Powiedzmy jedno na wstępie: jeśli ktoś miał do czynienia z klasykiem z Nintendo 64, albo strzelanką z GameCuba, to tutaj będzie się czuł jak ryba w wodzie. Historia w Star Fox Zero jest niemal kalką tej z SF64: zły naukowiec o imieniu Andross wywołuje wojnę, posyłając swoje wojska na podbój planety Corneria, a w dalszej kolejności całego systemu Lylat. Na ratunek wojskom sojuszniczym przybywa jednostka najemników o nazwie Star Fox, dowodzona przez Foxa McClouda, syna Jamesa, który przewodził drużyną do dnia, gdy jeden z jego skrzydłowych, Pigma, zdradził drużynę i omal nie zabił trzeciego członka, Peppy'ego. Od tamtych wydarzeń minęło 5 lat, a armie Androssa rozpanoszyły się po całej galaktyce. Fox, wraz ze swoimi towarzyszami: Falco, Peppym i Slippym oraz wiernym robotem, R.O.B.em, decyduje się pomóc wojskom Generała Peppera w posprzątaniu całego bałaganu, a przy okazji odpłacić się Androssowi za śmierć ojca.

"Welcome to Corneria!"


Niby fabuła prosta, ale wystarczy by zbudować niezły klimat. Przejdźmy do sedna. Jako że gierka jest strzelanką "na szynach", przez większość misji będziemy lecieć przed siebie, strzelając laserami i ciskając naprowadzającymi bombami w chmary przeciwników, próbujących nas powstrzymać. Na początku wydawać się może, że do celu jest tylko jedna droga, ale uważne oko po jakimś czasie będzie w stanie odnaleźć drogę do ukrytych ścieżek, a nawet zupełnie nowych poziomów. W grze odwiedzimy nieco ponad 10 lokacji, znanych ze świata Star Fox; od Cornerii zaczynając, przez roślinną Fortunę, mroźną Fichinę, pustynną Titanię, sektory Alpha, Beta, Gamma i Omega, a na planecie Venom kończąc. Gra sprawia wrażenie liniowej, ale nasze działania podczas misji mogą wpłynąć na to, którą drogę będziemy mogli obrać (przykładowo obroń wszystkich sojuszników podczas jednej misji, by udać się alternatywną ścieżką dalej). 

Wbrew temu co mówi wielu recenzentów i Graczy zarazem, grafika wcale nie jest tak przestarzała i okropna jak mogłoby się wydawać. Wszelkie wybuchy, kolorowe iskry, rozpadające się wrogie statki wyglądają naprawdę fajnie, szczególnie podczas walk w kosmosie. Jasne, może przydałoby się trochę więcej polygonów na pierwszym planie, może mogłoby być bardziej widowiskowo, ale w tej grze nie chodzi o graficzne fajerwerki. Cała akcja sunie w stałych, 60 klatkach na sekundę i tylko czasami zdarzają się lekkie spadki płynności, np. gdy dużo przeciwników wybucha na ekranie jednocześnie. Nie jest to jednak tak złe, by mogło popsuć wrażenia z rozgrywki.

"Użyj Mocy, Fox!"


Jeśli jest coś, czym Star Fox Zero mnie urzekł, to są to dwie rzeczy: klimat oraz udźwiękowienie. Od pierwszych chwil (po przeprowadzeniu samouczka pod okiem Peppy'ego) gra wrzuca nas w sam środek batalii: ogniste wejście w atmosferę Cornerii, zaraz potem krótki ślizg Arwingami nad wodą i zaczynamy strzelać do wrogów. Ciągle coś się dzieje, ktoś nas atakuje, musimy być stale czujni. W jednym z dalszych poziomów miałem nawet wrażenie, jakbym odgrywał jakiś fragment kosmicznej bitwy rodem z Gwiezdnych Wojen! Floty wielkich statków wojennych po obu stronach, wymieniające między sobą salwy z dział laserowych, a pośród tego śmigające myśliwce. Gwiazdy Śmierci co prawda nie było, ale znalazł się później jej odpowiednik... tak jakby ^ ^"

Co do udźwiękowienia, to zarówno głosy postaci jak i muzyka doskonale podtrzymują klimat. Nawet Slippy nie brzmi już jak dziewczynka, a Mike West jako Fox, w porównaniu do jego występu w Super Smash Bros for Wii U and 3DS, naprawdę pokazał klasę. Fajną sprawą jest to, że komunikaty między postaciami słychać z głośników Game Pada, przez co ma się wrażenie jakbyśmy sami siedzieli w kokpicie Arwinga na miejscu Foxa.

Muzyka to po prostu majstersztyk: jakkolwiek tamta gra była super, to cieszę się, że po raz kolejny nie zremiksowano soundtracka ze Star Fox 64 (z kilkoma wyjątkami, jak chociażby temat "Star Wolf"), a pokuszono się o połączenie orkiestry i muzyki elektronicznej, co jakiś czas dorzucając jeszcze chórki. Tworzy to genialną mieszankę, kilka utworków bije tu nawet epicką ścieżkę dźwiękową ze Star Fox: Assault. Za oprawę muzyczną odpowiada po części Keiki Kobayashi, twórca fantastycznych kawałków do serii Ace Combat. Wykonał on kawał dobrej roboty.

"Zrób beczkę!"


Nasz Arwing jest zwrotnym myśliwcem, może wykonywać salta, beczki i inne ewolucje. Ponadto ma też możliwość transformowania się w łazika, przydającego się w ciasnych pomieszczeniach i wyglądającego trochę jak mechaniczny kurczak (taki, co potrafi się unosić i strzelać laserami, hłe hłe ;p) .  Fajnie w końcu widzieć pomysł, który miał się pojawić w nigdy nie wydanym oficjalnie Star Fox 2 na SNES-a, a który wreszcie został zrealizowany. W kilku misjach pokierujemy też starym, dobrym czołgiem Landmasterem. On też może się przemieniać i przez jakiś czas latać. Nowym pojazdem jest Gyrowing - latający wehikuł, posiadający małego, słodkiego robocika o nazwie Direct-I (ten głos! Kawaii! :D), dzięki któremu będziemy w stanie hakować wrogie instalacje, co umożliwi nam np. wyłączenie pola siłowego na wrogim krążowniku lub zdezaktywowanie systemu obrony bazy.

 

Na naszej drodze poza zwykłym, kosmicznym robactwem Androssa stanie też kilku wielkich bossów, których trzeba będzie rozwalić. Najczęściej trzeba będzie odnaleźć słabe punkty na jego ciele (duże, czerwone, błyszczące obiekty) i nawalać w nie z lasera. Przy tym musimy unikać ataków bossa oraz odpędzać pojawiających się co jakiś czas jego przydupasów. Ich zniszczenie może dać nam nagrodę w postaci pierścienia, który zregeneruje nam trochę pasek energii, bomby lub wzmocnienia naszego lasera, abyśmy zadawali więcej obrażeń. Walki z bossami są emocjonujące i zapadają w pamięć, szczególnie starcia z naszymi rywalami z drużyny Star Wolf. Podczas tych walk system namierzenia (przycisk ZL) pomaga nam nie tracić wroga z oczu i szybko dostosowywać się do sytuacji na polu bitwy.

 

"Nikt nie spodziewa się Galaktycznej Inkwizycji!"


Jak dotąd, wszystko fajnie. Ale w Star Fox Zero jest jedna kwestia, która podzieliła Graczy: sterowanie. Dla niektórych koszmarnie toporne i niepotrzebnie udziwnione, dla innych będącego swego rodzaju wyzwaniem i podnoszącym atrakcyjność gry. Ja osobiście początkowo miałem pewne trudności z jednoczesnym kierowaniem statkiem za pomocą lewej gałki analogowej oraz używaniem celownika za pomocą Game Pada. Na szczęście, sterowanie da się dostosować tak, by celownik był poruszany Game Padem tylko, gdy trzymamy przycisk strzelania. Po kilku sekundach od puszczenia przycisku, celownik centruje się na ekranie i zarówno nim jak i stakiem sterujemy lewą gałką. Kontrolowanie Walkera i Gyrowinga też wymaga trochę wprawy (na szczęście, mamy od tego misje treningowe). Opcji sterowania Motion Controls nie da się w pełni wyłączyć, ale po włączeniu tej drugiej opcji grało mi się znacznie łatwiej.

 

Na koniec jeszcze drobna ciekawostka: jeśli macie amiibo Foxa lub Falco, możecie je zeskanować, by otrzymać kilka bonusów. Falco da nam dostęp do Czarnego Arwinga, który jest w stanie atakować kilku przeciwników naraz, ale otrzymuje dodatkowe obrażenia od ataków. Zeskanowanie Foxa da nam wg mnie fajniejszy bonus: Retro Arwingi, wyrwane żywcem z oryginalnego Star Foxa (wraz z efektami dźwiękowymi!), nie mogą one jednak korzystać z naprowadzającego strzału. Dodatkowo, temat muzyczny Cornerii zmieni się na klasyczny utworek z pierwszej gry!  Za to oddanie uczucia nostalgii Nintendo i Platinum Games należy się duży plus. Jeśli nie macie amiibo, zbierzcie wszystkie medale, by uzyskać dostęp do obu rodzajów statków.

"Prosto w cel!"


Uwierzcie mi, że za cenę początkowych trudności, Star Fox Zero potem stanie się świetną, emocjonującą kosmiczną przygodą. Niektórym może nie pasować jechanie na nostalgicznej naturze Star Fox 64, ale wszyscy fani Foxa i jego ekipy powinni w ten tytuł zagrać. Pozostaje mieć nadzieję, że na tej grze (oraz małym dodatku jakim jest Star Fox Guard, pseudo tower defense, dodawany do gry w wersji First Print Edition, a normalnie dostępny oddzielnie) seria Star Fox się nie zakończy. Jestem pewien, że jeżeli Nintendo zdecyduje się zaimplementować kilka nowych, ciekawych pomysłów i rozwinie nieco fabułę, to w przyszłości nieraz jeszcze usłyszymy legendarne "Do a barrel roll!"