Oczy Tammy Faye (2022) - recenzja filmu [Disney]. Różne odcienie wiary

Oczy Tammy Faye (2022) - recenzja, opinie o filmie [Disney]

Piotrek Kamiński | 28.01, 21:00

Oczy Tammy Faye są pierwszą rzeczą jaką widz ogląda na ekranie. I cóż to są za oczy! Wymalowane, podświetlone, otoczone podkładem, pudrem, fluidem i masą innych rzeczy, których nie potrafię nawet nazwać. Z początku wywołują śmiech, może nawet lekki niesmak, tak samo jak u dziesiątek osób mijających Tammy na ulicy. Widzą tylko zabawnie wyglądającą starszą panią w peruce, nie człowieka wewnątrz. Tak jak widz na początku filmu. Ale to się zmieni zanim zaczną się końcowe napisy.

Historia Jima i Tammy Faye Bakkerów (Andrew Garfield i Jessica Chastain) nadaje się na biografię jak mało która. Ona od zawsze była głęboko wierząca, ale nie mogła chodzić do kościoła, ponieważ ludzie krzywo na nią patrzyli ze względu na fakt, że była owocem poprzedniego związku swojej mamy, Rachel (Cherry Jones). Matka nigdy nie darzyła jej wielkim uczuciem, ponieważ córka przypominała jej o przeszłości. Lecz takie drobiazgi nigdy nie powstrzymałyby Tammy Faye! Bóg kocha wszystkich i chce żeby było im dobrze - mocno w to wierzyła. Na studiach (katolickich, oczywiście) poznała swojego przyszłego męża, Jima. Szybko okazało się, że oboje najbardziej na świecie lubią chwalić Pana, więc, aby nie żyć w grzechu, wzięli ślub, kupili samochód (na kredyt - przyzwyczajenie, przez, które Jim właduje się w niejedne tarapaty) i ruszyli w tourne po Stanach, ucząc dzieci miłości do Boga. Wkrótce po tym dostali swoją szansę w telewizji, a niedługo po tym mieli już swój własny program, całą telewizję, wielką willę, futra, auta, służbę. Gdzieś po drodze, być może między stacją telewizyjną a willą, zgubili w tym wszystkim Boga. Przynajmniej Jim, ponieważ Tammy, w całej swej naiwności, od początku do końca jedynym czego pragnęła było pomaganie ludziom. Tymczasem Jim zaczął coraz bardziej przypominać człowieka, którego kiedyś nie mógł znieść, wielebnego Jerry'ego Falwella (Vincent D'Onofrio).

Oczy Tammy Faye (2022) - recenzja filmu [Disney]. Świetne aktorstwo

Bakkerowie na przyjęciu

Nie wiem na ile historia przedstawiona w filmie jest prawdziwa, które elementy podkolorowano, co pozmieniano. O Tammy dowiedziałem się dopiero wraz z obejrzeniem pierwszego zwiastuna dzisiejszego filmu, kilka miesięcy temu, a o Jimie pisali jakoś ze dwa lata temu na portalach informacyjnych, bo chciał sprzedawać srebro jako lekarstwo na covid-19. Wiem natomiast, że film Michaela Showaltera prezentuje ją jako niezwykle szczerą, pełną uczuć kobietę. Prawdziwie wierzącą i chcącą pomagać innym. Tammy w wykonaniu Jessici jest po prostu cudowną, pocieszną osobą - tworzy z niczego pacynki, rozmawia sobie z nimi, kiedy nikt nie patrzy. Śpiewając te swoje wesołe pioseneczki o oglądaniu Jezusa, czy innym byciu dotkniętą przez światło, widz wierzy, że Tammy (czy raczej Chastain, ponieważ aktorka sama wykonała wszystkie covery) śpiewa z serca.

Tego samego nie da się powiedzieć o Jimie. Facet jest jakimś cudem jednocześnie lepki jak miód i śliski jak węgorz. Przez cały film, niemalże od swojej pierwszej sceny, mówi jedne rzeczy, po czym robi inne. Jest w tym jakaś magia. Widz zastanawia się o co mu dokładnie chodzi, jaki jest jego plan, czeka aż cały ten budowany z kart domek w końcu się zawali. Garfield po raz kolejny udowadnia, że nie jest tylko ładną buzią. Osobiście lubiłem go odkąd pierwszy raz oglądałem go na ekranie, bodajże w "The Social Network", dlatego zdziwiłem się czytając opinie ludzi, którzy uważają, że żaden z niego aktor. Moim zdaniem jest jedną z tych osób, która potrafi zatopić się w roli, kompletnie zniknąć. Kiedy oglądam na ekranie DiCaprio, zawsze z tyłu głowy męczy mnie myśl, że to tylko Leo udający, że jest kimś innym. Natomiast kiedy nie tak dawno temu recenzowałem tutaj "Tick, tick... BOOM" z Garfieldem, nie miałem najmniejszego problemu z uwierzeniem, że oglądam Jonathana Larsona. Tak samo tutaj. Akademia mogłaby go w końcu docenić.

