Mam już trochę dość gier z otwartym światem. Piaskownic, w których mogę przemierzać rozległe tereny wzdłuż i wszerz mając na horyzoncie całe oceany możliwości. Wszelkie systemy craftingu bardzo szybko mnie nudzą i kompletnie nie czaję, czemu miałbym budować miasteczko w najnowszym Falloucie. Potrzebuję odpoczynku. Just Cause 3, to również sandbox. Tylko taki dla mniej grzecznych dzieci. Zamiast budowania i ratowania świata czeka nas jedynie totalna rozwałka. Wszystkie działania są usprawiedliwione, bo robimy to teoretycznie „dla dobra uciśnionych”. Nieważne, że zrównamy przy okazji ich miasto z ziemią. Grając w najnowszy tytuł Avalanche czułem się trochę jakbym rozdeptywał płaczącym dzieciom zamki z piasku. Niestety bardzo mi się to podobało.

Viva La Revolución!

Znany z poprzednich części serii Rico Rodriguez wyraźnie się postarzał. Nie stracił jednak nic ze swojego zaczepnego charakteru i nadal rzuca na lewo i prawo sucharami dyrygując podążającą w rytm jego kroków symfonią destrukcji. Bohater zjawia się tym razem w rodzinnych stronach wyspiarskiej prowincji Medici, która znalazła się pod rządami żelaznej ręki dyktatora Di Ravello. Spotyka starych znajomych, przyjaciół z dzieciństwa, ale to wszystko i tak nie ma znaczenia. Co prawda, po raz pierwszy w historii całej marki położono tu jakikolwiek mocniejszy nacisk na fabułę, ale jest ona jedynie pretekstem do kolejnych eksplozji . Tak jakby ktoś z deweloperów stwierdził nagle w połowie – „okej, mamy wybuchy, ale chodźcie napiszemy jeszcze do tego jakąś historię”. I tak się stało. Czy to źle? Nie. Zwłaszcza, że wielokrotnie przekonujemy się o tym, że nikt tutaj nie bierze niczego na poważnie.

Skoro już jesteśmy przy wybuchach, to warto zauważyć, że są to jedne z najpiękniejszych eksplozji, jakie zobaczycie w grach wideo. Otoczenie i roślinność również dają radę i w połączeniu z bardzo żywą kolorystyką stanowią prawdziwą ucztę dla oczu. Nieco niewspółcześnie wyglądają za to modele postaci, które wyraźnie tkwią nadal w poprzedniej generacji konsol. Ładne oświetlenie ma natomiast jakieś drobne problemy z załamywaniem się na niektórych budynkach, co skutkuje pokracznym migotaniem. To jednak drobny błąd i nie psuje ogólnego efektu. Just Cause 3 wygląda naprawdę dobrze.

Just Cause 3 ma najdalej wysunięty horyzont ze wszystkich gier wydanych na konsole. Najlepiej widać to zwłaszcza, gdy wzniesiemy się w powietrze helikopterem wojskowym

Własne 1000 (kilo)metrów

Tym pięknym otoczeniem będziecie cieszyć się na obszarze o wielkości 1000 kilometrów kwadratowych. Prowincja Medici podzielona jest na 3 wyspy – dwie mniejsze i jedną ogromną. Zaskakująco, nie ma tu czasu na nudę, nawet pomimo pewnej powtarzalności zadań. Oczywiście o ile kochacie nieskrępowaną rozwałkę. Poza głównymi misjami, które są mega szalone i zróżnicowane, zadaniem Rico jest odbijanie kolejnych miejscówek spod władzy dyktatora. Rozpętujemy w tym celu prawdziwe piekło na ulicach miast niszcząc bilbordy, posterunki policji, a także wysadzając w powietrze posągi miłościwie panującego. Przejmujemy również bazy i zamieniamy w proch stacje energetyczne . Bomba. Dosłownie i w przenośni.
Ponadto do naszej dyspozycji oddano cała masę różnorodnych wyzwań, począwszy od szybkiej jazdy samochodami, a na przelatywaniu przez obręcze skończywszy. Podchodzenie do nich nie jest może obowiązkowe, ale to gra warta świeczki. Za wykręcanie najlepszych wyników nagradzani jesteśmy specjalnymi zębatkami służącymi do odblokowywania perków. Just Cause 3 wyważone zostało w ten sposób, że zręczny gracz poradzi sobie z ukończeniem gry bez rozwijania postaci, jednak dodatkowe umiejętności  bardzo ułatwiają ten proces.

Mamy haka na transport

Prowincję Medici przemierzać będziemy na lądzie, w powietrzu oraz na wodzie. Przyczepić się można nieco do sterowania samochodami, które nie należy do najwygodniejszych. Wręcz przeciwnie ma się za to sprawa z samolotami i helikopterami. Te prowadzi się doskonale. Łodzie mają za to fajny ciężar i suną majestatycznie po tafli morza. Zupełnie jak w życiu. W przeciwieństwie do życia jednak, zdecydowanie więcej czasu spędziłem szybując na spadochronie i kombinując przy użyciu sztandarowego dla Rico narzędzia – linki z hakiem. Fizyka tego urządzenia jest po prostu genialna i choć na początku korzystanie z niego bywało trudne i kłopotliwe, to rozpracowanie tej mechaniki owocuje satysfakcjonującą metodą pokonywania kolejnych kilometrów. Niczym Spider-Man, który jednak z jakiegoś dziwnego powodu łamie prawa fizyki przyczepiając się do ziemi. Maszynka strzelająca linką działa bowiem bardziej jak samozwijająca się miarka, niż jej rzeczywisty odpowiednik.