Dawid Ilnicki Dawid Ilnicki 17.05.2020
Gwiezdne Wojny -  co należałoby poprawić w Star Wars od Disneya?
1900V

Gwiezdne Wojny - co należałoby poprawić w Star Wars od Disneya?

Podczas gdy ostatnia część nowej trylogii “Star Wars”, mimo niezłych statystyk finansowych, wynikających chyba z przyzwyczajenia fanów, spotkała się z powszechną krytyką, serial “The Mandalorian” pokazał, że naprawdę niewiele trzeba by produkcje z uniwersum “Gwiezdnych Wojen” nadal oglądało się z przyjemnością. Kilka rzeczy z pewnością należałoby jednak zmienić.

Przejęcie Lucasfilmu przez Disneya w 2012 roku spotkało się z mieszanymi uczuciami, nie brakowało jednak opinii, że ten ruch przysłuży się  legendarnej serii, w której od dłuższego czasu nie było widać oznak życia. Mowa tu oczywiście o filmach kinowych, a nie serialach animowanych, bo “Star Wars: Wojny Klonów” robione od 2008 roku, jeszcze przez Lucasfilm, mają sporo fanów i z powodzeniem rozszerzają uniwersum “Gwiezdnych Wojen”. Z początku zresztą wydawało się, że pierwszy film Disneya “Star Wars: The Force Awakens” uciszy głosy wszystkich krytyków i seria znów będzie naa ustach wszystkich miłośników popkultury.

O ile jednak jeszcze w momencie premiery i tuż po niej film wydawał się całkiem zgrabnym prologiem do nowej trylogii, zresztą ze wszystkich filmów ery Disneya zarobił najwięcej, z czasem wyłącznie tracił na znaczeniu. Owszem miał całkiem ciekawą dwójkę bohaterów: niepewną siebie i nieznającą swojej przeszłości Rey, a także będącego z początku ucieleśnieniem wszelkiego zła -  Dartha Vadera nowych czasów, czyli Kylo Rena, fabuła jednak nie wnosiła kompletnie nic (może prócz motywu buntu szturmowca), przez co film bardziej podpadał pod kategorię czystego remake’u niż autorskiej twórczej wizji, mającej pchnąć tę znakomitą przed laty serię do przodu.

Problemy zaczęły się później, bo o ile “The Last Jedi” Riana Johnsona miał swoich zaciekłych przeciwników, ale też grono oddanych fanów, pokazał kompletnie odmienną wizję od wcześniejszego filmu, być może wręcz nazbyt autorską jak na, pilnujących poszczególnych słupków w Excelu, przedstawicieli Disneya. Tragedia nadeszła jednak wraz z ostatnim filmem, który nieprzypadkowo zarobił najmniej i o ile jeszcze na poziomie czystego widowiska prezentował się momentami całkiem nieźle, prawdziwym kłopotem okazało się to w jaki sposób wszystko zostało ze sobą zszyte. Trudno było odpowiedzieć kto w zasadzie znajduje się u sterów tego widowiska co doprowadziło do kuriozalnego powrotu postaci z pierwszej trylogii, której po prostu nijak nie dało się bronić, tym bardziej że wkrótce w Internecie pojawiły się doniesienia o zupełnie innej wersji scenariusza ostatniego filmu.

Gwiezdne Wojny Rogue One

W tym momencie jest pewnie wielu, nie tylko wiernych fanów trylogii, do których akurat sam się nie zaliczam, ale także tych lubiących po prostu dobre widowiska fantastyczne, którzy skreślili sagę na wieki. Tymczasem disneyowski serial “The Mandalorian”, który miał swoją premierę zaledwie kilka tygodni przed ostatnim filmem nowej trylogii, pokazał, że tak naprawdę niewiele trzeba by osadzone w tym uniwersum produkcje znów oglądało się z przyjemnością. Nie jest to serial idealny, ale przynajmniej wychodzi poza schematy, których dość już widzieliśmy w nowej trylogii.

Z pewnością każdy ma pomysły na to co można by zrobić z uniwersum “Star Wars” by filmy znów oglądało się dobrze, jaką optykę przyjąć, w jakim momencie historii umieścić nowe obrazy i z jakich bohaterów skorzystać. Przed Disneyem sporo możliwości, już w tej chwili zapowiedziane zostały kolejne sezony “The Mandalorian”, nowa seria o Obi-Wan Kenobim, a także Cassianie Andorze, którego w “Rogue One” zagrał Diego Luna. Niewiele słychać o nowych filmach, bo po relatywnej porażce “The Rise of Skywalker”, który zakończył nową trylogię, Disney stoi przed trudnym wyborem. Oto lista tego co należałoby zrobić, by nowe filmy oglądało się z przyjemnością i mogły one popchnąć sagę w nowym kierunku.

