Kulawe konie (2022) – recenzja i opinia o 2. sezonie serialu [Apple TV+]. Spece od zadań (nie)specjalnych

Kulawe konie (2022) – recenzja i opinia o 2. sezonie serialu [Apple TV+]. Spece od zadań (nie)specjalnych

Iza Łęcka | 27.01, 21:01

Jackson Lamb powrócił z zespołem partaczy z MI5 w nowej misji. Po sprawie Rycerzy Albionu Kulawe konie koncentrują się na następnej intrydze, w którą zamieszani są Rosjanie i uśpieni szpiedzy, i robią to w bardzo dobrym stylu. Aż chce się czekać na następne odcinki! Zapraszam do recenzji 2. sezonu serialu.

Apple TV+ może pochwalić się systematycznie dodawanymi serialami – może ich ilość i częstotliwość nie jest tak duża jak na Netflixie, a nowe propozycje nie są aż tak głośne jak w przypadku Disney+ czy HBO Max, ale w większości przypadków są to niezwykle solidne produkcje. I idealnym przykładem tej reguły jest serial „Kulawe konie”, który powstał na podstawie cyklu powieści – a właściwie pierwszej części – autorstwa Micka Herrona. Po pierwszym sezonie było jasne, że jeszcze spotkamy się z Jacksonem Lambem i spółką, gdyż odcinki dwóch serii były kręcone jednocześnie. Bardzo dobre przyjęcie produkcji sprawiło, że Apple ma apetyt na więcej, dlatego już w połowie roku zapowiedziano kolejne sezony. Co czeka ekipę ze Slough House tym razem? Momentami jest niezwykle emocjonująco.

Kulawe konie (2022) – recenzja 2. sezonu serialu [Apple TV+]. Martwe lwy

Kulawe konie (2022) – recenzja 2. sezonu serialu [Apple TV+]. Gary Oldman jako Jackson Lamb

W jednym z autobusów kończących swoją trasę pod Oxfordem znaleziony zostaje martwy mężczyzna. Koronerzy błyskawicznie potwierdzają, że przyczyną śmierci jest zawał i nie byłoby w tym nic dziwnego – w końcu ponad 50-letni Anglik nigdy o siebie nie dbał, nadużywał alkoholu oraz papierosów – jednak sprawa zwraca uwagę Lamba, szefa zespołu wyrzutków pracujących w Slough House, który swego czasu miał wątpliwą przyjemność z nim współpracować. Tym mężczyzną jest bowiem Dick Bowie, były agent MI5, który należał do tzw. ZOO szpiegów. Przebiegły szef Kulawych koni szybko łączy jego śmierć z tajemnicą sprzed lat, której początki sięgają zimnej wojny i grupy agentów-widmo pracujących dla Rosjan. Czy Popow, człowiek-legenda, rzeczywiście mógł istnieć i stworzyć sieć szpiegów, którzy mieli działać na niekorzyść Korony? Niepokojąca sprawa zbiega się w czasie ze zleceniem Webba, do którego zostają zaangażowani Min i Louisa. Agenci muszą ochraniać spotkanie z przedstawicielem rosyjskiego dysydenta, o którym nikt nie może się dowiedzieć. Te kwestie sprawiają nowe kłopoty „specom od zadań (nie)specjalnych”.

Fabuła 2. sezonu recenzowanych „Kulawych koni” została zdecydowanie podzielona na kilka wątków, które rozdzielają cały zespół i stawiają przed jego członkami kolejne wyzwania. Tym razem jednak położono niezwykle spory nacisk na postać Lamba, który wydaje się być wszędzie obecny – a, co tu dużo mówić, ten bohater jest największą ozdobą całego serialu! Nie wiem, czy to ze względu na ostatnio oglądanego przeze mnie „Litwinienkę”, czy z jakiegoś innego powodu, ale motyw kontaktu z rosyjskimi oligarchami bardzo mnie zainteresował. Szkoda jedynie, że podstawy „tej współpracy” oraz ich realizacja wydają się tak mało przekonujące i nieudolne. Jeżeli jednak przymkniemy oko na pewne nieścisłości scenariuszowe, to niebawem będziemy czerpać sporo satysfakcji z seansu, bo nowe odcinki serialu są wciągające, zabawne i przede wszystkim bardzo interesujące. Odcinki mijają niepostrzeżenie i pozostawiają niedosyt, że już musimy kończyć „swoje spotkanie” z pracownikami MI5.

