Recenzja: Grand Theft Auto: Chinatown Wars (PSP)

Recenzja: Grand Theft Auto: Chinatown Wars (PSP)

SoQ | 12.11.2009, 14:29

 Wyobrażam sobie zdziwione miny panów z Rockstar, którzy po ciepłym przyjęciu przez media DS-owego GTA: Chinatown Wars liczyli na zyski. Użytkownicy konsolki Nintendo woleli jednak inne rozrywki niż gangsterka, a wydawca musi się przecież odkuć. Takim oto sposobem po siedmiu miesiącach konwersja gry Rockstar Leeds ląduje na PSP. Chłopaki nie przemęczyli się przy dłubaniu nad PSP-kową wersją Chinatown Wars - przepisanie gry ze słabszego sprzętu na mocniejszy zapewne było przysłowiową bułką z masłem, tym bardziej, że wykazali się przy tym sporym lenistwem.

Wyobrażam sobie zdziwione miny panów z Rockstar, którzy po ciepłym przyjęciu przez media DS-owego GTA: Chinatown Wars liczyli na zyski. Użytkownicy konsolki Nintendo woleli jednak inne rozrywki niż gangsterka, a wydawca musi się przecież odkuć. Takim oto sposobem po siedmiu miesiącach konwersja gry Rockstar Leeds ląduje na PSP. Chłopaki nie przemęczyli się przy dłubaniu nad PSP-kową wersją Chinatown Wars - przepisanie gry ze słabszego sprzętu na mocniejszy zapewne było przysłowiową bułką z masłem, tym bardziej, że wykazali się przy tym sporym lenistwem. Na szczęście w całym tym odtwórczym procesie nie zagubiło się najważniejsze – grywalność.

Jeśli pamiętacie pierwszą odsłonę serii to po odpaleniu Chinatown Wars uśmiechniecie się pod nosem. Rockstar zdecydował się na powrót do korzeni i akcję obserwujemy nie z perspektywy trzeciej osoby, a z lotu ptaka. Developerzy pogrzebali przy grafice zmieniając znaną z oryginału kreskówkową i pociągniętą cel-shadingiem oprawę na realniejszą, z bardziej żywymi kolorami. Poprawiono też choćby wygląd wybuchów. Dzięki tym zabiegom gra wygląda poważniej, co zaliczam na plus. Wspomniane lenistwo objawiło się tym, że nie pogrzebano już niestety przy oprawie audio. Dostajemy więcej stacji radiowych niż na DS-ie, jedenaście zamiast pięciu, ale pomimo nieco lepszej jakości, nie powiem żebym był nimi zachwycony. W eter lecą jedynie instrumentalne wersje najczęściej nijakich kawałków (zapomnijcie o licencjonowanej muzie), co męczy po godzinie, tak samo jak czytanie dialogów pod komiksowymi obrazkami przedstawiającymi fabułę. Kolejną przypadłością nowego GTA jest bowiem brak voice actingu. Bubel ten można było zrozumieć w wersji na DS-a, ale tak trudno nagrać parę kwestii, zwłaszcza biorąc pod uwagę pojemność UMD? Zapewne terminy goniły, a gra musiała wylądować na półkach przed świętami, więc zabrakło chęci. Cóż, biznes to biznes.

Tym razem wskakujemy w buty niejakiego Huanga Lee. Gość z miejsca otrzymuje tytuł jednego z najbardziej bezpłciowych bohaterów w serii. Nie jest na szczęście niemową jak łepek z GTA III, ale Nico Bellicowi mógłby co najwyżej pistolety czyścić. W każdym bądź razie „żółtek” trafia do Liberty City z zamiarem oddania wujowi miecza, który należał do jego zmarłego brata i jednocześnie ojca Huanga. Już na lotnisku czeka jednak na niego komitet powitalny i zamiast u wujaszka, biedak ląduje w samochodzie na dnie rzeki. Wówczas wita nas pierwsza nowość w Chinatown Wars – mini-gry. Ich obsługa to kolejna z różnic w stosunku do wersji z DS-a. Aby wydostać się z tonącego wraku musimy rozbić szybę, co tam robiliśmy poprzez stukanie stylusem w ekranik. Tu trzeba zadowolić się wciskaniem na zmianę L i R. Mini-gry były jedną z największych atrakcji pierwowzoru, ale jeśli w niego nie graliście ich ograniczenia nie będą wam przeszkadzały. Rockstar niektóre z nich przebudował, inne w ogóle wyrzucił, ale nadal stanową one mocny punkt programu. Kradzież auta i odpalanie go na kabelki, zdrapywanie losów na loterię, napełnianie benzyną koktajli Mołotowa, składanie snajperki, robienie tatuaży, podkładanie bomb. To wszystko przedstawiają gierki, które mimo prostoty zadowalająco urozmaicają rozgrywkę.

