Na początku listopada możemy oczekiwać pierwszych świątecznych reklam, nowych promocji zwiastujących nadejście Black Friday oraz kolejnej odsłony serii Call of Duty. W 2021 roku do głosu doszło Sledgehammer Games wrzucając graczy na front II wojny światowej prezentując pełną zawartość – fabularną kampanię, tryb sieciowy, zombie oraz nadciągającą integrację z rozgrywkami Battle Royale. Z jednej strony możemy mówić o bardzo zróżnicowanej propozycji, ale z drugiej trudno nie odnieść wrażenia, że recenzowany Call of Duty: Vanguard w najmniejszym stopniu nie oferuje rewolucji. To po prostu kolejna (dla jednych dobra, dla drugich fatalna) odsłona Call of Duty.

Call of Duty: Vanguard w kampanii zapewnia wizualną ucztę

Call of Duty Vanguard - recenzja - fabuła i pokazanie swastyk

Po pobraniu pełnej wersji recenzowanego Call of Duty: Vanguard od razu wskoczyłem do kampanii, by przekonać się, czy deweloperzy faktycznie zapewnili tę obiecaną „filmowość”. Studio wiele powiedziało na temat tego trybu, ponieważ opowieść może zachęcić wielu graczy do zapoznania się z tytułem – w końcu konkurencyjny Battlefield 2042 stawia wyłącznie na rozgrywkę multiplayer.

Akcja Call of Duty: Vanguard przedstawia wydarzenia po upadku Berlina i samobójstwie Hitlera. Gdy świat mógłby już myśleć o zwycięstwie i szykować się na nowy początek, naziści postanowili wykorzystać okazję, by rozpocząć projekt Feniks. Ich liderem został Herman Freisinger, wzorowany na Heinrichu Müllerze, który jest przekonany, że wojnę można jeszcze odwrócić... Deweloperzy w zgrabny sposób poradzili sobie z prawdziwą historią, bo tak naprawdę nie prezentują alternatywnej wizji II wojny światowej, a przedstawiają losy postaci inspirowanej szefem Gestapo.

Sledgehammer Games wpadło na pomysł stworzenia grupy zróżnicowanych żołnierzy – jest tutaj Rosjanka, Francuz, Brytyjczyk oraz Australijczyk i to właśnie oni starają się powstrzymać „Czwartą Rzeszę”. Twórcy nie bez powodu zdecydowali się na takie postacie, ponieważ niemal od samego początku możemy uczestniczyć w retrospekcjach bohaterów, dzięki którym trafiamy na różne fronty II wojny światowej – autorzy sięgają po takie pewniaki jak D-Day (Normandia), Bitwa o Tobruk (Afryka Północna), Bitwa o Midway (Ocean Spokojny) czy też wrzucają graczy do Stalingradu. Akcja jest w pozycji prowadzona dwutorowo – bo choć cały czas uczestniczymy w wątku głównym, to jednak wydarzenie jest przerywane przez dodatkowe historie postaci. Jest to moim zdaniem bardzo dobra decyzja, ponieważ scenarzyści nie tylko pozwalają lepiej poznać każdego z protagonistów, to jednocześnie deweloperzy mogli zadbać o widowiskowe akcje... A tych w Call of Duty: Vanguard nie brakuje. 

Call of Duty: Vanguard powróci?

Call of Duty Vanguard - recenzja - grze nie brakuje ognia

Główny wątek oferowany przez Sledgehammer Games nie jest specjalnie interesujący, co w pewien sposób psuje postać głównego (czy też raczej „nijakiego”) antagonisty, ale to właśnie misje związane z postaciami sprawiły, że pozytywnie odebrałem fabularną kampanię z Call of Duty: Vanguard. To nie jest wybitne dzieło, jednak na pewno jedno z lepszych, które w ostatnim czasie serwują nam pisarze Activision. Problemem jak zawsze jest czas rozgrywki, bo pewnie większość graczy ukończy historię w mniej niż 6 godzin, jednak możecie mieć pewność, że w tym czasie nie będziecie się nudzić.

Dużym atutem kampanii Call of Duty: Vanguard jest strona wizualna. Grałem w produkcję na PS5 i wielokrotnie zachwycałem się widokami, których nie spodziewałem się po pozycji z serii Call of Duty. Tytuł w trybie fabularnym jest naprawdę dopieszczony pod względem oprawy i łatwo można zachwycać się widowiskowymi momentami – klimat czasami dosłownie wylewa się z ekranu. Twórcy wycisnęli ze sprzętu Sony sporo soku, by dopieścić wiele scen, ale jednocześnie Sledgehammer Games nie zapomniało o zróżnicowanej rozgrywce... Każdy z bohaterów został wyposażony w specjalną umiejętność i tak przykładowo Wade posiada zmysł pozwalający mu dostrzec wrogów, Polina odwraca uwagę snajperów, a Arthur wydaje polecenia swojemu oddziałowi – te elementy wpływają na zróżnicowanie rozgrywki, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że mechaniki powinny zostać lepiej rozbudowane... Nie jestem też przekonany, czy możliwość podświetlenia wrogów niczym Predator jest niezbędna w grze, której akcja rozgrywa się w czasach II wojny światowej. Zabija to w pewien sposób immersję.

Wiele na to wskazuje, że Call of Duty: Vanguard faktycznie zapoczątkuje nową serię, ponieważ końcówka kampanii zwiastuje kontynuację, co pozwala sądzić jedno – twórcy faktycznie przygotowali historię na całą trylogię. Jednego recenzowanemu Call of Duty: Vanguard nie zabrakło: deweloperzy zadbali o iście widowiskowe przerywniki filmowe. Czy jednak fabuła Call of Duty: Vanguard może zachęcić graczy do pełnej wersji gry? Nadal mam wrażenie, że 6-godzinne doświadczenie to trochę za mało, by sięgnąć po produkcję w pełnej cenie, ale jeśli jest to wyłącznie dodatek dla graczy, którzy spędzają godziny w trybie sieciowym, to historia wypada naprawdę dobrze.

Call of Duty: Vanguard w trybie sieciowym oferuje znane doświadczenie

Call of Duty Vanguard - recenzja - zombie

W dniu premiery Call of Duty: Vanguard posiada szereg znanych trybów (Deathmatch Drużynowy, Dominacja, Zabójstwo Potwierdzone, Znajdź i Zniszcz, Deathmatch i Umocniony Punkt), dorzuca do rozgrywki Patrol oraz Wzgórze Mistrzów, a wszystkie mecze możemy rozgrywać na łącznie 20 mapach (w tym cztery dla WM). Dużo? Tak, to naprawdę spory zestaw, który sprawi, że fani serii na pewno nie będą się nudzić, ale musicie pamiętać o jednym i w zasadzie najważniejszym – Call of Duty: Vanguard to Call of Duty. Twórcy nie wykorzystali okazji, by zwolnić rozgrywkę, nadać jej bardziej realistyczny charakter, a cała gra śmiga na silniku z Call of Duty: Modern Warfare z 2019 roku. W rezultacie przeciwnicy padają szybko, widzimy znane animacje żołnierzy, często korzystamy ze wślizgów, a gameplay jest bardzo dynamiczny. 

Czy jednak w Call of Duty: Vanguard strzela się źle? Nie, jednak trudno tutaj mówić o wielkich zmianach. Deweloperzy oczywiście wpadli na pomysł i pozwalają „otworzyć” niektóre lokacje przez zniszczenie przykładowo drewnianych przeszkód, co oczywiście wpływa na gameplay, ale sama destrukcja jest ograniczona. Nie możemy tutaj nawet myśleć o zniszczeniu całego budynku, jednak nie ukrywam – wyeliminowanie przeciwnika przez ścianę zapewnia sporo frajdy. 

Z nowych trybów najbardziej przypadło mi do gustu Wzgórze Mistrzów – to wariant zabawy dla dwu lub trzyosobowych zespołów, które rozgrywają szybkie mecze. W zmaganiach uczestniczy osiem zespołów i każda formacja ma wyznaczoną liczbę żyć, więc po kilku seriach (drużyna vs. drużyna) dochodzi do sytuacji, w której na placu boju pozostają tylko dwie ekipy – tym samym rozpoczyna się mecz o wszystko. Twórcy zadbali tutaj jeszcze o system ekonomii, ponieważ otrzymujemy możliwość ulepszenia broni, a nawet czasami wpadamy do HUB-a, gdzie kupujemy ulepszenia, włączamy radar, zaopatrzyć się w inny sprzęt lub dokupić HP dla całego zespołu. Champion Hill testowaliśmy w trakcie bety i w tamtym czasie ten wariant zabawy nie skradł mojego serca, ale w ostatnich dniach najwięcej czasu spędzam właśnie na tych mniejszych mapach, gdzie rywalizacja nie jest tak chaotyczna i mając u boku ogarniętego partnera można naprawdę dobrze się bawić. Nieźle wypada również Patrol – w tym trybie musimy chronić strefy, by otrzymywać punkty, ale lokacja ciągle się przemieszcza... Trudno w tym przypadku mówić o choćby minimalnej atmosferze związanej z II wojną światową, ale to problem całego trybu multiplayer.

Wzgórze Mistrzów z Call of Duty: Vanguard niespodziewanie zapewnia mi największą frajdę

Call of Duty Vanguard - recenzja - tryb multiplayer

Nieźle w Call of Duty: Vanguard wypadają mapy, które choć oczywiście wyglądają gorzej względem miejscówek z fabularnego trybu, to jednak naprawdę dobrze biega mi się po prezentowanych terenach. Przyjemnie w strzelance  Sledgehammer Games wypada filtrowanie rozgrywki, ponieważ w grze wybrać tempo akcji (taktyczne, szturmowe, szybkie) i podczas rywalizacji otrzymujemy dostęp do zmagań na mniejszych lub większych mapach z większą lub mniejszą liczbą graczy. Twórcy przygotowali jeszcze głosowanie na najlepszego zawodnika spotkania, więc jeśli wykażecie się kilkoma celnymi strzałami, to możecie zostać nagrodzeni przez współtowarzyszy broni tytułem MVP.

W rywalizacji sieciowej mamy okazję wskoczyć w skórę 12 operatorów, wśród których nie zabrakło głównych bohaterów fabularnej kampanii i standardowo większość postaci musimy odblokować. W przypadku uzbrojenia przygotowano 7 karabinów maszynowych, 6 pistoletów maszynowych, 4 strzelby, 4 RKM-Y, 3 karabiny wyborowe, 3 karabiny snajperskie oraz tarczę bojową... Ale standardowo – od początku walczymy o kolejne poziomy, by otrzymywać dostęp do sprzętu oraz następnych dodatków. Dla klasycznego StG44 zamontujemy wylot lufy, element pod lufą, lufę, celownik, kolbę, magazynek, typ amunicji, rękojeść, a także zadbamy o biegłość i atut broni. Wszystkie te części wpływają na siłę, szybkość czy też celność sprzętu.

W grze nie zabrakło także atutów (maksymalnie trzy zdolności wpływające na możliwości żołnierza), różnych granatów, scorestreaków oraz ulepszeń polowych. Dzięki serii zabójstw ponownie skorzystamy z przykładowo wywiadu, ostrzału moździerzowego, samolotu szturmowego, maszyny śmierci, poślemy do akcji psy bojowe czy też zrzucimy bomby zapalające. Natomiast wśród ulepszeń mogę wyróżnić martwą ciszę, rozstawienie osłon, mikrofon polowy pokazujący wrogów, zakłócacz minimapy czy tajną skrytkę – dzięki niej nawet po śmierci licznik serii zabójstw nie zostanie zresetowany.

Zombie spóźnili się na samolot do Call of Duty: Vanguard

Call of Duty Vanguard - recenzja - znana lokacja

W zestawie oferowanym przez Sledgehammer Games nie mogło zabraknąć trybu z biegającymi truposzami, ale okazuje się, że deweloperzy w dniu premiery nie oferują pełnej zawartości. Kampania fabularna zostanie dodana do gry dopiero w grudniu, a aktualnie gracze mogą spędzać wolny czas w misjach, które przez swoją strukturę powinny zachęcać do wykonywania trzech zadań.

Na początku rozgrywki śmiałkowie trafiają do HUB-a w Stalingradzie, z którego teleportujemy się na inną mapę i w tym miejscu musimy wykonać wyznaczoną misję. Problem polega jednak na tym, że deweloperzy zapewniają trzy warianty rozgrywki (zbieranie orbów z zombie i dostarczanie ich do miejsca, eliminowanie przeciwników, podążanie do wyznaczonego miejsca i wybijanie przeciwników po drodze), które są bardzo klasyczne i jednocześnie mocno powtarzalne. Twórcy ponownie zapewniają mroczny klimat, a gameplay może przez pewien czas zachęcać do powtarzania misji (w końcu możemy stale ulepszać swój arsenał), jednak mam wrażenie, że nawet najwięksi fani zombie w Call of Duty poczują, że najlepsze dopiero przed nimi. Sledgehammer Games próbowało wybrnąć z sytuacji, jednak tak naprawdę zombie w recenzowanym Call of Duty: Vanguard aktualnie wystarcza na 30 minut i choć później możemy kontynuować rozgrywkę, by mierzyć się z potężniejszymi zombiakami, to jednak w praktyce – cały czas robimy to samo.

Muszę jeszcze na pewno wspomnieć o działaniu gry na PS5 – twórcy wykorzystali możliwości DualSense, więc ponownie podczas strzelania możemy poczuć opór broni czy też możliwości adaptacyjnych wibracji. Strzelanka ma jednak drobne problemy w fabularnej kampanii i w niektórych momentach czułem lekkie spadki animacji... Choć nie były one na tyle duże, by wpływały na wrażenia.

Call of Duty: Vanguard to... Bardzo klasyczna odsłona serii

Widowiskowa i krótka kampania, klasyczne (dynamiczne) strzelanie w trybie multiplayer i nie do końca dopieszczony tryb z zombie – taki właśnie jest Call of Duty: Vanguard. Twórcy starali się zapewnić atrakcje na wszystkich frontach, jednak w ostateczności oferują bardzo standardowe doświadczenie, przy którym fani spędzą dziesiątki godzin, a reszta może czuć niedosyt. Sledgehammer Games nie wykorzystało potencjału umiejscowienia wydarzeń, ale zapewniło pozycję, która ponownie osiągnie znakomitą sprzedaż, bo podejrzewam, że właśnie na takie atrakcje czekało wielu.