Sony ujawniło Deathloop na wiele miesięcy przed oficjalnym zakończeniem transakcji przejęcia Bethesdy przez Microsoft. Phil Spencer nie chciał jednak ingerować w umowę, dlatego przez najbliższy rok produkcja będzie dostępna wyłącznie na PS5 i PC. Jestem przekonany, że właśnie z tego powodu najnowsza propozycja Arkane Lyon jest traktowana niczym „kukułcze jajo” – Sony nie za bardzo promuje „tytuł Microsoftu”, a korporacja z Redmond aktualnie nie musi zachęcać do kupienia historii.

Sytuacja jest patowa i cierpi przez nią sam produkt, gdyż każde nowe IP potrzebuje odpowiednio głośnej reklamy, a jeden z pierwszych spotów Deathloop skrzywdził grę, prezentując ją jako strzelankę nastawioną na rozgrywkę PVP... Gdy tak naprawdę sieciową rywalizację można wyłączyć jednym przyciskiem, a co najważniejsze przygoda z tego powodu w ogóle nie traci na jakości... Bowiem opowieść i jej intrygująca budowa są najważniejszymi elementami produkcji. Arkane stawia na pętlę czasu i serwuje kawał przyjemnej gry.

Deathloop stawia na pętlę czasu i powtarzające się sekwencje

Deathloop - recenzja - PS5 - patrz

Recenzowany Deathloop rozpoczyna się niczym klasyczna historia po grubej imprezie – budzisz się na plaży, nie masz portfela, nie pamiętasz gdzie zaparkowałeś samochód i nawet nie wiesz, jak masz na imię. Colt Vahn nie może jednak liczyć, że po dodatkowym nektarze bogów jego pamięć powróci. Główny bohater budzi się na wyspie Blackreef i rozpoczyna walkę o życie... Choć może słowa te brzmią zbyt dramatycznie, bo tak naprawdę protagonista nie może umrzeć, a każde jego przebudzenie rozpoczyna się tym samym widokiem – spokojnego morza. Colt wylądował w pętli czasu, którą może odblokować jedynie wyeliminowanie wyznaczonych celów. Zadanie nie należy jednak do najłatwiejszych, ponieważ nieustannie musi mierzyć się nie tylko z mieszkańcami okolic, ale i tajemniczą Julianną.

Na początku przygody mężczyzna podnosi radio, dzięki któremu stale otrzymuje informacje od wspomnianej kobiety –naszym zadaniem okazuje się przerwanie pętli czasu, a ona chce ją za wszelką cenę zatrzymać. Julianna chętnie morduje Colta, strzela mu w głowę, a następnego poranka tłumaczy, że była do tego zmuszona, by chronić całą wyspę. Ich relacja to jeden z atutów gry, bo choć nieczęsto mamy okazję, by zobaczyć duet obok siebie, to dialogi rozgrywające się poprzez radio stają się źródłem wielu ciekawostek.

Deathloop - recenzja - PS5 - wieżyczka balistyczna

Scenarzyści Arkane Lyon sięgają po znany motyw uwięzienia bohatera w pewnym okresie czasu, jednak bez wątpienia opowieść została opracowana w taki sposób, by była wystarczająco interesująca. Szybko okazuje się, że na Blackreef obok zwykłych mieszkańców znajdują się Wizjonerzy i by przerwać pętlę, trzeba się ich pozbyć. Colt jednak nie może liczyć, że obskoczy całą wyspę i od razu pozbędzie się oponentów, ponieważ problemem okazuje się czas. Główny bohater musi wykonać misję w ciągu jednej doby, a przynajmniej na początku Wizjonerzy znajdują się na odległych krańcach terenu, przez co nie ma możliwości, by osiągnąć sukces.

Wszystko jednak zmienia się w momencie, gdy poobserwujemy Wizjonerów. To bardzo ciekawe jednostki, które mają swoje cele i pragnienia – naszym zadaniem jest ich zrozumienie i doprowadzenie do momentu, by Colt mógł zrealizować morderczy plan. Pomagają w tym specjalne tropy, które ułatwiają poznanie fabuły i łączenie faktów. Recenzowany Deathloop to jedna z tych produkcji, gdzie musimy często pochylić się nad kartką, by doczytać informacje związane z historią. Arkane serwuje tonę drobnych wiadomości, które dopiero po przeanalizowaniu pozwalają zrozumieć intencje wszystkich osób znajdujących się na wyspie.