Oczy Tammy Faye (2022) - recenzja filmu [Disney]. Płytko nakreślone machinacje

Tammy i Jim Bakker

Tak jak aktorsko film jest doskonały od początku do końca, tak mam problem z jego scenariuszem. To całkiem zajmująca historia - od skromnych początków, przez budowanie imperium, okres bogactwa, powolny rozpad związku i upadek - ale jej główną bohaterką jest Tammy, osoba niebiorąca udziału w całym tym zakulisowym cyrku, malwersacjach i innych fajnych sprawach. Z jednej strony rozumiem, bo to film o niej, z drugiej przydałby się szerszy kontekst tego, co działo się w ich firmie. Tymczasem dostajemy jedynie strzępy - tu Jim obiecuje gruszki na wierzbie deweloperowi, tam piętrzą się kolejne kredyty, do stacji dzwonią ludzie, którzy mają na Jima jakieś haki. Niby obserwujemy powolny upadek wielkiego imperium, ale nie od wewnątrz. Właściwie to gdyby nie dodana perspektywa Tammy Faye to przedstawienie sytuacji nie różniłoby się bardzo od tego, co można było przeczytać w tamtych czasach w gazetach. To wciąż ciekawy, zajmujący film, ale głównie dzięki bohaterom, a nie wydarzeniom, mimo że i te drugie były szalenie interesujące.

Zdjęcia Mike'a Gioulakisa są przeważnie po prostu poprawne, choć widać w nich przebłyski geniuszu. To jak kadruje sceny, na przykład kiedy Tammy przez przypadek podsłuchuje jak bliscy jej ludzie nabijają się z jej wyglądu, kamera zamyka ją w ramkę zrobioną z drzwi. Na zewnątrz scenę doświetlają telewizyjne reflektory, ale wewnątrz pomieszczenia, w którym stoi Tammy panuje półmrok, co doskonale pokazuje jej obecny stan. Przezabawna jest również finałowa scena muzyczna, podczas której główna bohaterka po latach przerwy wykonuje na żywo jeden ze swoich popisowych numerów. Sala jest malutka i raczej ciemna, lecz kiedy Tammy zaczyna śpiewać, oczom jej wyobraźni ukazuje się wspierający ją chór, a na koniec w tle pojawia się nawet wielka, amerykańska flaga! Śmieszne, ale w taki raczej uroczy sposób, zwłaszcza po bliższym poznaniu pani Bakker.

"Oczy Tammy Faye" w zajmujący, zabawny i pełen serca sposób prezentują historię najpopularniejszej pary teleewangelistów na świecie. Lecz to nie ich praca i późniejsze machlojki grają tu pierwsze skrzypce - trochę szkoda - ale postać głównej bohaterki i to, jak mimo wielu przeciwności losu, mimo pokus - którym czasami ulegała, choć według filmu raczej naiwnie, a nie złośliwie - mimo wszystko do samego końca udało się jej zachować pogodę ducha. Tammy Faye pod wieloma względami była pionierką. Uważała, że wszyscy ludzie zasługują na miłość, nie tylko biali katolicy. W swoim programie rozmawiała na tematy homoseksualizmu, rodzicielstwa, zdrady, zawsze podchodząc do swoich gości z kompletnym szacunkiem. Zaśmiałem się, kiedy zobaczyłem twarz Tammy na początku filmu, ale po seansie mogę śmiało powiedzieć, że trochę mi z tego powodu głupio i ruszyła mnie jej historia. To jeden z tych filmów, po których człowiek czuje się trochę lepiej, a świat nabiera kolorów. Polecam.

Atuty

  • Świetne aktorstwo;
  • Ciekawie pokazana droga Bakkerów na szczyt i w drugą stronę;
  • Zdjęcia;
  • Covery piosenek Tammy Faye w wykonaniu Jessici Chastain.

Wady

  • Bardzo powierzchownie pokazuje co doprowadziło do upadku imperium Bakkerów;
  • Omija, lub przemilcza kilka interesujących kwestii.

Piotrek Kamiński

"Oczy Tammy Faye" to pełna emocji, piosenek religijnych, wzlotów i upadków historia Jima i Tammy Faye Bakkerów, którzy z najbardziej popularnej, katolickiej pary Ameryki stali się pariasami. Trochę powierzchowna, ale za to angażująca i świetnie zagrana.

8,0

Komentarze (3)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych