Kto grał w pierwszą część omawianej gry, ten wie czego się spodziewać. Świetne poczucie broni, prosta rozgrywka w brutalnym konflikcie między ludźmi a najeźdźcami z innej planety Helghanami. Po ładnych paru latach, dostaliśmy kontynuację, która nie odróżnia się specjalne od poprzedniczki poza jedną ,,malutką'' różnicą - grafiką.  Zacznę więc nietypowo, ponieważ to ona rzuca się na pierwszy plan. 
Killzone 2 na PS3 jest tym czym Black na PS2, to nie ulega wątpliwości. Pod względem technicznym naszym oczom ukazuje się obraz świetnie dobranych tekstur, pięknej animacji przeładowania broni i naturalności każdej z napotkanych postaci. Urzekło mnie oświetlenie i wybór palety barw, które dodają grze należytego realizmu. Mimo że w pierwszej połowie otoczenie trąci monotonnością, w dalszej części jest zdecydowanie barwniej i różnorodnie pod względem mijanego terenu.
Cieszą zarówno wielkogabarytowe ruchome konstrukcje, ogromne budynki, latające pojazdy i mniejsze smaczki pokroju miotacza płomieni, który swą wiązką ognia idealnie zajmuje ciała przeciwników, jak i pozostawia ślad na wszelkich powierzchniach. Zresztą animacja podpalonego człowieka i jego zachowanie jest tak namacalnie brutalne, że chce się używać tej broni, tylko po to aby pastwić się na wrogach. 
Warte uwagi są też rzeczy, które z niewiadomych dla mnie powodów się niszczą. Mam na myśli skrzynki, palety drewniane, które nie skrywają zawartości a są tylko elementem,, dekoracyjnym". 
Jedyną rysą na tym graficznie oszlifowanym produkcie są doczytujące się elementy bliższego planu np: szczegóły kombinezonu wojaka, ale zauważyłem to tylko w prologu opowieści w spokojnym momencie. Możliwe, że dalej jest podobnie, jednak w natłoku akcji nie sposób to dostrzec. 

 

 

Cała opowieść ogranicza się na konflikcie 2 odmiennych ras ludzkich, z tą różnicą, że my jesteśmy najeźdźcami a nie jak w pierwszej części -  obrońcą przed nacierającym wrogiem.
Fabuła rozpoczyna się dwa lata po wydarzeniach z jedynki. Wcielamy się w dowódcę oddziału Alpha - Tomasa Sevchenkę, który wraz z kilkuosobowym zespołem musi powstrzymać Imperatora Visiariego.
Po naszej stronie są dość charakterni żołnierze pokroju pretensjonalnego Shawna, żartownisia Dantego czy krzykliwego Rico. Po drugiej stronie zła spotkamy bezwzględnego jak cała rasa Helghan, Mael'a Radeca. Jest to dowódca sił obrony, osobisty ochroniarz Visariego i w sumie główny antagonista, który nie raz zajdzie nam za skórę.
Tak jak wykreowane postacie są pierwszorzędne, tak zaprezentowany konflikt nie posiada większej dawki emocji pod względem opowiadanej historii. Poza ostatnimi misjami, które wbijają się w umysł za sprawą ciekawych wydarzeń, nie znajdziemy tu specjalnych zawirowań.  
Na szczęście zlecane nam zadania mogą porwać wymagającego odbiorcę niczym huragan o najwyższej skali Beauforta. Przeprowadzenie konwoju, przeprawa na drugą stronę mostu, zniszczenie wież w obozie przeciwnika czy zmasowany atak na pędzącym pociągu może napompować do krwi sporą dawkę adrenaliny. Emocje są tym większe im wyższy poziom trudności wybierzemy przed rozpoczęciem rozgrywki. Ja zaryzykowałem 'weteranem' i było ciężko w niektórych momentach - to fakt. Jednak to co mnie spotkało pod koniec gry to istna mordęga! Guerrilla Games przesadził z epilogiem, który mógłbym spokojnie nazwać ATAKIEM KLONÓW. Na szczęście można zmienić ustawienia trudności gry w każdym fragmencie opowieści, więc obyło się bez frustracji.

 

ISA - ugrupowanie której celem jest ochrona koloni Zjednoczonych Państw Kolonialnych. Organizacja ta walczy z Imperium Helgańskim i próbują w części pierwszej i Liberation (PSP) killzone'a odepchnąć siły inwazyjne Helghastów z planety Vekty, a w części drugiej są najeźdzcami.