W Deathloop często będziecie wracać do odwiedzanych lokacji

Deathloop - recenzja - PS5 - on jest rekinem

Bardzo spodobało mi się, jak Arkane buduje intrygę, ponieważ w Deathloop regularnie otrzymujemy nowe informacje dotyczące postaci, miejsca czy też głównego bohatera. Nie zawsze konkrety są równie interesujące, jednak deweloperzy rozsądnie tworzą akcję – w zasadzie dopiero pod koniec produkcji uświadomiłem sobie, co tak naprawdę wydarzy się w finale... A i tak nie zabrakło elementu zaskoczenia. Główną historię zakończyłem po 14 godzinach – mogłoby być krócej, bądź znacznie dłużej, ale nie ulega wątpliwości, że do tej przygody warto wrócić, bowiem twórcy oferują przynajmniej dwa zakończenia.

Nie jestem jednak pewien, czy od razu chciałbym wskoczyć do Deathloopa po pierwszym ukończeniu zabawy, gdyż Blackreef jest dość ograniczonym miejscem. Twórcy postanowili bazować na kilku rozgałęzionych, choć zamkniętych lokacjach, których jest dość mało, a zadania wymuszają na graczu powracanie do wcześniej odwiedzanych terenów. Backtracking to zdecydowanie największy problem pozycji – choć autorzy próbują nieco ratować sytuację, pod koniec czułem już spore znużenie miejscówkami i biegałem po dachach niczym Płotka, omijając rywali, by dotrzeć do celu. Czasami musimy rozpocząć misję, przejść do punku A, wziąć notkę, by następnie wrócić do bazy wypadowej. Takie powtarzające się sekwencje psują zabawę, a wystarczyło tylko umożliwić poznanie dodatkowych wątków, chcąc jednak skupić się na głównej części historii, musicie liczyć się z regularnym wracanie do tych samych miejsc.

Colt od początku przygody korzysta z HUB-a, gdzie może przygotować sprzęt, wybrać moce, ale ma też okazję działać o dogodniejszej porze. Świat żywo reaguje na to, czy idziemy na wybrzeże rankiem, przedpołudniem, po południu czy też wieczorem, ponieważ nie tylko inaczej ustawiają się czy zachowują przeciwnicy, ale przykładowo możemy też natrafić na otwarte drzwi czy mamy szansę zebrać dodatkowe informacje, które pozwalają nam lepiej działać przy następnej sesji. Gameplay jednak bardzo mocno opiera się na ponownym odwiedzaniu lokacji – pod koniec rozgrywki znałem już na pamięć (w grze nie ma normalnej mapy) rozmieszczenie postaci.

Deathloop proponuje rozgrywkę PVP? To wyłącznie mały dodatek

Deathloop - recenzja - PS5 - historia

Nie powinniście także liczyć na szybką i przyjemną realizację zadań, ponieważ od czasu do czasu w trakcie standardowego wykonywania misji otrzymujemy komunikat dotyczący Julianny, która postanowiła popsuć nam zabawę. Jest to tak naprawdę typowa inwazja, od której nie możemy zbyt łatwo uciec. Kobieta dołącza do sesji, ustawia specjalny sprzęt do zakłóceń, przez który nie możemy wydostać się z mapy i mamy dwa wyjścia: zabić ją i wyłączyć urządzenie lub pozbyć się anteny i wydostać się z miejscówki. Rywalizacja z nią bywa różna – czasami potrafi zaskoczyć, ale często też nie stanowi większego zagrożenia. Warto jednak podejmować rękawice, ponieważ możecie zdobyć cenny surowiec rezyduum (szczegóły za chwilę) oraz jej zabawki.

Właśnie w tym miejscu pojawia się to sławetne PVP, które okazuje się wyłącznie małym dodatkiem. Nikt nie zmusza nikogo do rywalizacji „gracz vs. gracz”, gdyż przed misją możemy wyłączyć inwazję innych-żywych rywali, ale zawsze mamy możliwość natrafienia na SI. Pod koniec zadania dowiadujemy się z kim walczyliśmy, ale podkreślam – recenzowany Deathloop to w pełni fabularna gra.

W produkcji Arkane Lyon znajdziemy tak naprawdę dwa tryby – w jednym (głównym, fabularnym) wcielamy się w Colta, natomiast w drugim (dodatkowym, PVP) wskakujemy w buty wspomnianej Julianny. W tym wypadku gracze mają okazję nawiedzić sesję innego zawodnika, co stanowi raczej dodatek, który może niektórym bardzo się spodobać. Twórcy zapewnili skromny rozwój jej postaci, różne wyzwania, lecz aktualnie (grałem przed premierą) często natrafiałem na mocne lagi, które uniemożliwiały mi komfortowe przystąpienie do zabawy. Podejrzewam jednak, że sporo może się zmienić w tym tygodniu – gdy cała infrastruktura rozhula się na dobre.

Deathloop nie zapomina o swoim rodowodzie

Deathloop - recenzja - PS5 - maczeta

Arkane zasłynęło w świecie i zyskało wielką popularność dzięki klimatycznemu Dishonored. Deathloop czerpie garściami z tej pozycji i pod względem rozgrywki oferuje znane odczucia – sprawnie ukryjemy się przed przeciwnikami, oddzielimy ich głowy od ciał, skradając się zza pleców, ale gdy musimy chwycić w łapy broń, rozpoczyna się prawdziwa zabawa. Często gameplay jest dynamiczniejszy, choć sporo zależy też od naszego podejścia i umiejętności, jakie odblokowaliśmy.

Jak się okazuje – każdy z Wizjonerów posiada jedną moc, a pokonując go możemy zebrać „tabliczkę” umożliwiającą przykładowo zniknięcie, teleportację na różnym dystansie, uruchomienie klasycznej furii czy też skorzystanie z połączenia jaźni. Ta ostatnia zdolność należy do moich ulubionych, ponieważ wystarczy z niej skorzystać, by za pomocą jednego celnego strzału wyeliminować nawet kilku rywali.

Odnoszę jednak wrażenie, że Deathloop pomimo dość męczącego (szczególnie pod koniec) backtrackingu, sprawia naprawdę sporo frajdy – chętnie powracałem do sesji, która za każdym razem oferowała wiele zabawy, a gameplay bardzo przypadł mi do gustu. Colt szybko uczy się kilku ruchów, zdobywa nowe bronie i łączy wydarzenia, by rzucać przeciwnikami, wycinać ich wnętrzności lub po prostu z gracją eliminować kolejnych Wizjonerów. Deweloperzy wyposażyli bohatera w niebanalny sprzęt, który pozwala kontrolować wieżyczki strażnicze oraz wyłączać alarmy – szczególnie przydaje się to w trakcie pierwszej sytuacji, gdyż gadżet możemy złożyć i przenieść w dowolne miejsce. W rezultacie łatwo tworzyć niewybredne pułapki i obserwować jak „zwierzyna” wpada w zastawione sidła.

Colt w Deathloop musi pamiętać o zegarku

Deathloop - recenzja - PS5 - akcja i moc

Twórcy w ciekawy sposób podeszli również do kwestii rozwoju postaci. Colt tak naprawdę nie zdobywa poziomów doświadczenia, ale może podnosić bronie przeciwników oraz specjalne medaliony – te wypadają z lepszych rywali, Wizjonerów oraz Julianny. Specjalne dodatki wykorzystujemy do broni (maksymalnie 3) oraz dla głównego bohatera (max 4), dzięki czemu w zależności od wybranej przez siebie rozgrywki – zmniejszamy odrzut broni, możemy szybciej przejmować wieżyczki, usprawniamy defensywę, łatwiej eliminujemy rywali czy też rezyduum. Opcje podkręcają gameplay i dopiero pod koniec gry czułem, że brakuje mi większego urozmaicenia.

Produkcja jest jednak warta uwagi z jeszcze jednego powodu – pętli czasu. W standardowej sytuacji Colt każdego ranka budzi się nie mając wcześniej zdobytych broni, talizmanów (moce) czy też medalionów (ulepszeń), lecz właśnie tutaj wchodzi do gry wspomniany wcześniej surowiec. Za pomocą rezyduumu sprawiamy, że każde znalezisko zostanie z nami na zawsze, więc nie musimy się martwić, by przykładowo odblokowywać regularnie podwójny skok, który przydaje się podczas eksploracji terenów. Wystarczy tylko po zakończonej misji lub przed końcem dnia „nasycić” przedmioty – rezyduum zbieramy od wrogów, ale także czasami na mapie znajdziecie różne elementy otoczenia, które posiadają w sobie esencję, a postać może ją pobrać.

Główny bohater Deathloop może przyjąć kilka kulek... Nawet w głowę

Deathloop - recenzja - PS5 - ładny wizerunek

W Deathloop intrygująco rozwiązano aspekt poziomu trudności, ponieważ Arkane wyraźnie zaznaczyło, że Colt nie jest nieśmiertelny. Główny bohater może dostać jedną kulkę w głowę, by... Wrócić do wcześniej odwiedzonego miejsca. Już na samym początku historii postać zyskuje moc, która pozwala dosłownie powrócić do gry i tak naprawdę pierwsze dwie śmierci nie są zbyt dotkliwe – no chyba, że akurat w okolicy działa sprzęt, który blokuje korzystanie ze zdolności. Mimo to gra potrafi czasami wymęczyć. Szybko też dostrzegłem sporo dziwnie reagujących SI, które wbiegają pod lufę, innym razem stoją w bezruchu lub mają problem z celnym strzałem. Do wskazanych akcji nie dochodzi zawsze, jednak mam wrażenie, że inteligencja rywali potrzebuje przynajmniej jednej łatki, bo czasami przeciwnicy są wyzwaniem, a innym razem zachowują się idiotycznie.

Z samym poziomem trudności związana jest również architektura: Arkane oferuje wielkie lokacje i zawsze do celu prowadzi przynajmniej kilka dróg. Łatwo wybrać tę „pierwszą”, ale w tym wypadku trzeba namęczyć się z pokaźną grupą rywali. Jeśli jednak chętnie biegacie po dachach lub szukacie wąskich przejść, to nie będziecie zawiedzeni, bo w Deathloop znajdziecie sporo dodatkowych dróg. W pozycji nie zabrakło także misji pobocznych, które są związane z ulepszeniami talizmanów oraz mocniejszymi broniami – podobnie jak w przypadku głównego wątku musimy wykonać szereg „małych zadań”, by zakończyć misję i zdobyć nowy sprzęt. Szkoda jedynie, że w rezultacie trochę na sile i jakości tracą giwery znajdowane u wrogów, których jest mało i są znacznie mniej skuteczne od tych z questów. W rezultacie nie opłaca się podnosić rzeczy upuszczonych przez wrogów.

W jednym miejscu Deathloop może zaskoczyć nawet wprawionych w bojach graczy – Arkane czasami wrzuca nas do lokacji i nie zdradza zbyt wiele. To my musimy rozwiązać zagadkę, których jest naprawdę sporo. W jednym miejscu przystanąłem nawet na kilkanaście minut, co nie zdarza mi się często i to nie z powodu źle stworzonej łamigłówki, ale tak niespodziewanego rozwiązania, jakiego deweloperzy wymagali.

Deathloop zostało stworzone dla PlayStation 5

Deathloop - recenzja - PS5 - dźgaj go w plecy

Deathloop nie będzie najładniejszą produkcją tej generacji na PlayStation 5, ale posiada swój unikalny, ładny dla oka styl, a dodając do tego klimatyczne udźwiękowienie – od początku do końca czułem atmosferę nawiązującą do przygód Jamesa Bonda. Świetnie prezentują się odziani w maski mieszkańcy Blackreef, którzy są dobrze wpasowani w niepokojącą koncepcję świata. Pod względem audio-wizualnym Deathloop jest bardzo spójnym tytułem, który oferuje niezwykle przyjemną atmosferę. Autorzy przygotowali kilka naprawdę efektownych utworów, które łączą się z intrygą, a mogę śmiało sądzić, że niektórzy z Was będą włączać soundtrack jeszcze na długo po zakończeniu głównego wątku. Zachęcam także sprawdzić dubbing, ponieważ ten jest dla mnie dużym i pozytywnym zaskoczeniem – aktorzy podkładający głosy pod Colta i Juliannę wywiązali się z zadania i ich dyskusje są bardzo naturalne. Potrafią sypnąć żartem, rzucić kąśliwą uwagą czy kilkoma mocnymi sucharami.

Jestem jednak pewien, że Arkane od dawna bardzo blisko współpracowało z Sony, by przygotować Deathloop, ponieważ ten tytuł na każdym kroku wykorzystuje atuty PlayStation 5. Julianna komunikuje się z Coltem za pomocą specjalnego radia, a jej słowa wydobywają się z głośnika DualSense, Kontroler wibruje przy każdym ruchu bohatera, natomiast adaptacyjne triggery reagują różnorodnie – w zależności od tego, jaką broń akurat posiadacie. Urządzenie w wielu miejscach komunikuje się z graczem, więc akurat w przypadku tej pozycji lepiej nie zakładać słuchawek na uszy. Wiem, że wskazane patenty były już wykorzystywane w wielu grach, jednak mało kiedy widzimy, by twórcy tak mądrze i ciekawe zadbali o sięgnięcie po wszystkie atuty pada. Z tego powodu mam nadzieję, że przez najbliższy rok potwierdzą się plotki i Microsoft również zapewni swój „next-genowy” kontroler, bo Deathloop wiele straci bez dodatkowych wrażeń.

Deathloop to pozytywne zaskoczenie

Deathloop nie zostało odpowiednio efektownie wypromowane, a jeszcze w miniony weekend otrzymałem kilka pytań od znajomych, którzy nie wiedzą o co dokładnie chodzi w grze Arkane. Z tego kukułczego jaja wykluła się jednak bardzo dobrze prowadzona intryga, która została rozbudowana o satysfakcjonujący gameplay i klimatyczny soundtrack.

W całej tej koncepcji nie do końca podobało mi się powracanie do tych samych lokacji, ale zdaję sobie sprawę, że właśnie na tym koncepcie bazowały założenia deweloperów, którzy próbowali poprawić wrażenia, oferując różne pory dnia, co nie zawsze odnosiło zamierzony skutek.

Czy Deathloop to ostatnia gra Arkane na PlayStation? Na to pytanie odpowiedź zna pewnie tylko Phil Spencer, ale jestem pewien, że francuskie studio znakomicie przywitało się (i pożegnało?) z PlayStation 5.