy i przemodelowaniu niektórych pomieszczeń i zagadek. Warto zaznaczyć, że wszystkie zmiany zaproponowane przez twórców nie odbiły się na jakości. Był to nadal ten sam survival horror, którego pokochali fani z oprawą graficzną wgniatającą w fotel w dniu premiery, momentalnie wskakując na listę najlepiej wyglądających gier na ,,kostkę''. 
Co zatem dostajemy w edycji ze znaczkiem HD? Przede wszystkim upragnioną multiplatformowość, która pozwala zaznajomić się z pierwszą częścią kultowej serii niemal na każdej konsoli, włączając w to komputery osobiste.      
Zremasterowanie dodało odświeżoną grafikę podwyższoną do rozdzielczości 1080p z poprawionym oświetleniem, a także dostosowaniem dźwięku do standardu surround 5.1. W menu głównym twórcy puszczają oczko do wieloletnich wielbicieli, pozwalając na wybór proporcji obrazu 4:3/ 16:9, czy kwestię dotyczącą sterowania postaci - za pomocą gałki lub klasycznie, krzyżaka. 
Z mniejszych elementów warto dodać nowe skórki postaci (Chris ,,dopakowany'' Redfield), czy możliwość podpalania zwłok zombiaków, aby nie pojawiały się ponownie w mocniejszej wersji.
Pomimo decyzji, które są zarówno pozytywnym ukłonem w stronę fanów, jak i zachętą dla nowego narybku, tytuł ten może okazać się podróżą pełną starych naleciałości, które nie każdemu mogą się spodobać. Trzeźwym okiem, odrzucając płaszcz nostalgii, można zauważyć męczarnie przechodzenia tych samych pomieszczeń, częste wracanie się do skrzyń, aby zwolnić miejsce w ekwipunku, czy ślamazarną rozgrywkę ze sztywnym sterowaniem na czele. Taki był kiedyś Resident Evil i taki jest teraz, mimo (nie)licznych zmian. Z tym można się pogodzić albo można rzucić w cholerę. Wybór należy do ciebie...

 

 

Historia w grze do odkrywczych nie należy, ale spełnia swoje zadanie. Tak oto grupa specjalna o oryginalnej nazwie S.T.A.R.S. została wysłana w miejsce pewnego incydentu, który doprowadził ekipę do ukrycia się w jednej z opustoszałych posiadłości. Okazuje się, że za sprawą groźnego wirusa, zarówno mieszkańcy, jak i zwierzęta zamienili się w obdarte ze skóry zombie-potwory.
Wcielając się w jednego z dwójki bohaterów: Chrisa Redfielda oraz Jill Valentine, przemierzamy mroczną rezydencję w poszukiwaniu odpowiedzi na zaistniałą sytuację. 
Resident Evil to nic innego jak produkcja, która przyczyniła się do spopularyzowania gatunku, jakim jest survival horror i pomimo, że wcześniejsze dokonania Alone in the Dark nakierowały przyszłych twórców, to dopiero od Residenta wszystko się zaczęło. 
Rozgrywka opiera się na eksploracji wielkiej posiadłości i terenów otaczających, łącząc walkę o przetrwanie z nacierającym wrogiem ze zmyślnymi zagadkami. 
Wszystko powyższe opisuje dla osób, które kilkanaście lat temu korzystali z kaczuszki, ewentualnie ominęli kilka generacji wstecz, gubiąc się w danym okresie na Amazońskiej Puszczy.

 

Survival jak malowany koszmar, bez wskazówek, podawania pomocnej dłoni. Resident Evil doskonale pokazuje 20-letnią różnicę w rozumowaniu projektowania gier, a także odmienność traktowania gracza, z osoby rozumnej na mniej wymagające ścierwo.

 

Pomimo tylu lat na karku, ta gra nadal sprawia cholerną radość z pokonywania przeszkód. 
Pierwsze minuty przygody w wielkim holu rozświetlanego przez błysk piorunów i występującej wszechobecnej głuchej ciszy, wrzucają niezłe ciarki na plecy, a im dalej w las, tym lepiej. 
Psychodeliczny zegar i upiorna muzyka, która wwierca się w umysł, początkowa bezradność przy pojawieniu się zombiaka i kolejno otwierane pomieszczenia z klasykiem w postaci animacji otwierających się, skrzypiących drzwi. 
No i wreszcie zagadki, które powodują ruszenie nieaktywnych od dawna zwojów mózgowych w najnowszych grach. Wszystkie te aspekty powodują, że dla starszego odbiorcy jest to powrót do najlepszych czasów projektowania gier wideo. Nawet głupie Ribbony do zapisywania postępów w danym momencie, sprawiają, że rozgrywka wygląda zgoła inaczej niż teraz, mając w poważaniu te automatyzmy, które wymazują z pamięci martwienie się o cokolwiek.    
Survival jak malowany koszmar, bez wskazówek, podawania pomocnej dłoni. Resident Evil doskonale pokazuje 20-letnią różnicę w rozumowaniu projektowania gier, a także odmienność traktowania gracza, z osoby rozumnej na mniej wymagające ścierwo. Owszem, tytuł ujawnia także, jak dawniej skostniała i ograniczona była mechanika względem obecnie wydawanych produkcji. Jednak dająca graczowi wyzwanie, uczciwe podejście do tematu, a nie martwiąca się o społeczność, z celem nadrzędnym, odwołującym się o zrobienie budżetowego hitu, który w żadnym wypadku nie może irytować. Stąd tak mało gier pokroju Soulsów, a więcej mainstreamowego produktu, który przechodzi się sam.  