 

Akcja gry toczy się zazwyczaj na półotwartych terenach, czasami wskakując do zamkniętych pomieszczeń. Tam gdzie jest pełna swoboda, widzimy obraz świetnie zrealizowanej wojny, zacierającej się o historyczny moment lądowania aliantów na plaży Omaha w Normandii. Pełno tu wybuchów, świszczących koło ucha pocisków, potężnych pojazdów zarówno przyziemnych, jak i latających, bez zbędnych skryptów rodem z Call of Duty.
Co do powyższej gry, Killzonowi jest daleko. Zdarzają się jednak momenty, gdzie w natłoku pojawiających się jednostek chciałoby się odpalić atomówkę. Niestety wzorem tego pierwszego należy dotrzeć do pewnego miejsca aby zniwelować ilość mięsa armatniego. Jeśli ktoś agresywnie prze do przodu nie jest to problemem, gorzej jeśli wykorzystamy osłonę z myślą wybicia wszystkich niczym kaczki. Można tak siedzieć w miejscu godzinami składając jajo w jaju niczym Matrioszka :-) Szczęście w nieszczęściu, że takie akcje występują sporadycznie (ten cholerny most!). 
Warto zaznaczyć najważniejsze. Killzone jako konkurencja przeciwnego obozu Microsoftu, a mianowicie serii Halo wyróżnia się ciężkim wojennym klimatem, tak brudnym i bezlitosnym jak tylko można. Tu nie ma miejsca na kolorowe blasterki i garbate skrzeczące krasnale. Szarobure kolory, syf na ścianach, unoszący się kurz zmieszany jest z setkami nabojów przelatujących w zażartym konflikcie. Ciężki, przytłaczający klimat jest według mnie jedną z największych zalet omawianego tytułu. Ciężar i wielkość to słowo-klucz. Ogromne działa strzelające piorunami, kilkunastotonowe czołgi, pancerne skurczybyki z działkami obrotowymi wielkości lodówki czy zwykły granat, który nie jest bynajmniej sylwestrową petardą. Czuć nieustępliwość w tej wojnie, czuć siłę ognia, czuć wyrównany bój o każdy skrawek terenu. To taki Gears of war z widoku FPP lub F. E. A. R w otoczce wojennej.

 

 

Przygoda jest podzielona na kilkanaście rozdziałów, a każdy z nich zaliczymy w mniej niż godzinę. Daje nam to w miarę rozsądny czas na ukończenie pozycji. Gra niestety momentami cierpi na schematyczność, sprawiając, że co u  niektórych odrzuci już po kilku pierwszych misjach. Nie mam tu na myśli samego aspektu strzelania, bo to przecież bądź co bądź strzelanka. Za dużo jest tu momentów deja vu - pokonywania tych samych przeciwników tylko, że w innej konfiguracji układu pomieszczeń.  
Co z tego, że podłożymy ładunki wybuchowe i zawalimy cały budynek na głowy Helghanów lub odstrzelamy z działka nacierających zewsząd czerwonookich na pędzącym pociągu, jak 90% trzonu rozgrywki opiera się na tym samym. Brakuje chociażby dłuższych momentów z użyciem snajperki, jak w jedynce w parku otoczonym drzewami kwitnącej wiśni. Najlepszym ciosem poniżej pasa był moment pod koniec pewnej misji. Gdy obok stały pojazdy buggy, byłem pewien, że w następnym rozdziale będzie jazda bez trzymanki... nic z tych rzeczy. 
Kolejną łyżką dziegciu w beczce miodu jest przyzwyczajenie do topornego poruszania i strzelania. Ktoś ograny w szybkie fpsy pokroju Counter Strike, złapie się za głowę jak wolna jest reakcja postaci na wychylenie gałki. Dla mnie nie było to wielkim kłopotem, dlatego piszę to z recenzenckiego obowiązku. 
Jeśli sama mechanika przypadnie wam do gustu, będziecie bawić się doskonale, bo gdyby spojrzeć się bliżej to dostaniemy odrobinę taktycznej młócki. 
Przyleganie do osłon, które nie chronią nas w stu procentach, ograniczona ilość naboi w magazynku, wolne przeładowanie broni, zdradzieckie ukształtowanie terenu, porozstawiane działka stacjonarne w odkrytych miejscach i uparci przeciwnicy. To wszystko sprawia, że trzeba się sporo natrudzić, odrzucając definitywnie taktykę na Rambo. No chyba, że mamy do czynienia z najniższym poziomem trudności...  

 

Ludzie na Helghanie zaczęli żyć pod doktryną faszystowską. Dowódcy Imperium, w tym Scolar Visari, wmawiali poddanym że Helghanie to lepsza rasa od ludzi, tym samym zbudzając ich nienawiść do UCN, ISA, i innych obcych organów rządzących. Twierdzili, że to oni powinni być tymi, którzy rządzą "gorszą" rasą ludzi.

 

Helghanie jako główny przeciwnik, charakteryzuje się czarnym kombinezonem i rzucającymi się z oddali czerwonymi świecącymi ,,oczami''. Występują w kilku odmianach kolorystycznych oczu i tylko tyle :-) Żarty jednak na bok, a mówiąc szczerze to nie będziemy mieli do czynienia z różnorodną śmietanką towarzyską - niestety. Większość tych samych ,,klonów'' dzierży tylko inną broń a gościnne występy odmiennych wrogów można policzyć na palcach jednej ręki. Czy to źle, czy dobrze -  sami oceńcie. 
Inteligencja stoi na poprawnym poziomie. Potrafią chować się na dłużej, strzelając nawet na oślep, przy bliskim kontakcie wyciągają nóż, ustawiają się w dobrych odstępach, nie wpadając głupio na siebie. 
Zestaw broni prezentuje się standardowo, co przy ogólnym założeniu i minimalizmie w gry, specjalnie nie dziwi. Mamy kilka karabinów szturmowych, shotguna, granatnik, wyrzutnie rakiet, miotacz ognia, snajperkę i potężne działka w dwóch odmianach.
Zwłaszcza te ostatnie należy opisać, bo sprawują się znakomicie. Kto grał w Polską produkcję Painkiller, ten wie, jak przydatnym tworem jest kołkownica. Jeden strzał, jedna śmierć. Bardzo pomocne narzędzie mordu na każdy dystans. Drugim mocarzem, lecz na bliższą odległość jest broń energetyczna. Wyróżnia się potężnym piorunem rażącym zarówno główny cel, jak i najbliższych nieszczęśników. Co najważniejsze, wszystkim strzela się inaczej, więc każdy znajdzie coś dla siebie. 
Przy takim zestawie zabawek pojedynki z oponentami są emocjonujące i świetnie zrealizowane za sprawą wspomnianego, dobrze zaprojektowanego terenu walki. Mamy pustynne tereny zapełnione stalowymi konstrukcjami, siatkę pomieszczeń piętrowych z licznymi szybami i masę interesujących miejscówek stworzonych idealnie pod liniową strzelaninę.
Na koniec informacja dla maniaków wszelakich dźwięków wydawanych podczas gry. Muzyka występuje w stonowanej dawce, w paru miejscach utrzymuje klimat tajemniczości (pustynia), a w momentach akcji wskakuje na dynamiczny poziom, jak podczas pierwszego wylotu na planetę Helghan.
W Polskiej wersji mamy pełny dubbing z napisami. Sprawuje się bardzo dobrze, głosy są dopasowane pod postacie a jedyną kwestią do której można się przyczepić to w pewnych fragmentach opóźnione wypowiedzi, względem oryginału lub ugrzecznione słownictwo. Bo musicie przyznać, że zamiast 'Jasna cholera' w słowie Fuck, powinno być 'Ku*#aa'.

 

 

 

Kontynuacja Killzone'a wyszła dobrze pod względem rozgrywki a wyśmienicie w kwestii wykonania. Pozycja ta jest dobrą alternatywą dla szybszych, przeładowanych skryptami produkcji. Może nie jest najlepszym shooterem, ale graficznym pokazem możliwości konsoli PS3 - już tak. Szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na większą różnorodność w rozgrywce. Mimo wszystko, nie wypada nie zagrać!


                                                                                                                                    Tomek Woźniak


P.S. Ocena dotyczy singla, multiplayera nie sprawdzałem.

Recenzja zajęła drugie miejsce w głosowaniu na najlepsze recenzje użytkowników PPE.