Zatrudnienie twórców o ugruntowanej pozycji i oryginalnej wizji

Taika Waititi, Gwiezdne Wojny

Biorąc pod uwagę wszystkie doniesienia na temat konfliktu Disneya z Davidem Benioffem i Danielem Brettem Weissem, którzy mieli pracować nad nową trylogią (w dodatku marzyła im się ponoć seria o początkach Zakonu Jedi), a także to co działo się w trakcie pracy nad “:The Rise of Skywalker” i doprowadziło ostatecznie do upieczenia tego zakalca jakim był ostatni film, gołym okiem widać, że Star Wars potrzebują u sterów artysty o ugruntowanej pozycji na rynku i oryginalnej wizji artystycznej. Świat Gwiezdnych Wojen, nawet bez Expanded Universe, o czym będziemy wspominać później, jest na tyle bogaty, że da się z niego wykroić niemal każdą opowieść. Dlatego też potrzebuje człowieka z wielką wyobraźnią i sporym darem przekonywania.

Początki tego typu myślenia zresztą już wydają się przekuwać w konkretne decyzje. Z Disneyem ponoć rozmawia już Taika Waititi, oryginalny twórca z Nowej Zelandii, który przecież ma już doświadczenie w kinie superbohaterskim, grono zdecydowanych fanów i doświadczenie w reaktywacji nieco już zapuszczonych widowisk fantastycznych. Trudno powiedzieć czy świat jest gotowy na więcej humoru w Star Wars, bo pewnie z tym wiązałaby się obecność  twórcy na planie, ale przecież problemy z tą serią zaczynają się już od tego gdzie umieścić akcję kolejnego filmu, w czym świeże spojrzenie tego oryginała z antypodów mogłoby pomóc.

Sięgnąć głębiej

Leonardo DiCaprio Incepcja

Decyzja Disneya o tym by zrezygnować z Expanded Universe i przenieść go do Legends spotkała się oczywiście z wieloma głosami krytyki, ale można ją zrozumieć. Dla niektórych filmy pierwszej, a nawet drugiej, trylogii były tylko przepustką do bogatego świata „Star Wars”, wykorzystywanego także w tym czasie w licznych grach, że o książkach i komiksach nie wspomnę. Z tym jest jednak trochę jak ze Star Trekiem:  detale poszczególnych historii kuszą do tego by zapoznać się z nimi dokładniej, jednocześnie jednak zdajesz sobie sprawę, że życia nie starczy by zbadać to choćby na zadowalającym poziomie. W ostateczności ograniczasz się zatem do filmików na Youtube, z tych co bardziej popularnych kanałów.

Jednocześnie jednak wiadomo, że postacie będące już w tej chwili poza disneyowskim kanonem, znajdujące się w Legends, pojawiają się w dziełach należących do obecnego kanonu. Są wśród nich nawet takie postacie jak Sithowie Darth Bane i Darth Plagueis, a także Admirał Thrawn, którego objawienie się na Star Wars Celebration Europe 2016 przyjęto z dużym zaskoczeniem, a niektórzy twierdzą, że jest pierwszą postacią, która z Legends przewędrowała wprost do nowego kanonu. Innym śladem jest nawiązanie znajdujące się w “Rogue One” gdzie duet Jyn Erso - Cassian Andor przypominało postacie Jan Ors i Kyle’a Katarna. Jak widać mimo rezygnacji z Expanded Universe twórcy co chwila wykorzystują pewne motywy i powinni to robić także na etapie tworzenia fabuły nowych filmów.

Spojlery precz!

Gwiezdne Wojny Baby Yoda

Dużym problemem przy oglądaniu drugiej trylogii, przede wszystkim zaś kluczowego trzeciego filmu, było dla mnie to, że już w zasadzie wiedzieliśmy jak się to wszystko skończy. Napięcie przez to siadało, a powodzenie filmu zależało od realizacji i tego jak udźwigną swoje role aktorzy, co ostatecznie się nie udało. W trzeciej trylogii kłopotem zaczęły być pojawiające się od początku aluzje dotyczące przeszłości Ray, które ostatecznie doprowadziły do katastrofy (Ray Palpatine he he he), a także powinowactwo Kylo Rena niepozwalające mu ostatecznie zostać złym charakterem. No i czy “Rogue One” nie było nieznośne dlatego, że od początku do końca wiadomo było jak się to wszystko skończy?

