Pod płaszczem bajkowej i radosnej produkcji skrywa się ciężki w boju kandydat pokroju Soulsowej batalii o nazwie Cuphead. Utrzymana w stylistyce kreskówek z lat 30-tych, dwuwymiarowa strzelanina, ręcznie rysowana, niesamowicie animowana perełka w świecie elektronicznej rozgrywki. Tak pokrótce mogę opisać grę, która wchłania gracza i nie puszcza do samych napisów końcowych. O ile nie należycie do niedzielnych Januszy, w innym razie będzie ciężko o te napisy.  
Debiutancki projekt zespołu StudioMDHR, który po 7 latach od zapowiedzi wydał w końcu tytuł, sprzedając domy, samochody, kobiety i cokolwiek jeszcze, wszystko tylko po to, aby wymarzona gra ujrzała światło dzienne przy braku odpowiedniego budżetu. 
Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem i tak oto, do naszych rąk dociera jedna z najciekawszych gier ostatnich lat, a może i dekady.
Zaprezentowana historia z wiadomych przyczyn, nie odgrywa tutaj ważnej roli, co najwyżej barwnego uzupełnienia do właściwej rozgrywki. Tak oto pewnego dnia bracia - Cuphead i Mugman, postanowili zabawić się w kasynie, przegrywając ostatnie pieniądze, a także...swoje dusze. Aby je odzyskać, musimy pokonać wrogo nastawione osoby, których dusze uwięził sam diabeł w formie kontraktu.
Po rozmowie z dziadkiem czajnikiem i krótkim treningu możemy przemieszczać się po mapie w pojedynkę, jak i ze znajomym w opcji dwuosobowej - co poczyniłem, ale o tym za chwilę. 
Otwarta mapa, po której poruszamy się  ,,filiżankogłowym'' w izometrycznym rzucie kamery, pozwala na proste interakcje ze stojącymi postaciami, ograniczającymi się do rozmowy, ze sporadycznymi zleceniami na monetki. Ów waluta może przydać się w sklepiku na wzór wozu drzymały, w którym wita nas tłusty Pan Świń z zawadiackim spojrzeniem i krótkim wąsem. Możemy od niego nabyć dodatkowe życie, specjalne rodzaje amunicji i ciekawe zdolności efektywnie podnoszące szanse w tym trudnym świecie. 
Pieniądze znajdziemy również w klasycznych sekcjach platformowych ,,chodzonych w prawo'', o których mogę napisać tylko tyle, że są ciekawym nie tyle dodatkiem, co uzupełnieniem od ciągłych potyczek z bossami. Poziomem trudności nie odbiegają za bardzo od ogólnego założenia, więc przyjdzie nam spadać w przepaść dziesiątki razy, czy tracić ostatnie życie parę metrów przed metą. 
Same wykonanie przypomina nieco leciwe Adventure Island na Pegasusa, z tą różnicą, że przeciwnicy wyskakują dosłownie zewsząd. Aby nie było banalnie i zbyt prosto, na końcu musimy zazwyczaj pokonać subbossa. Słodko.

 

 

Umówmy się jednak. Cokolwiek nie zrobimy, to wszystko sprowadza się w tej grze do jednego. Wściekłego strzelania z palca ( tak, dobrze przeczytaliście ) w stronę co trudniejszych przeciwników z przypiętą plakietką bossa. A Ci będą nas nękać, zadziwiać, rozśmieszać i posyłać do piachu - za przeproszeniem - do usranej śmierci. 
Na swojej drodze spotkamy kilkudziesięciu milusińskich, którzy różnią się diametralnie niemal w każdym aspekcie. Od wyglądu, sposobu atakowania i poruszania, aż po takie detale, jak reakcje w zachowaniu na poczynania gracza. Każda potyczka podzielona jest na kilka faz pojedynku, zaskakując nas co rusz czymś innym, podnosząc przy tym poprzeczkę absurdu na niebotycznie wysokim pułapie. 
Bo jak inaczej określić latającą paniusie-samolot, która zamienia się w księżyc z mechanicznie wysuwaną głową i wylatującymi statkami UFO albo pirata przywołującego ryby z głowami buldogów z transformacją zacumowanego statku w potwora, którego główną bronią jest wiązka energii zasłaniająca 1/3 ekranu wypuszczona z...języczka w gardle. To jest tak dziwne, a zarazem śmieszne, że aż fajne.  
Przykładami mógłbym oczywiście żonglować w nieskończoność, jednak słowo pisane nie odda nawet w 10% tego co można ujrzeć na ekranie. 
Jak wyglądają potyczki i na co trzeba się przygotować? Areny do walk ograniczają się do sekcji przyziemnych i tych, w których musimy przecinać powietrze zasiadając samolotu. Ta druga forma występuje sporadycznie i różni się większą mobilnością naszego bohatera.  
Obydwie formy pojedynku, poprzez wysoki poziom trudności wymagają od gracza refleksu, podzielności uwagi i zapamiętywania konkretnych ataków w następujących po sobie fazach potyczki.
Gra nagradza cierpliwością i uczeniem się na błędach, bo nie oszukujmy się, ginąć będziemy, dopóki dopóty osiągniemy pełną kontrolę nad zadawanymi atakami o różnej maści. 
Od dziesiątek piór wylatujących w naszą stronę, po kulki odbijające się po całym ekranie, różnorakich promieniach przelatujących o włos, rozbryzgujących pociskach na wszystkie strony i kilku atakach na raz, które wymagają od nas małpiej zręczności. W tym samym momencie dzieje się tak dużo, że ledwo ominiemy spadające coś, a natrafimy na kolejną przeszkodę albo przeszkody, przez które lawirujemy jak w transie. Zapewniam, tu nie ma czasu na zastanawianie... 
I mimo, że większość bossów jest statyczna, to batalie, które próbujemy rozgryźć na róźne sposoby są dynamiczne i wymagają nie lada refleksu. Na szczęście we wspomnianym sklepiku możemy kupić różne pomoce. Od pocisków w stylu shotguna - mały zasięg, duża moc i samonaprowadzające się pociski, aż po niewidzialne dashowanie, jako szybki przeskok odległości z chwilowym zanikiem postaci, która może ,,przeskoczyć'' fragment unikając obrażeń. Posiadamy również swoistego rodzaju moc specjalną, po skompletowaniu kart, które wypełniają się po obrażeniach zadawanych przeciwnikowi lub naskakiwaniu na różowe obiekty. 
Twórcy sprytnie wyważyli dostępne pomoce, sprawiając, że nie do końca jesteśmy przekonani, czy dane pociski, czy umiejętności są warte korzystania. Wybierając dwa dodatkowe serduszka życia, zmniejsza się siła rażenia pocisków, znów ładująca się kula energii wystrzeliwana po jakimś czasie nie przekonuje co do efektywności takiego działania. Ogólnie ciężko ocenić ,,wagę'' mocy każdej broni, tak samo jak żywotność wroga za sprawą braku paska życia. 
Ów pasek połowicznie zastępuje linia postępu potyczki ukazana po przegranym pojedynku. Ile to razy klęliśmy z kumplem, gdy nos postaci dotykał ostatniej flagi ukazującej finisz! Nie zliczymy...  

 

Za powłoką bajkowej animacji i soulsowej rozgrywki, kryje się zarówno młodzieńcza cząstka nas, jak i tęsknota za tytułami uczciwymi, bez grama sztuczności, wykreowanymi nie przez wielkie korporacje, a przez małe studia, które czują magię starej szkoły. A nie magię worka z pieniędzmi.

 

Cuphead jest jedną z produkcji, którą warto przejść we dwie osoby, czując specyficzny klimat jak za czasów NES'owskiego Chip & Dales. Kto grał, ten wie o co chodzi. 
Zabawa jest przednia i nie mogę wymienić jednego elementu składowego, który wysuwa się do przodu stawki, ponieważ wszystko sprawia, że - mimo częstych porażek - nie schodził nam uśmiech podczas grania. Wspólna śmierć w tym samym momencie, ratowanie kolegi w ekwilibrystyczny sposób, skacząc po innych elementach, samotna i zacięta walka podczas porażki drugiej osoby, czy częste akcje z cyklu tych niemożliwych do zrealizowania lub na odwrót - lamerskiego stracenia życia.  
Ważne do wyjaśnienia są dwie kwestie. Z racji podwójnej siły rażenia przeciwników w coopie, bossowie są twardsi i widać to w momencie, gdy jeden z kompanów zniknie z pola walki. Wtedy starcie trwa krócej, co pomagało w momencie ostatniej fazy potyczki. Druga sprawa dotyczy chaosu, wynikającego z przeplataniem się dwóch postaci, tudzież ,,zlewaniem'' się pocisków z innymi, co sprawia wrażenie dezorientacji. Dla nas nie było to problemem, ponieważ w całości skupialiśmy się na swoich bohaterach, jednak pewne sytuacje trochę przeszkadzały w analizie tego, co dzieje się na ekranie.  
A dzieje się naprawdę sporo. Od jednoczesnego przeskakiwania z dashowaniem na drugą stronę, poprzez strzelanie w ukośnym kierunku omijając chmarę wrogich pocisków, czy przelatywania między centymetrową przerwą promieni, które będą śniły nam się po nocach. 
Dla mniej cierpliwych ,,niedzielniaków'' można wybrać niższy poziom trudności, a dla głodnych wrażeń, po przejściu gry odblokowuje się jeszcze trudniejsza opcja - Expert. 
Łatwiejszy wybór wiąże się z mniejszą odpornością wrogiego gagadka na zadawane obrażenia, a także szybsze egzekwowanie przez niego ataków. Poziom dla hardcorowców to przede wszystkim szybsze tempo wypluwanych pocisków i większa wytrzymałość. Należy jeszcze dodać jedną ciekawostkę odnoszącą się do ataków bossa, który może zaskoczyć niestandardowym zachowaniem lub inną kolejnością wystrzeliwanych pocisków.
Nie raz przyzwyczajeni do danej kolejności, złapaliśmy się na rutynie, która skutkowała często utraconym życiem.     
Dwuosobowe zaliczenie produkcji zahaczało nie tylko o dziecięce kanapowe granie i nostalgiczne wspomnienia, ale też naturalnie wykreowaną radość. Było miejsce na śmiech i złośliwe docinki, była frustracja połączona z planowaniem. Znalazło się nawet miejsce na zapisywanie na kartce papieru pewnej kombinacji przejścia przeciwników w finałowej ,,ruletkowej'' fazie gry, których oznaczaliśmy - UWAGA - gwiazdkami, jako wyznacznik w trudności ich pokonywania.   

 

Opinia znajomego
Dawno temu jak tylko zobaczyłem pierwsze screeny z Cuphead to od razu się zakochałem. To było coś kompletnie nowego, świeżość w tym skostniałym rynku gier. Nie mogłem się doczekać aż ją wydadzą, a ciągle obsuwana data premiery tylko mnie rozdrażniała. Ale nadszedł w końcu ten dzień, 29 wrzesień, pamiętam jakby to było wczoraj. Od razu ją kupiłem, a gry na premierę kupuje tak często jak widuje się Yeti czy Nessie. Niestety nie mogłem w nią zagrać bo podpisałem cyrograf ze znajomym, że tylko razem ją przechodzimy albo w ogóle. No i nastał w końcu ten dzień, przybył do mnie obowiązkowo z browarkiem i chipsami. Zaczeliśmy grać, szło całkiem spoko, w końcu jesteśmy starzy wyjadacze z ery podróbek NES’a. Ale im dalej tym coraz trudniej. No i coraz to dziwniejsze błędy napotykaliśmy. Nie ma co tu pisać o nich, jest ogromny wątek na Steam poświęcony im. Po paru godzinach nasze palce były całe obolałe i stwierdziliśmy że starczy na dziś...to był dobry dzień. W ciągu miesiąca mieliśmy jeszcze kilka takich sesji, na każdej bawiliśmy się przednio, pady na szczęście nie latały ze wściekłości. W końcu ukończyliśmy grę, w sposób nie powiem, bardzo śmieszny, jak chcesz to wrzuć linka do filmiku ( a chcę, tylko uwaga na spoiler - ostatniego bossa w grze, -> śmieszny błąd ).Podsumowując cała grę, była po prostu zajebista, minus te błędy przeróżne, ocena 9/10 i GOTY. 
 
Pozdrawiam, Kazió Wihóra.

 

 

Jeśli Swego czasu zachwycałeś się grafiką w nowym Raymanie, czy oniemiałeś pod wpływem wizualnego kunsztu Ori and the Blind Forest, to przygotuj się na wyniszczenie gałek ocznych w Cuphead. Sposób wykonania gry to jakby inna liga. Sztuka w czystej postaci, za sprawą ręcznie malowanych teł i postaci w symbiozie z animacją, nie tyle zbliżającą się do starszych kreskówek, co przewyższająca to co dane nam było widzieć na szklanym ekranie w dawnych czasach. Iście bajkowa gra przypomniała mi stare jak świat animacje Walta Disneya. Tylko, że w bardziej absurdalnym i zwariowanym tonie. 
Od trochę wypranej kolorystyki z nałożonym filtrem 'starej taśmy filmowej' i animacji wykonanej techniką rysunkową, gdzie poszczególne klatki powstają w formie rysunku na kartce, po przepiękne projekty dosłownie wszystkiego co nas otacza. 
Tysiące słów nie przedstawią jednego obrazu z Cuphead. Dlatego proponuję obejrzeć dowolny filmik z gry i zapauzować w wybranych momentach. Prawda, że urocze?
Artystyczna strona to jedno, ale nie mogę wyjść z podziwu na niebotycznie wysoką, nie mieszczącą się w zwykłym śmiertelniku kreatywność, aby stworzyć tak niesamowite, absurdalne, śmieszne i dziwaczne animacje.
Głowa ptaka, która zamienia się w ,,rękawiczkę Myszki Miki'', aby strzelić trzema ogromnymi pociskami, statek wypluwający przeżutą kulę armatnią, czy pewna latająca dama, która transformując się wyczynia tak zabawne pozy na ekranie, że można posmarkać się ze śmiechu.  
Od wesoło skaczącej klepsydry w formie ładowania poziomu, po podciągane ,,gumowe'' portki ze złowieszczym wzrokiem bohatera przed rozpoczęciem decydującego starcia - jest to najwyższa możliwa klasa, jaką jeszcze nie widział świat elektronicznej rozrywki. Bezapelacyjnie!
Dopełnieniem całości jest bluesowa muzyka, która przypomina romans mafijnej muzyki z szafy grającej i dżingli z takich bajek jak Kaczor Donald, Myszka Miki itd.    
Dynamiczna trąbka i perkusja, leniwy puzon, wyrafinowany fortepian plus dźwięki wyrwane ze starych kreskówek. Można się zakochać.     
Wydawałoby się, że po wylanym wiadrze słodyczy, nie pozostanie mi nic innego jak zakończyć recenzję z wlepioną dychą. Niestety ,,filiżankogłowy'' w wersji na komputery osobiste, posiada dosyć liczne błędy. Kilka razy zdarzyło się, że obraz zamarzł i trzeba było uruchomić grę od nowa. Były problemy z wykryciem pada, a także różne zależności, które uniemożliwiały zakończenie fragmentu gry. Niech za przykład posłuży figlarna małpa z końcowego etapu, która w pewnym momencie się...zacinała i nie sposób było jej pokonać.
Błędem logistycznym jaki można znaleźć dotyczy nawet kolorystyki ubioru głównego bohatera. W jednej scenie ma żółte rękawiczki i brązowe buty, a w kolejnej - białe i żółte. Aż przypomina mi się absurd Kaczora Donalda, który normalnie ma odkryty kuper, a podczas kąpieli zakryty jest ręcznikiem ( hehe ). Cuphead bawi w sam raz, a długość przejścia oscyluje w granicach kilkunastu godzin. W ostatecznym rozrachunku ocena finalna bliższa jest bardzo mocnej ósemki lub słabej dziewiątki, a że brakuje plusów i minusów, wystawiam to drugie ;) 

 

 

 


Cuphead to podróż do bajkowego świata, oderwanego od rzeczywistości, tak wspaniale barwnego i dającego naturalną radość z pokonywania przeszkód. Trudność nie sprawia, że gotujemy się w sobie niczym czajnik, z bardzo prostego powodu. Wraz z progresem grającego, czuć, że nasze starania i dążenie do celu przynosi wymarzony skutek. Za powłoką bajkowej animacji i soulsowej rozgrywki, kryje się zarówno młodzieńcza cząstka nas, jak i tęsknota za tytułami uczciwymi, bez grama sztuczności, wykreowanymi nie przez wielkie korporacje, a przez małe studia, które czują magię starej szkoły. A nie magię worka z pieniędzmi.  

                                                                                                       

                                                                                                                                                Tomek Woźniak