Recenzja: Everybody's Gone to the Rapture (PS4)

Recenzja: Everybody's Gone to the Rapture (PS4)

Andrzej Ostrowski | 10.08.2015, 14:00

Za każdym razem, gdy jakiś recenzent napisze w tekście, że „dana gra nie jest dla każdego”, gdzieś na Ziemi umiera mały kotek. Serio! Najgorsze jest to, że użycie tego zwrotu w przypadku Everybody’s Gone to the Rapture nasuwa się wręcz samo. Na razie zastosuję jednak mniej pokorne stwierdzenie. Mianowicie nie uważam, że mamy jeszcze do czynienia z grą wideo.

Odpowiedzialne za tytuł studio The Chinese Room to deweloperzy Dear Esther (2012), z którego czerpią produkcje takie jak Gone Home (2013) i Zaginięcie Ethana Cartera (2014). Wszystkie wymienione tytuły cechują się jedną rzeczą - posiadają równie śladową ilości rozgrywki, co zawartość mięsa w najtańszych parówkach. Ba, twórcy są z tego powodu dumni! Całość kręci się wokół założenia, że rozgrywka odwraca uwagę grającego od opowiadanej historii. Brzmi znajomo? Powinno, bo bardzo podobne założenie przyjęli japońscy twórcy gier z gatunku Visual Novel. Jeśli akceptujemy japońskie VN-y, to stety czy niestety, ale musimy zaakceptować także coś, co w bardziej „niezależnych środowiskach gejmingowych” (Boże, wybacz mi ten zwrot) można określić jako „Western Visual Novel”.

Nie znaczy to oczywiście, że Everybody’s Gone to the Rapture jest od razu pełnoprawnym przedstawicielem tego gatunku. WVN-y to jednak wciąż VN-y. Niemniej produkcja The Chinese Room ma z tymi gatunkami niezwykle istotną cechę wspólną, jaką jest absolutne skupienie się na opowiadanej historii. Tą jednak tym razem przedstawia się, wykorzystując najnowocześniejsze rozwiązania graficzne i dźwiękowe. Krytycy są tutaj generalnie podzieleni, bo ogólna definicja „gry” zawiera coś, co zostało określone jako „wyzwanie” oraz „rozbudowana interakcja”. Produkcje tego typu czasami posiadają wymienione cechy, czasami nie. Uważam, że właśnie one decydują o tym, czy dany tytuł w ogóle jest grą wideo. A teraz najciekawsze – to wcale nie jest stwierdzenie pejoratywne! Zbierając informacje przed napisaniem tej recenzji, dotarłem do słów dewelopera Gone Home, który przyznał, że odczuwa nobilitację, jeśli ktoś nie uzna wyprodukowanego przez niego produktu za grę wideo… bo to oznacza, że jest sztuką. Lub przynajmniej wizualizacją artystyczną, którą należy oglądać i podziwiać, a nie ogrywać. Jeśli podążymy tą ścieżką, to będziemy w stanie wyobrazić sobie, czym jest Everybody’s Gone to the Rapture.

Pierwszy opis produkcji z 2013 roku wspomina o jakiejś rozgrywce, w której miała być interakcja z otoczeniem czy fabuła kształtowana przez nasze decyzje. Niczego takiego tutaj nie uświadczymy, co oznacza, że twórcy ostatecznie porzucili ten zamysł. Zamiast tego pojawimy się w okolicach zamkniętego obserwatorium, znajdującego się w małej angielskiej wiosce, której mieszkańcy wciąż dość dobrze pamiętają wojnę o Falklandy. A raczej pamiętali, bo, jak zapewne wiecie z zapowiedzi, miał miejsce koniec świata. Wszyscy zniknęli.

Zadaniem postawionym przed graczem jest wejście do tego Muzeum Cichej Apokalipsy. W trakcie naszej wycieczki, podczas której przewodnikiem jest malutkie światełko, będziemy obserwowali ostatnie dni życia mieszkańców w formie retrospekcji. Poznamy ich codzienność, problemy, malutkie grzeszki, które uczynili, emocje, z którymi sobie radzili… lub nie. Zobaczymy również, jak zareagowali na wydarzenia wokół nich, na dziejącą się apokalipsę, na zapewnienia rządu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Uwierzcie - historia opowiedziana w Everybody’s Gone to the Rapture jest prawdopodobnie jedną z najlepszych, jakie może zaserwować nam elektroniczne medium. Mocno zżyłem się z tymi postaciami i przyznam szczerze, że miałem parokrotnie szklane oczy, obserwując ich ostatnie chwile.

Na wycieczce nie można się ociągać. Zniecierpliwione światełko będzie frunęło dalej, zatrzymując się przy kolejnych ekspozycjach. Możemy oczywiście trochę zboczyć z drogi, wejść do domu, obejrzeć meble czy niedopalone papierosy, uruchomić radio lub odsłuchać nagranej na telefonie wiadomości. Obydwa urządzenia służą do mniej lub bardziej jasnego opisu danej części muzeum. W końcu jednak wrócimy do naszego tajemniczego przewodnika, a on zadowolony poprowadzi nas dalej. Czasami trzeba pomachać przed nim padem, wykorzystując wbudowany żyroskop, co przypomina trochę szukanie stacji w radiu - kręcimy padem niczym gałką. Nawet jak już ruszymy w dalszą drogę, trzeba uważać, żeby się nie zgubić. Muzeum ma wiele korytarzy, które pozwolą nam obejrzeć ponownie wcześniejsze ekspozycje.

