My jesteśmy szczęśliwcami. Żyjemy w miarę spokojnych czasach, cieszymy się życiem, poznajemy ludzi, pielęgnujemy swoje hobby, uczymy się, zarabiamy, żyjemy. Nie każdy ma tak dobrze i mam wrażenie, że często o tym zapominamy. Jednak właśnie takie gry jak This War of Mine: The Little Ones potrafią sprowadzić na ziemię i trząsnąć człowiekiem. Ludzie każdego dnia walczą o jakiekolwiek jutro i namiastkę, szczyptę, mały kawałek tej tragedii serwuje właśnie produkcja przygotowana przez rodzime studio. Twórcy oferują w zasadzie prostą rozgrywkę, bez wielkiej akcji, efektownych wybuchów… Tutaj wszystko dzieje się bardzo spokojnie, ale właśnie dlatego doceniamy każdy najmniejszy element projektu.

Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek, na kogo wypadnie, ten... Umiera

W This War of Mine: The Little Ones wcielamy się w grupę zwykłych ludzi, którzy żyją w fikcyjnym kraju podczas krwiożerczej wojny. Tutaj stale słychać wybuchy, najeźdźcy atakują, żołnierze giną, a naszym zadaniem jest przetrwanie kolejnych dni… Kiedyś ten chaos musi się zakończyć, a my możemy tylko i wyłącznie walczyć o przetrwanie. Rozgrywka została podzielona na dwa etapy związane z upływającym czasem. Za dnia możemy kierować dostępnym zespołem, który znajduje się w kryjówce-domu. W tym czasie nie możemy opuścić miejscówki i powinniśmy się zajmować tylko i wyłącznie rozbudową dostępnej bazy. Na początku trzeba oczyścić każdy kąt, pozbierać cenne surowce, a później możemy tworzyć pierwsze przedmioty. Łóżko, kuchenka, fotel, aparat bimbrowniczy, a może warsztat? Każdy obiekt wymaga niezwykle cennych materiałów, więc nawet najmniejszy ruch trzeba dobrze przemyśleć. W produkcji zawsze czegoś brakuje, ale na szczęście nie jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na produkty dostępne w naszych czterech kątach.

Najciekawszy element gry rozpoczyna się tuż po zmroku. Z zabawą startujemy od wyznaczenia zadań ocalałym – kto idzie plądrować okolicę? Kto zostanie na straży? A kto wyśpi się w wygodnym łóżku? – by następnie wybrać jedną z lokacji i rozpocząć poszukiwanie przedmiotów. Im dłużej gramy, tym na mapie pojawi się więcej dostępnych miejsc, w których znajdziemy jedzenie, leki, części, narzędzia, broń, ale oczywiście też innych ludzi. Na początku najlepiej wybierać bezpieczne lokacje, ponieważ istnieje większa możliwość zebrania cennych przedmiotów nie narażając się na utratę zdrowia, czy też nawet bohatera. 

Śmierć w grze jest permanentna, a każdą decyzję należy bardzo dokładnie przemyśleć. Postacie mają ograniczony ekwipunek, więc za pierwszym razem nigdy nie zbierzemy wszystkich przedmiotów i z tego powodu lepiej zapisywać sobie na kartce rzeczy, które pozostawiliśmy w miejscach – taka mała podpowiedź na dobry początek… W tej pozycji naprawdę nie ma miejsca na pomyłki, bo jedna decyzja może sprawić, że rozpoczniemy przygodę od początku… I choć każda opowieść jest odrobinę inna od poprzedniej – losowo generowane wydarzenia dają radę! – to jednak sama budowa gry oraz zawartość sprawia, że kolejne podejścia mniej bawią.

Wróćmy jeszcze na chwilkę do szabrowania – radujmy się i wzywajmy imię najświętszego, gdy akurat nie natrafimy na innych ludzi, a ponadto udało się nam zebrać niezbędne surowce… Ale oczywiście takie rzeczy zdarzają się tylko podczas pierwszych 2-3 dni. Później czy tego chcemy czy też nie, musimy stanąć oko w oko z ocalałymi i właśnie tutaj rozpoczyna się prawdziwa zabawa. 

Wybory moralne pojawiają się od samego początku. Spotkanie staruszków ukrywających się w swoim domu nie jest łatwe. Oni nas nie zaatakują, nie są zagrożeniem, ale posiadają jedzenie, surowce oraz niezbędne części… Ograbisz ich czy stracisz cenną dobę i narazisz swój obóz na nieodwracalne straty? Innym razem natrafisz na dzieciaka opiekującego się chorym rodzicem… Dasz radę pozbawić go życia i rozgrabić każdy pokój w jego mieszkaniu? Pomożesz umierającej dziewczynie? Takie trudne decyzje pojawiają się w This War of Mine od pierwszych chwil i bez wątpienia jest to najmocniejsza strona produkcji. Twórcy bawią się z nami, my się męczymy, a podjęte wyroki zostawiają ślad w psychice bohaterów oraz graczy. Trudno czasami wybrać kogo tak naprawdę ocalić, a z własnego doświadczenia wiem, że niektóre wydarzenia wywołują sporo kontrowersji i dyskusji wśród graczy… Ja z żoną długo dyskutowałem na temat niektórych rozstrzygnięć i bez wątpienia dla takich chwil warto sięgnąć po grę 11 bit studios. Ciekawym doświadczeniem jest również przyglądanie się jak bohaterowie reagują na sytuację z ekranu – zabicie bezbronnych ludzi wpływa w zasadzie na całą grupę… Niektórzy są załamani, inni unikają rozmów, a w ostateczności możemy być świadkami samobójstw.

To oczywiście nie koniec przyjemności, bo bezbronnych cywili można wyliczyć na palcach jednej ręki. Zdecydowanie częściej wpadniemy na obładowanych wielkimi gnatami strażników, którzy będą bronić każdej najmniejszej śrubki. Właśnie z tego powodu szybko musimy przygotować mocną amunicję, a do tego potrzebujemy ulepszyć warsztat,  trzeba więc wyruszyć po niezbędne części... Zabawa kręci się w kółko do upadłego, bo zawsze czegoś brakuje, zawsze mamy mało, a na domiar złego od czasu do czasu możemy zostać zaatakowani i w najlepszej sytuacji stracimy tylko kilka rzeczy. W najlepszej, ponieważ niemal zawsze jeszcze nasza ekipa zostanie mocno poturbowana, a wtedy musimy posiadać bandaże oraz leki. Dobrze jest znać swój zespół i wykorzystywać mocne atuty bohaterów – tutaj nie musimy studiować żadnych podręczników… Kucharz gotuje, złota rączka buduje i ulepsza, a ta wygadana bierze w obroty handlarza, który systematycznie puka do naszych drzwi. Miły facet często wpada z ciekawym towarem, ale należy przygotować odpowiednie przedmioty (bimber!), by móc zainteresować go swoją ofertą.

Wojna na szczęście nie trwa w nieskończoność, a w okolicach 35-45 dnia może nastąpić oficjalne zawieszenie broni. Jednak przetrwanie tak sporego czasu wymaga ogromnej dyscypliny i odpowiedniego planu. Gra jest wymagająca i przez różne wydarzenia – zima, ataki szabrowników, braki w przedmiotach, problemy z chorymi i rannymi, trudne decyzje moralne – trzeba się faktycznie natrudzić, by dotrwać do zakończenia z całym zespołem. Muszę jednak zaznaczyć, że przez budowę pozycji tutaj niemal stale robimy to samo… Jeśli nie wkręcicie się w losy bohaterów, nie złapiecie wojennego bakcyla, to po pierwszej porażce nie będziecie chcieli wrócić do rozgrywki. Od pewnego momentu wyraźnie brakuje zawartości i przez to stale budujemy te same przedmioty, później je ulepszamy, wybieramy się do znanych miejsc i nawet liczba wydarzeń pozostawia pewien niesmak. Odrobinę sytuację ratują losowo generowane historie, ale i tak za każdym razem robimy to samo.