Naturalnie wiadomo, że Disney stara się zarobić przede wszystkim na starych fanach, rzucając im od czasu do czasu coś do czego mają sentyment, podobnie wykorzystywany jest przecież w “The Mandalorian” motyw Baby Yody. Z tego typu nawiązaniami jest jednak trochę jak z jedzeniem pączków. Jednego zjesz jeszcze ze smakiem, drugiego z chęcią, trzeciego owszem, ale już czwarty, piąty i szósty nie smakuje dobrze, a wręcz zapycha. Czyż nie potrzebujemy kompletnie nowej historii, z nowymi bohaterami, którzy zerwą z tym co znamy i co zaczyna już zwyczajnie nudzić? Owszem dla studia jest to ryzyko, jakim jednak była choćby ekranizacja “Gry o Tron”, która mimo tego stała się światowym fenomenem, a także przyszłe produkcje, których twórcy nie będą się bali zaryzykować, podczas gdy Disney ze swymi “Star Wars” będzie dreptał w miejscu serwując nam zapewne przygody wnucząt Ray Skywalker.

Dbanie o czarne charaktery

Palpatine Gwiezdne Wojny

Pamiętacie ile to dywagacji po pierwszym filmie pojawiało się na temat tego kim był Naczelny Wódz Snoke? W ostateczności okazał się on kompletnie nieistotną postacią, której obecność na planie usprawiedliwić można chyba tylko tym, że dzięki niemu mogliśmy zobaczyć pojedynek Ray i Kylo z Gwardią Imperialną. Zabójca Snoke’a to temat na inną dyskusję, bo choć nadawałby się on idealnie na czarny charakter nowej trylogii, to jednak rozumiemy dlaczego ostatecznie nie mógł się nim stać, a my zostaliśmy w tej serii bez nowego Dartha Vadera.

Tymczasem nawet uważany, przez zdecydowaną większość fanów sagi, za najgorszy film z serii, rozpoczynające drugą trylogię “Mroczne Widmo” mogło się pochwalić znakomitym czarnym charakterem, Darthem Maulem, który pojawił się także w serialach “Wojny Klonów” i “Rebelie . Filmy z uniwersum “Star Wars” potrzebują silnego, czarnego charakteru, takiego jakim był w “Rogue One” Darth Vader, a także wspomniany wcześniej, pojawiający się ledwie na parę chwil Sith w “Solo”. Jeśli nie jest to akurat bohater dobrze znany z poprzednich filmów być może warto byłoby go po prostu nie zabijać przy pierwszej, lepszej okazji.

Puścić się poręczy

Gwiezdne Wojny Obi-Wan Kenobi serial

To oczywiście najbardziej subiektywny pogląd, który w dodatku ma małe szanse na realizację, bo Disney za żadne skarby nie zdecyduje się na mocno ryzykowny projekt, mając we władaniu tak dobrze znaną franczyzę jak “Gwiezdne Wojny”, ale wydaje się, że seria zwyczajnie potrzebuje czegoś nowego i oryginalnego. Raczej nie będzie to całkiem przyjemny “The Mandalorian”, nie można się też spodziewać cudów po serii o Obi Wan-Kenobim, która jednak zapowiada się całkiem ciekawie, a więc nowe filmy, które z konieczności po zakończeniu ostatniej trylogii, muszą pójść zupełnie inną drogą, są tu największą nadzieją.

Świat “Star Wars” jest niezwykle skomplikowany i może pomieścić różne opowieści, co zresztą widać po ilości i rodzajach gier jakie dotąd wyprodukowano. Gracze wychowani na starych rozgrywkach typu “Knights of the Old Republic” mogą odbierać tę serię zupełnie inaczej niż ci, którzy w nie nigdy nie grali. Wciąż zresztą powstają nowe produkty rozszerzające to uniwersum, jak choćby “Star Wars Jedi: Fallen Order”. Dlatego też wszelkie zapowiedzi odnośnie kolejnych obrazów kinowych są, mimo jakości ostatnich filmów, mocno wyczekiwane i pewnie się to nie zmieni. Nawiązując do pierwszego punktu: być może za kilka lat za odświeżenie sagi weźmie się pewien Kanadyjczyk tuż po udanym reaktywowaniu innej sagi science-fiction. Pomarzyć zawsze można...

Tagi: gwiezdne wojny publicystyka