Te, same w sobie, są piękne. Everybody’s Gone to the Rapture nie obfituje może w eksplozje, ale twórcy wykreowali niezwykle czarujący świat. Nasączony klimatem i barwami przynoszącymi nam na myśl rajską, choć pustą idyllę. Efekty świetlne to najwyższa półka, podobnie jak cienie szeleszczących liści czy drobinki pyłków. Całość naszej wizyty w Muzeum Cichej Apokalipsy dopełnia udźwiękowienie. Grając na słuchawkach, cały czas towarzyszyły mi różnorakie dźwięki otoczenia, dobrze współgrające z rewelacyjną ścieżką dźwiękową Jessici Curry. Jest tak dobra, że spokojnie można kupić ją osobno.

Wycieczka w końcu dobiegnie jednak końca. Ostatnia ekspozycja była lekko rozczarowująca, ale jak się teraz zastanawiam, to nie jestem do końca pewien, czy miało to znaczenie. To nie o zakończenie tutaj chodzi. Wydaję mi się, że zwiedzając muzeum, szybko zauważymy, że nie przyszliśmy do niego rozwiązywać jakiekolwiek tajemnice, a po prostu zobaczyć, jak radzili sobie ludzie w ostatnich dniach swego życia. Nie znaczy to oczywiście, że żadnej tajemnicy nie ma, ale jest ona bardziej smaczkiem niż rzeczywistym powodem naszej wizyty.

Podsumowując całą wycieczkę do Muzeum Cichej Apokalipsy myślę, że już wiecie, czego oczekiwać. Jest ono nieco przestarzałe, gdyż nawet dziś nowocześniejsze galerie są trochę bardziej interaktywne. W Everybody’s Gone to the Rapture możemy tylko zwiedzać, oglądać poszczególne ekspozycje, zachwycać się nimi… i pójść dalej, popychając naszego przewodnika padem. Nie oczekujcie, że nawiążecie z czymś większy kontakt. Nie podniesiecie ani nie przesunięcie żadnego przedmiotu, nie podejmiecie żadnej ważnej decyzji, a obecne w tytule zagadki są czymś, co rozwiązuje się już po zakończeniu gry we własnej głowie. Samo muzeum jest dosyć duże i obejście go w całości zajęło mi 7-8 godzin. Niestety do naszej dyspozycji mamy tylko nogi, a jak pewnie wiecie, w muzeum nie wolno biegać, dlatego darowałem sobie wracanie do poprzednich eksponatów. Wizja 10-15 minut drogi była dosyć zniechęcająca. W szczególności, że nie znalazłem żadnej ulotki czy mapy muzeum, którą można ze sobą przynajmniej zabrać. Obsługa na niektórych ścianach co prawda powiesiła ogólną mapę, ale co mi po niej w lesie? Zazwyczaj w muzeum dostaniemy do ręki przynajmniej jakiś plan.

Stąd, przyjmując logikę twórców, boję się, że nie wykorzystano potencjału wybranego medium. Nawet akceptując minimalistyczną rozgrywkę, spotkamy się ze zwyczajnym, ludzkim zmęczeniem. Przewodnik czasami popije i pójdzie na stronę, znikając nam z pola widzenia. Z bolącymi nogami, w powolnym tempie nie raz obejdziemy wszystko kilkukrotnie, nagle znajdując pijane w sztorc światełko, które niespodziewanie ożywi się, przypominając sobie, że powinno uruchomić ekspozycję. To oczywiście prowadzi do kolejnego obejścia wszystkiego raz jeszcze, ale tym razem z uruchomionymi już atrakcjami i skryptami. Czasami zaś przewodnik puści nas samopas, ucinając sobie drzemkę w jakiejś dziurze. Wtedy musimy zwiedzać sami, ale biorąc pod uwagę ogrom muzeum, bywa to niekiedy kłopotliwe bez jakiejś sensowniejszej formy nawigacji w postaci wspomnianego wcześniej nawet najprostszego i najbanalniejszego planu.

Czy jednak warto wybrać się na wycieczkę do Muzeum Cichej Apokalipsy? Zdecydowanie tak, bo wystawa prezentuje poziom światowy i powinna poruszyć nawet najbardziej twardoskórych turystów. Obsłudze czasami trzeba niektóre rzeczy wybaczyć, bo widać, że została zatrudniona w ramach programu „Niepełnosprawni w życiu – pełnosprawni w pracy”. Dyrektorem w muzeum zaś jest szwagier brata przyjaciela kolegi radnego, więc niestety nie pomyślał o tak podstawowej rzeczy jak ulotki. Nadal jednak ekspozycja broni się sama. Jedyny poważny problem, jaki widzę, to fakt, że wizyty w muzeum nie są dla wszystkich. Nie każdemu odpowiada taka rozrywka i… hej? Słyszeliście to? Mam wrażenie, że chyba usłyszałem gdzieś miauknięcie padającego kotka.

Ocena - recenzja gry Everybody's Gone to the Rapture

Atuty

  • Wspaniały, angielski klimat
  • Realistycznie oddany świat
  • Wyciska łzy lepiej niż krojenie cebuli
  • Opowieść, którą zapamiętamy na długo
  • Voice acting na najwyższym możliwym poziomie
  • Świetnie pasująca muzyka
  • Grafika robi ogromne wrażenie

Wady

  • Skrypty czasami się nie odpalają
  • Brak przenośnej mapy
  • Eksploracja jest nieco toporna

Andrzej Ostrowski

To, czy ta produkcja jest w ogóle grą wideo, to kwestia dyskusyjna. Wciąż jednak wybierając ten tytuł zobaczycie jedną z najbardziej poruszających opowieści. Zadajcie sobie jednak pytanie, czy odpowiada Wam taka forma rozgrywki.

Komentarze (34)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper