Hell Let Loose pierwszą styczność miałem już podczas minionych wakacji, gdy otrzymałem możliwość zasiąść do realistycznego FPS-a w wersji na komputery osobiste. Niestety, ale przez ogromne problemy z optymalizacją, nie mogłem ukończyć ani jednego meczu, więc postanowiłem powstrzymać się od napisania recenzji zakończonej niską oceną aż do czasu premiery wersji przeznaczonych na konsole. Dobrze się złożyło, że chwalona przez fanów strzelanek produkcja trafiła w PS Plus, ponieważ mogłem zapoznać się z nią dość szybko.

Coś nowego?

Hell Let Loose - recenzja gry. Las

Recenzowane Hell Let Loose próbuje jak najstaranniej zaprezentować działania wojenne, które miały miejsce w trakcie II wojny światowej. W debiutanckim projekcie australijskiej ekipy Black Matter największy nacisk położono na realizm, co sprawia, że jest to idealna produkcja do osób lubiących strzelanki, w których zwycięstwa odnosi cały zespół, a nie pojedyncza osoba.

Po rozpoczęciu sieciowej (nie ma tutaj trybów dla pojedynczego gracza) bitwy na froncie zachodnim opowiadamy się za jedną z dwóch dostępnych stron konfliktu i zaczynamy tworzyć oddziały. W każdym z nich może znaleźć się sześć osób i najlepiej będzie, jeśli każda z nich wybierze na start inną klasę postaci. Wyróżnić można tutaj strzelca, medyka, grenadiera, wsparcie, czy nawet inżyniera - każdy z nich wyróżnia się swoimi własnymi atutami i przedmiotami (np. medyk posiada strzykawki z morfiną, a strzelec może postawić na ziemi skrzynię z amunicją) i tak, jak wspomniałem wyżej, w każdym oddziale potrzebna jest spora różnorodność, aby przemieszczając się po szarym polu bitwy, móc się wzajemnie wspierać.

Próbowałem

Hell Let Loose - recenzja gry. Domy

Niestety, ale mimo tego, że w Hell Let Loose spędziłem kilkanaście godzin, nie miałem okazji przetestować wszystkich klas postaci. Poniekąd jest to spowodowane, że upatrzyłem sobie strzelca ze zwykłym karabinem, ale do takiego obrotu spraw przyczynił się przede wszystkim zbyt duży nacisk na realizm, który w produkcji Black Matter kompletnie mi nie podszedł. Przez te wszystkie godziny, które spędziłem na mapach wrzucających nas na teren Stalingradu, Carentanu, Omaha Beach, czy Foy, nie potrafiłem odnaleźć się na polu bitwy i po kilkunastu meczach (swoją drogą, jeden z nich trwa aż godzinę) uznałem, że nie jest to gra dla mnie.

Odrzuciła mnie przede wszystkim powolna rozgrywka - ruchy postaci są zbyt wolne, więc przejście od jednego punktu do drugiego trwa zbyt długo i jedyną nadzieją są postawione przez dowódców garnizony, w których możemy się odrodzić. Gdy jednak znajdziemy się już w miejscu, w którym stacjonuje nasz oddział, musimy przygotować się do wypchania wrogiego wojska z punktu kontrolnego, który obecnie okupuje. Powtórzę się ponownie, ale z racji tego, iż mamy tutaj do czynienia ze sporym realizmem, ten segment zabawy trwa bardzo długo i nawet najmniejszy błąd może sprawić, że nasz zespół polegnie. To na papierze brzmi świetnie, ale w praktyce musimy przygotować się, że w jednych okopach spędzimy nawet 15-20 minut. Masa czasu, prawda?

Hell Let Loose - recenzja gry. Budynki

Wolne tempo rozgrywki to nie wszystko, co odrzuciło mnie od Hell Let Loose. Mianowicie, branie udziału w bitwach na ekranie 65' calowego telewizora mija się z celem - wrogów bardzo ciężko dostrzec, nawet wtedy, gdy znajdują się na otwartej przestrzeni (drodze, łące). Nie pomaga również rozgrywka na kontrolerze DualSense, który wydaje się spowalniać czas reakcji odbiorcy - ci, co grają w strzelanki na PC, a potem próbują tego samego gatunku gier na konsoli, doskonale będą wiedzieć, o czym mówię.

Dobrego słowa nie mogę powiedzieć także o samej płynności. Mimo tego, iż otaczające nas lokacje są przepełnione szczegółowością, a jakość roślinności to klasa światowa, to Hell Let Loose w wersji na PS5 zmaga się ze spadkami płynności. Takie coś w strzelankach jest niewybaczalne.

Hell Let Loose tylko dla nielicznych

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu rzeczach wyróżniających Hell Let Loose nie powiedziałem, jest mi z tego powodu przykro, ale cóż mogę powiedzieć... Ta produkcja odrzucała mnie coraz bardziej z każdą godziną spędzoną na froncie zachodnim i nie było ani jednego starcia, które sprawiałoby mi radość. To symulator bitwy, który docenią tylko nieliczni, a reszta po rozegraniu jednego meczu odinstaluje pozycję ze swojego dysku raz na zawsze. Gdybym nie musiał recenzować owej strzelanki, zdecydowanie należałbym do tej drugiej grupy.

Na sam koniec pochwalę - bo finalnie nawet ten, kto się od tejże pozycji odbił, powinien zauważyć te plusy - Hell Let Loose za bardzo dojrzałą społeczność. Szansa na to, że trafimy na kolegów z oddziału, którzy non stop komunikują się z innymi członkami ekipy, jest ogromna i dzięki możliwości oznaczania celów, a także korzystania z komunikatora głosowego, ciągłe rozmowy między żołnierzami występują niemalże w każdej bitwie. Podoba mi się także sam zamysł zachęcania zainteresowanych do współpracy z innymi graczami poprzez chociażby trzymanie się swojego oddziału. Recenzowany tytuł nie jest kolejnym CoD-em, w którym mamy do czynienia z "one-man-army", lecz realistyczną strzelanką.

Jeśli macie masę wolnego czasu i chcecie zasmakować FPS-a stworzonego z myślą wyłącznie o dojrzałych odbiorcach, w których nie znajdziecie krzyczących do mikrofonu dzieci lub tekstów obrażających Waszą rodzinę, wypróbujcie Hell Let Loose - zważywszy na to, że inni gracze próbują Ci pomóc odnaleźć się w świecie gry. Jeśli jednak podoba Ci się Call of Duty czy Battlefield, tytuł od zespołu Black Matter nie jest w ogóle dla Ciebie, bo od razu się od niego odbijesz.