Do składu zabójczych robaczków zwraca się Tara Pinkle, która namawia ich do owocnej i nie do do końca legalnej współpracy. Tara to doświadczony złodziej i za cel wyznaczyła sobie pozyskanie Kamiennej Marchwi (brzmi intrygująco, prawda?). Tajemnicza kobieta pełni rolę naszego mentora i co jakiś czas dzieli się z nami krótkimi opowieściami dotyczącymi swojej złodziejskiej kariery, których bardzo szybko miałem dosyć, tak jak zupełnie nie trafiającego do mnie poczucia humoru narratorki. Jeżeli podane kwestie do kogoś nie grzeją, a prędzej ziębią, to sprawa prezentuje się jeszcze gorzej, kiedy orientujemy się, że części żenujących wypowiedzi Tary nie da się pominąć. Było to absolutnie do przewidzenia, że Worms Battlegrounds nie zostanie zlokalizowane, jednak polskie głosy byłyby z pewnością miłym dodatkiem, zwłaszcza dla polskich smarków.

Pozwól nam być swoimi przewodnikami

Areną dla zmagań robaczków w single-playerowej kampani są kolejne makiety wystawy w muzeum, prezentujące różne zakątki świata, na których robaczki przeprowadzą inwazję. Niczym w grach pokroju pecetowego League of Legends, wormy mają swoje własne klasy, stąd nie zdziwcie się, kiedy wszystkie wasze wormy uleczą się o kilka punktów zdrowia albo w kolejny ekipie skojarzy się wam z tzw. “tankiem” z gier multiplayerowych - postacią o ograniczonych możliwościach mobilnych, ale ogromnym cielsku.
 
Nie dajcie grze się odstraszyć już na początku kampanii. Pierwsze misje to okropnie nudny tutorial, podczas którego twórcy pewną ręką trzymają nasze zapędy na wodzy i skrupulatnie kontrolują cały inwentarz. Reszta gry z pewnością ma się o wiele lepiej, a wśród aż 65 różnych niebezpiecznych broni nie zabrakło miejsca dla kultowego dla mnie "paluszka" czy owcy.
 
Prawdziwą zagadką dla mnie jest sztuczna inteligencja, ponieważ Team 17 Studios postawiło przed nami przeciwników namyślających się niejednokrotnie przez bardzo długi czas, by podreptać kilka razy w tę i z powrotem, a potem zrobić coś niebywale idiotycznego (np. skrzywdzić siebie lub kolegę z różnym skutkiem), albo wręcz przeciwnie, ze snajperską precyzją trafić w nas dowolną bronią z pokaźnej odległości. Areny zmagań są w większości zniszczalne, dlatego przewagę - zwłaszcza podczas sieciowych potyczek - będą mieli ci, którzy umiejętnie wykorzystają otoczenie.
 
Jeżeli zechcemy zagrać ze znajomym, to niechybnie zauważycie pewien mankament wynikający z losowego rozmieszczenia członków obu drużyn na mapie. Choć gra ma swój limit czasowy - o którym razem z siłą i kierunkiem wiatru czy czasem do końca naszego ruchu przypomina nam zegar u dołu ekranu - to w pewnym szybko nadchodzącym momencie rozgrywka może stać się dla nas katorgą, gdyż komputerowi zdarza się rozmieścić jednego z robaczków w całkowicie odludnym miejscu, odgrodzonym od reszta świata nierzadko bardzo grubą ścianą. Gra takim wormem sprowadza się do nudnych jak flaki z olejem tur sprowadzonych przekopywania się przez potężny element mapy i często będziemy woleli po prostu wyjść z takiego pojedynku i zacząć nowy - najzwyczajniej na świecie nie będziecie mieli ochoty na tak długie przekopywanie się do reszty robaczków.
 

Draw me like one of your French girls

Wormsy dają się nam spersonalizować pod wieloma względami, oferując możliwość zamiany nagich robaczków w złotowłose piękności ze słynnym krótkim czarnym wąsem, które po wygranej tańczą makarenę. Twórcy dali nam pole do popisu w dostosowywaniu swojego doświadczenia z grą i aż szkoda z tego nie skorzystać. W grze został zawarty easter egg. Jeżeli nazwiemy nasze robaczki imionami zgRedów, to odtworzymy w ten sposób walkę o promkę GTA V. Nie regulujcie odbiorników, nie wyciszajcie swoich Dualshocków, a usłyszycie z głośnika w padzie sympatyczne wołania i pojękiwania robaczków. Jeżeli nie gracie na PS4, to nasłuchujcie radosnych powiedzonek wesołych postaci, które argumentują swoją wojnę rozlaniem komuś napoju.
 

Robaczki świata, łączmy się!

Obcować przyjdzie nam także z robaczkami hen daleko, a to dzięki rozgrywkom sieciowym. Zapaleńcy mogą nawet formować się w klany, a jeżeli was to nie jara, to pozostaniecie przy zwykłym naparzaniu się przez Internet w trybie Deathmatchu lub Fortów. Deathmatchu nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, te drugie natomiast polegają na przejęciu fortecy wroga, pilnując jednocześnie swojego terenu. Całkowitą ciekawostką pozostał dla mnie tryb Worm Ops, polegający na wykonywaniu misji, które chyba zrodziły się z pomniejszych pomysłów pracowników studia i nie nadawały się do charakteru kampanii.
 
Całkiem dobry singiel z nużącym tutorialem, denerwującą narratorką, ale i całkiem znośnym gameplayem i prostymi zagadkami logicznymi, w moim mniemaniu stanowić będzie całość doświadczenia z next-genowym Worms Battlegrounds dla większości zainteresowanych. Nie najlepsze świadectwo grze wystawiam także przez moje spostrzeżenie, kiedy zorientowałem się, że dobrze gra mi się w Wormsy składając pranie, bo w końcu się nie nudziłem czekając na swój ruch. Team 17 nie zmieniło nic w znanej formule, więc fani serii ponownie znajdą dla siebie kilka godzin zabawy.