Drugą z nowinek jest handel narkotykami, czyli nasze główne źródło utrzymania. Z czasem na mieście pojawiają się dilerzy, u których dostaniemy między innymi popularne ziółko. Jeśli mamy dobry cynk i działamy w myśl zasady „kupić tanio, sprzedać drogo”, szybko się wzbogacimy. Trzeba zatem monitorować w której części miasta potrzebny jest dany specyfik, a to i szereg innych rzeczy ułatwia GPS. Dzięki temu niezwykle przydatnemu urządzeniu odbierzesz pocztę, podejrzysz mapę czy sprawdzisz dochody w narkobiznesie. Tutaj też zagrasz z kumplem w multi (Ad-hoc), który oferuje kilka trybów takich jak wypady vanem po cudzą kasę, czy walka z hordami nacierających wrogów (co-op i versus). Jednak nie samym handlem człowiek żyje, a Huang musi odnaleźć miecz, który oczywiście stracił. Chwyta więc za gnata i zaczyna wieść życie wzorowego gangola.

Krwawe strzelaniny, pościgi policji, potrącania przechodniów – oto esencja GTA. To wszystko jest i tu, jednak, ze względu na specyficzne ujęcie akcji i ograniczenia w sterowaniu, podane w innym sosie. Analogiem ruszamy chłopka, pod R mamy namierzanie celów, które mimo iż momentami szwankuje, jest do przełknięcia. Całkiem niezjadliwe jest za to przełączanie się pomiędzy nimi obłożone na... krzyżaku. W ferworze walki nie sposób się tym posługiwać, tak samo jak rzucać koktajlami. By to zrobić należy przytrzymać L, gałką ustawić kierunek i cisnąć. Wyobrażacie sobie taką gimnastykę palców gdy nad głową śmigają kule, a wasza postać stoi przybita do ziemi? Wystarczyło pod L przenieść zmianę celu, a na cztery kierunki krzyżaka rozpisać rzucanie płonącymi butlami. Proste? Same starcia zatem momentami są chaotyczne gdyż sprowadzają się do latania wokół przeciwników i walenia ile wlezie, bo mimo iż możemy robić uniki, to niespecjalnie się one sprawdzają. Walka to takie trochę "GTA arcade", co wymaga przyzwyczajenia.

Misje tradycyjnie trzymają poziom. Nie zabraknie standardowego wożenia ludków z miejsca na miejsce, ale też takich atrakcji jak wysadzanie aut, zabawa w strażaka, ściganie upierdliwych paparazzich czy prowadzenia karetki z jednoczesną... reanimacją pacjenta. Do wątku fabularnego dochodzi szereg zadań pobocznych w stylu jeżdżenia „na taryfie”, rozwożenia chińskiego żarcia, wyścigów samochodowych, misji wykonywanych dla przypadkiem poznanych ludzi czy kamer do zniszczenia. Tych ostatnich jest sto i stanowią odpowiednik znienawidzonych przez wielu gołębi z GTA IV. Warto na nie polować gdyż w niemonitorowanych dzielnicach taniej kupimy dragi, a i prawdopodobieństwo pojawienia się glin podczas wymiany jest mniejsze. Przez grę przewija się oczywiście plejada wykręconych postaci, choćby szef gangu, któremu zdarza się... narobić w gacie. Jest też wątek reporterki Melanie Mallard – ekskluzywny w wersji PSP. Szkoda, że śledzenie fabuły na statycznych obrazkach nie jest szczytem przyjemności.

Trochę ponarzekałem, ale GTA: CW to bez wątpienia jeden z najlepszych prezentów, jakie posiadacze handhelda Sony mogą znaleźć w tym roku pod choinką. Mimo momentami męczącego sterowania i mało przekonującego bohatera, szybko wsiąkamy w światek azjatyckich oprychów. Mini-gry dodają rozgrywce przyjemnej świeżości, handel używkami „ekonomicznego” posmaku, a sporych rozmiarów teren w kieszonkowym Liberty City sprawia, że nie sposób się w nim nudzić.

Ocena - recenzja gry Grand Theft Auto: Chinatown Wars

Atuty

  • Mini gry i handel dragami
  • Sporo grania
  • Kolejne kieszonkowe GTA

Wady

  • Nieprzemyślane sterowanie
  • Konwersja zrobiona "na łatwiznę"

SoQ

Chinatown Wars to smakowita odmiana po GTA IV i przyjemny „czasoumilacz” przed piątą odsłoną uwielbianej serii. Ja łykam go z bananem na twarzy, a teraz spadam na miasto bo spragnieni klienci czekają na dostawę.

Komentarze (15)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper