Grając w Niera nie raz nasuwały mi się skojarzenia z twórczością polskiego pisarza science fiction. Automata osadzona została bowiem w roku 11944. Przez wiele lat ludzkość zmagała się z inwazją obcej rasy maszyn. Przegrana wojna zmusiła ostatnich przedstawicieli ludzi do ucieczki na księżyc. Interesów naszej kolebki bronią teraz androidy wysyłane do walki z księżycowej bazy, oraz ruch oporu mający swoje obozy na Ziemi. Stworzone na podobieństwo ludzi androidy mają pokonać maszyny i przygotować planetę na bezpieczny powrót naszej rasy. Tyle musicie wiedzieć zaczynając Niera. Dalej czeka na Was emocjonalny rollercoaster i jeden z najlepszych historii jakiej możecie być świadkami na obecnej generacji konsol. Żadna historia nie wkręciła mnie tak od czasów trzeciego Wiedźmina. 

 "Chwała Ludzkości!"

Jeśli graliście w pierwszego Niera to spieszę donieść, że gra jest jej bezpośrednią kontynuacją osadzoną wiele lat później, a w miarę poznawania fabuły wszystko układa się w chronologiczną całość. Jeśli jednak "jedynkę" oblaliście sikiem prostym nie lękajcie się - historia opowiedziana w Automacie jest samowystarczalna. Znajomość pierwowzoru nie jest niezbędna, a w samej grze nie raz natraficie na dokumenty wspominające o wydarzeniach sprzed lat (zarówno z Niera jak i serii Drakengard powiązanej z uniwersum). Zaległości można więc przy odrobinie chęci częściowo nadrobić. Za całą historię ponownie odpowiada charyzmatyczny Yoko Taro, którego osobiście stawiam na równi z takimi twórcami jak Kojima czy Nomura. Pierwszoplanową postacią w Automacie jest seksowna „androidka” 2B, lojalna, skupiona na wykonywaniu rozkazów i rzadko zastanawiająca się na ich moralnymi aspektami. Partnerujący 2B męski model 9S jest jej przeciwieństwem. Pragnie towarzystwa, rozmyśla często nad własną egzystencją i chce odczuwać coś, co ludzie zwykli nazywać "emocjami". Z czasem poznamy też inne postacie zamieszkujące postapokaliptyczną ziemię, choć muszę przyznać, że ich rysy psychologicznie nie są tak dobre jak w pierwszej części.

2B, czyli główna bohaterka NieR: Automata

9S to jeden z głównych bohaterów NieR: Automata

Brakowało mi kogoś takiego jak Kaine czy Emil, których historie w jedynce bardzo mocno poruszały. Brakowało mi też Grimoire Weissa, który swoimi uszczypliwościami nie raz rozbawiał mnie do łez. O ile 2B można polubić, tak emochłopek 9S wyglądający jak fan Tokio Hotel zupełnie do mnie nie trafił. Całe szczęście w późniejszej fazie gry show kradnie między innymi para szwarccharakterów oraz pewna dama, o której z racji spoilerów opowiadać nie będę. Fani jedynki przywitają też z otwartymi ramionami znajome mordki, które opowiedzą, co się z nimi działo przez te wszystkie lata.   

Mimo słabszych niż w pierwowzorze postaci kolejne wydarzenia w Automacie śledzi się z wypiekami na twarzy. Tutaj nic nie jest czarne i białe. Każda ze stron konfliktu ma swoje racje, każda walczy o coś, w co wierzy. To mroczna, brutalna, smutna i dołująca historia, w której tylko czasami pojawia się jakieś pozytywne przesłanie i zazwyczaj bardzo szybko niszczone jest w zarodku. Jest tylko jedna mała uwaga - gdy po raz pierwszy zobaczycie napisy końcowe, co stanie się po około 13-15 godzinach gry, nie znaczy to, że skończyliście Automatę. Wy ją dopiero zaczniecie mogąc zacytować sobie słynny tekst z Gry o Tron - "You Know Nothing Jon Snow". O ile przy pierwszym podejściu, które przyznam szczerze pozostawia lekki niedosyt, obserwujemy całą historię z perspektywy ślicznotki 2B, przy drugim wcielamy się w 9S. Pojawiają się nowe wątki fabularne, lokacje, a my zaczynamy powoli układać sobie wszystkie klocki. Tyle tylko, że kluczowe jest tak naprawdę trzecie podejście do gry, gdzie czekają na nas trzy kolejne zakończenia, nowe grywalne postacie i rozdziały wyjaśniające większość frapujących kwestii. Aby więc zrozumieć co tak naprawdę stało się w Automacie trzeba odblokować 5 głównych zakończeń, co osiągniemy bez przesadnego skupiania się na questach pobocznych w jakieś 30-35 godzin. A wspominałem o tym, że mamy też ponad 20 opcjonalnych zakończeń odpowiadających literom alfabetu? Są one jednak bardziej easter eggami i część można odblokować nieżalenie już przy pierwszym podejściu do gry. 

Platinum wraca do formy

Walka z jednym z bossów

Tak prezentuje się standardowa walka

Wiadomość o tym, że twórców oryginalnego Niera wesprą mistrzowie z Platinum Games jeszcze bardziej nakręciła mnie na Automatę. Pewne obawy wzbudzała słabsza forma japońskiego dewelopera, który w ostatnich latach trochę rozmienił się na drobne biorąc na swoje barki zbyt wiele projektów. Wygląda jednak na to, że mały kryzys studio ma już za sobą. Automata przypomina najlepsze produkcje spod dłuta „Platynowych” wliczając w to takie hity jak Vanquish, Bayonetta czy Metal Gear Rising. Sterując 2B możemy ekwipować dwie bronie przypisane do dwóch ataków - szybkiego i mocnego. Dzięki temu wyprowadzimy combosy żonglując w locie ekwipowanymi „brzeszczotami”. Typów oręża jest kilka wliczając w to katany, ogromne miecze dwuręczne, włócznie czy karwasze. Każdym walczy się nieco inaczej, a dzięki craftingowi i zbieraniu surowców możemy u kowali je levelować zwiększając potencjał bojowy. Każda broń ma też swoją historię. Ulepszając ją odkrywamy kolejne rozdziały opowieści poznając między innymi poprzednich właścicieli. Fajna opcja dzięki której zżyjemy się lepiej z dzierżonym kawałkiem zimnej stali. To jednak nie wszystko. Możemy stworzyć sobie drugi set dwóch broni i aktywować go w locie w trakcie starć. Tym samym w jednym momencie do naszej dyspozycji oddane zostają cztery bronie. Przeciwników tnie się z ogromną frajdą, a ukryty pod spustami unik pozwala niczym w Bayonetcie nieco spowolnić czas i wyprowadzić zabójcze kontry. Gra jest cholernie dynamiczna i zachęca do eksperymentowania. Co ciekawe każdą grywalną postacią gra się nieco inaczej. 9S dla przykładu zamiast silnego ciosu ma opcje hakowania maszyn. Towarzyszy temu prosta minigierka, w której strzelamy do wrogów i próbujemy zniszczyć jądro systemu. Czasami możemy dzięki temu nawet przejąć kontrolę nad wrogimi maszynami. O swoistej furii, dostępnej przy trzecim podejściu, nawet nie wspominam.