Jackson Lamb jest niezwykle specyficzną personą. Na pierwszy rzut oka to odstręczający, obrzydliwy i chamski typ, dla którego prowadzenie spuszczonej na boczny tor dywizji nie jest zbyt dużym wyzwaniem, a raczej okazją do wyżycia się i snucia niewybrednych żartów na temat przegrywów, z jakimi pracuje. Kulawe konie zapracowały sobie na ten beznadziejny los, lecz pomimo wpadek na koncie nie można im odmówić wielkiego serca, umiejętności i zapału do realizacji nowych zadań. Wbrew pozorom podobnymi cechami charakteryzuje się ich szef – choć są to zalety skrywane głęboko pod maską chamskich docinek, obrzydliwych zachowań, pomiętego płaszcza, zabrudzonej resztkami jedzenia i alkoholu koszuli oraz ignorancji. W 2. sezonie Lamb stoi w świetle reflektorów jeszcze dłużej, co sprawia, że produkcja zyskuje, w końcu dzięki niemu systematycznie możemy się zaśmiać. Serial Apple TV+ jest sprawnym połączeniem wielu elementów, które wpływają na jakość szpiegowskiej pozycji, ale nie byłaby to tak dobra pozycja, gdyby nie znakomita kreacja Gary'ego Oldmana. Ten aktor po raz kolejny udowadnia, że w kinie ma jeszcze wiele do powiedzenia i wykorzystuje każdą sposobność, by pokazać ogromną klasę i warsztat artystyczny.

Kulawe konie (2022) – recenzja 2. sezonu serialu [Apple TV+]. Trzyma w napięciu

Kulawe konie (2022) – recenzja 2. sezonu serialu [Apple TV+]. Rozmowy przy zupie

Tak jak wspominałam przy okazji recenzji 1. sezonu serialu Apple TV+, w rolach głównych śledzimy poczynania naprawdę bardzo utalentowanych aktorów, bez których szpiegowska produkcja straciłaby na jakości. Choć pierwsze skrzypce nieustannie gra Gary Oldman – z każdym odcinkiem chciałoby się dokładniej poznać jego postać, o której wiadomo, że skrywa niezwykle dużo tajemnic – tak pozostała część ekipy stara się nie odstępować go na krok. I tym razem wywiązują się oni z zadania brawurowo, dlatego pod tym względem nie mam żadnych zastrzeżeń. Oczywiście, z naturalnych przyczyn nieustannie kibicujemy Riverowi Cartwrightowi oddzielonemu od grupy i realizującemu misję wiele kilometrów od siedziby głównej. Ta sprawa jest integralną częścią analizowanej intrygi, ale aż tak mocno nie przyciąga uwagi. W nowych odcinkach do odrzutków ze Slough House dołącza Shirley Dander (Aimee-Ffion Edwards), która nie może wykazać się aż tak mocno, jak by chciała – w identycznych okopach zrzucanych obowiązków tkwi także Catherine Standish pragnąca za wszelką cenę wyruszyć w teren. Przeciwności te nie sprawiają jednak, że nie pałamy sympatią do głównych bohaterów. Mick Herron wykreował naprawdę różne i ciekawe postacie, a showrunner Will Smith rozsądnie dostosował ich kreacje do realiów serialu sprawiając, że od pierwszej do ostatniej minuty im kibicujemy.

Nie chcę być nudna, mówiąc po raz kolejny, że „Kulawe konie” trzeba sprawdzić. Twórcy mieli do dyspozycji bardzo wciągającą historię, którą solidnie zaadaptowali na potrzeby telewizji – według mnie poradzili sobie z tym zadaniem jeszcze lepiej niż we wcześniejszych odcinkach. 2. sezon szybciej rusza z kopyta, jest zdecydowanie bardziej wciągający i posiada intrygę na szczeblu międzynarodowym, która może ciągnąć się za bohaterami jeszcze trochę. Lamb jest człowiekiem o trudnej przeszłości i skrywającym wiele sekretów, lecz cała ta otoczka nie pozbawia go animuszu. Wręcz przeciwnie, z niecierpliwością czekam na odsłonięcie nowych kart i pokazanie agenta z jeszcze jednej strony. Dobrze, że Apple zdecydowało się na następne serie, bo takiej perełki nie warto odpuszczać.

Atuty

  • Niezwykle interesująca intryga sięgająca do czasów zimnej wojny
  • Żaden z wątków nie nuży
  • Znakomita kreacja Gary'ego Oldmana...
  • ...oraz innych aktorów wcielających się w główne postacie
  • Bardzo sprawna i dopracowana realizacja

Wady

  • Pogmatwana intryga otrzymuje zakończenie, które trochę do mnie nie przemawia
  • Wątek związany z Webbem ma mało przekonujące źródło

„Kulawe konie” w 2. sezonie zabierają nas w odmęty agencyjnych opowiastek, intryg oraz podejrzanych pertraktacji z Rosjanami – i robią to w iście znakomitym stylu. Serial tworzony przez Willa Smitha jest kapitalną mieszanką produkcji szpiegowskiej, w której nie brakuje wartkiej akcji, interesującej historii i zdecydowanego humoru. Dla kreacji Gary'ego Oldmana naprawdę warto zobaczyć – ale i nie tylko dlatego.

8,0
Iza Łęcka Strona autora
Od 2019 roku działa w redakcji, wspomagając dział newsów oraz sekcję recenzji filmowych. Za dnia fanka klimatycznych thrillerów i planszówek zabierających wiele godzin, w nocy zaś entuzjastka gier z mocną, wciągającą fabułą i japońskich horrorów.
cropper