 

 

W sumie na tym mógłbym zakończyć recenzję. Jednak warto wspomnieć, jakie są różnice między remasterem remake'a a oryginalną produkcją, wydaną przecież wieki temu. 
Zacznijmy od wyboru postaci, bo różnice wynikające w poszczególnych aspektach zarówno Chrisa, jak i Jill nie są marginalne.  
Wybierając grę Chrisem mamy zdecydowanie mniej miejsca w ekwipunku, a do otwierania drzwi musimy znaleźć odpowiednie klucze porozrzucane po całym domostwie. Nasz bohater jest odporniejszy na otrzymywane obrażenia, zdecydowanie lepiej strzela, dodatkowo ma na stałym wyposażeniu zapalniczkę, która przydaje się do kilku zagadek i przy spalaniu zwłok (zombiak wtedy nie odradza się). Kontrowersyjną decyzją jest brak granatnika, jednak z drugiej strony zyskujemy większą ilość amunicji do pozostałych broni. 
Znowu Jill jako płeć piękna, jest słabsza od kolegi, posiada większy ekwipunek, a znajomość posługiwania się wytrychem zamienia w otwieranie drzwi bez pomocy wyszukiwanych kluczy...do czasu. Obie postaci w osobnych scenariuszach trafiają na innych członków ekipy, zdobywają mocarne bronie w różnych odstępach czasowych i korzystają z broni defensywnych zgoła odmiennymi od siebie. Chris używa granatów, a Jill paralizator. W obu przypadkach dobrym pośrednikiem pomiędzy bronią ofensywną a defensywną, są dostępne sztylety. Sprawnie przerywają zabójczy uścisk zgniłego truchła, który dobiera się do naszej szyj. Ciekawostką jest fakt, że po wbiciu ostrza w głowę umarlaka, można go odzyskać po prostu strzelając shotgunem w głowę. W ten sposób łeb eksploduje, zombiak pada bezpowrotnie, a my cieszymy się odzyskanym ,,scyzorykiem''. 
Dodanie takich drobnostek, nie wpływa zbyt znacząco na odbiór względem oryginału, powiem więcej, sprawia, że gra stała się bardziej wszechstronna. 
Pod względem poczynionych zmian to nie wszystko. Największym, trochę ryzykownym krokiem, było dodanie wątku Lisy. Na szczęście motyw ten okazał się fantastycznym uzupełnieniem. 
Względem oryginału twórcy przemodelowali również niektóre pomieszczenia, dodając zupełnie nowe. Pobawili się innym rozmieszczeniem potworków, dodali 3 różniące się od siebie poziomy trudności, a także przemodelowali część zagadek. Wszystko to sprawiło, że gra stała się zarówno minimalnie przystępniejsza dla młodego pokolenia graczy, atrakcyjniejsza, a najważniejsze, że lepsza od wersji oryginalnej.   

 

 

 


Dla graczy, którzy doskonale znają serię, nie trzeba przedstawiać argumentów do sprawdzenia odświeżonej wersji premierowego klasyka, jakim jest Resident Evil. To tak, jakbym namawiał Brytyjczyka do kupna Aston Martina. Rzecz w tym, że pomimo poprawionej doskonałości, jaka wylewa się z ekranu, gra może odrzucić aspektami, które kiedyś przyjmowało się z otwartymi rękoma, a dzisiaj wytyka palcami. Toporne sterowanie, przeszkadzająca kamera, używanie Ribbonów, brak wyznaczonego celu, ciągły backtracking i cholernie trudne łamigłówki. To wszystko składa się na przeszkodę nie do pokonania. Wystarczy jednak trochę cierpliwości, która gra wynagradza z nawiązką. Resident Evil HD to obecnie najlepszy przedstawiciel gatunku survival horror i jedna z najlepszych odsłon dość długiej i burzliwej serii. Stawiając obok drugiej i czwartej części.
Enter the survival horror. 

 

                                                                                                                                                          Tomek Woźniak

 

P.S. screeny są mojego autorstwa

P.S.2. przejście gry jedną postacią zajęło mi w statystykach ok. 17 godz.

P.S.3. dla onanistów graficznych wspomnę tylko, że mogą kręcić nosem na sporadyczne ,,rozpaćkane'' dalsze otoczenie ( np: przed wejściem do krypty). Ogólnie nie należy się czepiać grafiki sprzed kilkunastu lat...