Rustler na pierwszy rzut oka wygląda średnio. W końcu to produkcja indie, czyli taka, na której tworzenie nie przeznaczono góry pieniędzy. Jednakże skrywa ona coś w środku, jakiś element, przez który chce się poznawać jej świat, wykonywać zadania główne, brać udział w aktywnościach pobocznych, czy też szlifować swoje umiejętności na arenach - mowa tutaj o humorze, który wylewa się na lewo i prawo w niemalże każdym momencie rozgrywki.

Polska w średniowieczu? To nie mogło się nie udać

Rustler recenzja - walka

Recenzowany tytuł rozgrywa się w średniowieczu i - mimo tego, iż nigdzie nie zostało to potwierdzone - rozgrywa się najprawdopodobniej w Polsce. Wieśniacy okładają się po pyskach, kobieta mieszkająca w blokach wylewa odpady przez okno, a jeszcze inni ładują na trebusza krowę, aby potem wystrzelić ją w powietrze - kto wpadłby na taki pomysł, jak nie Polacy?

Nie tylko niektóre aktywności są przepełnione dobrą zabawą, bo jest nim przepełniony także sam wątek główny opowiadający historię The Guya - faceta, którego rodzice byli na tyle leniwi, że nawet nie chciało im się nadać mu prawdziwego imienia. Bohater pracuje dla pewnego "dzielnicowego bossa", który zleca mu rozmaite zadania. Dopiero po jakimś czasie zapisuje się na Wielki Turniej mający wznieść jego imię na wyżyny.

Droga do niego jest usiana we wszelakie intrygi i akcje, w których musimy wykazać się ogromnym refleksem oraz kreatywnością. Przyjdzie nam przelać hektolitry krwi, bardzo dobrze przy tym się bawiąc dzięki prostemu systemowi walki. Mamy tutaj do czynienia ze zwykłym oraz mocnym atakiem i blokiem. Tego pierwszego używamy przede wszystkim wtedy, gdy nasz przeciwnik jest odsłonięty, a drugiego - gdy mamy do czynienia z lepiej wyposażonym oponentem, aby przełamać jego obronę lub go ogłuszyć. Z kolei blok, jak sama nazwa wskazuje, pozwala blokować nam niemalże każdy cios, więc warto opanować go już na samiutkim początku rozgrywki w Rustlera.

Trzeba natomiast zaznaczyć, że zdarzają się misje, w których nie używamy broni - gra w sporadycznych momentach zmusza nas do skorzystania z usług barda potrafiącego odwrócić uwagę strażników blokujących nam drogę do celu, czy także ucieczki przed rozwścieczoną policją. I o ile z muzykami mamy zazwyczaj do czynienia jedynie w zadaniach, tak z policją już nie.

Rustler i upierdliwi policjanci na wierzchowcach

Rustler recenzja - rycerz

Funkcjonariuszy wyróżnia pięć poziomów pościgu - im jest on mniejszy, tym mniej policjantów będzie nas gonić. Większość z nich patroluje ulice na piechotę, ale zdarzają się także Ci, którzy poruszają się konno. Ich wierzchowce są wyposażone w specjalne lampki, które załączają się chwilę po rozpoczęciu pościgu. A ten bardzo łatwo wywołać - wystarczy, że uderzymy kogoś lub niechcący przejedziemy.

System policji natomiast mocno kuleje, bo stróże prawa, niczym ci z Cyberpunk 2077, potrafią pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie za naszymi plecami. Co gorsza, poziomy pościgu znikają nawet wtedy, gdy policjant jest tuż obok mnie. Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że funkcjonariusz miał zacząć okładać The Guya swoją bronią, ale chwilę przed zamachnięciem się jego przełożony odwołał akcję i kazał wrócić mu do domu. Mam nadzieję, że ten element zostanie poprawiony w pełnej wersji recenzowanego Rustlera, bo mocno psuje zabawę.

Oprócz zadań głównych twórcy zadbali także o kilka wątków pobocznych, które skupiają się na danej postaci, tudzież organizacji. W trakcie rozgrywki poznałem pewien Zakon pędzący bimber, Inkwizytorów bojących się swojego cienia, księdza pokazującego swoje drugie ja, czy także pozbawionego uczuć lichwiarza. Zlecane przez nich questy nie były ani przez chwilę nudne, więc warto się z nimi zapoznać.

Brakuje kilku ważnych rzeczy

Rustler recenzja - arena

Po każdym zadaniu otrzymujemy pieniądze. Są one bardzo potrzebne podczas dwóch etapów fabuły, ale oprócz tego możemy tak naprawdę o nich zapomnieć - nie możemy nic za nie kupić (brakuje mi tutaj przede wszystkim możliwości przekupienia policjantów), a jedynie zresetować swoje umiejętności, opłacić barda i pomalować swojego konia (ta sekwencja wygląda identycznie, jak w chociażby Grand Theft Auto: San Andreas). Więc podobnie jak w przypadku systemu policji, twórcy Rustlera powinni także dodać , na przykład, czarny rynek, na którym moglibyśmy kupić wyposażenie.

Wracając jednak do tematu kampanii fabularnej, udało mi się ukończyć ją w 6-7 godzin na normalnym poziomie trudności, wykonując przy tym 90% aktywności pobocznych. Byłoby krócej nawet o 50-60 minut, gdyby nie to, że polecenia w dwóch questach były ciężkie do zrozumienia, a w przypadku porażki byłem zmuszony rozpocząć całą misję od nowa - recenzowana pozycja na dzisiaj nie ma zaimplementowanych - niestety - punktów kontrolnych w trakcie zadań. 

Pozytywnie zaskoczył mnie projekt mapy. Do dyspozycji odbiorcy oddano jedno średniej wielkości miasto, jak i jedno ogromne, które posiada także port. Po ich ulicach non stop spacerują ludzie - przez większość czasu nie robią oni nic ciekawego, ale zdarza się, że bez powodu zaczynają się - tak jak wspomniałem w drugim akapicie - okładać po pyskach, uważając przy tym, aby przypadkiem przez okno zdenerwowana na męża kobieta nie wyrzucała jakichś przedmiotów.

Konne podróże mogą pod koniec przygody lekko nas znużyć, ale jest to spowodowane tym, że główny bohater Rustlera nie ma swojego wierzchowca, a przez cały czas musi kraść (również ze średniowiecznych parkingów) zwierzęta należące do innych osób. Bieganie po mapie w poszukiwaniu odpowiedniego wierzchowca zaczyna w pewnym momencie po prostu irytować, zważywszy na to, że nigdy nie wiemy, na jaki rodzaj konia trafimy - uzbrojony będzie bardzo wolno się poruszał i szybko męczył, lecz potrafi przyjąć większą ilość obrażeń, a z kolei pocztowy będzie ultra szybki, ale po jednym ciosie z miecza padnie na ziemię.

Warto zainteresować się Rustlerem już w tym momencie

Rustler recenzja - miasto

Gra - ku mojemu zdziwieniu - nie posiadała żadnych błędów psujących rozgrywkę, a tylko przypomnę, że mamy tutaj do czynienia ze wczesnym dostępem. Co więcej, jej wymagania sprzętowe (Rustler jest dostępny jedynie na komputerach osobistych) są na tyle niskie, że każdy zainteresowany odpali tytuł na najwyższych ustawieniach graficznych nie narzekając przy tym na krzywdzącą nasze oczy oprawę wizualną. W ramach ciekawostki: GTX 1080 generował w rozdzielczości 1440p ponad 200 klatek na sekundę.

Podsumowując - Rustler już na tym etapie tworzenia wygląda dosyć ciekawie i jest swego rodzaju podwaliną pod coś ogromnego, a jednocześnie cholernie wciągającego. Rodzimi deweloperzy mają zamiar go rozwijać, czego potwierdzeniem jest notka udostępniona po ukończeniu fabuły informująca, że do recenzowanego tytułu trafią w przyszłości kolejne misje (i, oby, rozbudowane mechaniki). Skłamałbym mówiąc, że czekam na nie z wypiekami na twarzy, ale jestem pewny, że za parę miesięcy z ogromną chęcią wrócę do Grand Theft Horse, aby poznać kolejne historie obracające się wokół The Guya.