SKLEP
940V

Recenzja: Avengers: Wojna bez granic

Oczekiwania można oficjalnie uznać za zakończone. Marvel, po sukcesie Czarnej Pantery, wraca z bombą, której plakatów szukaliśmy w kinach od długich miesięcy. Wreszcie mamy okazję zobaczyć na dużym ekranie Avengers: Wojnę bez granic.

Fabuła nowego hitu Marvela jest prosta – wielki zły Thanos uznaje, że zbawieniem dla wszechświata będzie zgładzenie połowy jego populacji. Żeby doprowadzić do skutku swój akt miłosierdzia, zbiera sześć rozrzuconych po całym uniwersum Kamieni Nieskończoności. Każdy z nich odpowiada za inny aspekt życia, a zebranie ich w jednym miejscu i opanowanie oznaczałoby sięgnięcie po wręcz niewyobrażalne możliwości. Makabryczny plan Thanosa mogą powstrzymać tylko Avengers.

Przez „Avengers” mam tutaj na myśli nie tylko grupę kilku bohaterów utożsamianą z obrońcami Ziemi, ale niemalże każdego superbohatera, jakiego do tej pory przedstawił w swoim filmowym uniwersum Marvel. Wystarczy spojrzeć na plakat filmu, żeby zobaczyć, ile postaci stanie do walki przeciwko Thanosowi. Mamy więc do czynienia z jednym wielkim superbohaterskim festiwalem. Jedni z nich się nie lubią, inni nigdy nie widzieli się na oczy, ale w końcu stają ze sobą oko w oko i muszą wspólnie podjąć odpowiednie decyzje.

Wielu bohaterów oznacza też wiele różnych światów. Przez znaczną część Avengers: Wojny bez granic kamera rotuje pomiędzy różnymi bohaterami, wrzuca ich w rozmaite scenariusze i sprawia, że w pogoni za jednakowym celem przyświecającym każdemu z nich, herosi powoli zaczynają na siebie wpadać. Bracia Russo zgrabnie poruszają się pomiędzy rozpoczętymi wątkami, zaspokajają ciekawość widzów, jednocześnie zostawiając na tyle dużo niedopowiedzeń, żeby zbudować również uczucie niepokoju i oczekiwania na wielki finał.

Sukces Avengers: Wojny bez granic (bowiem nie doczekacie się w dalszych akapitach tej recenzji jakiegoś wielkiego „ale”, które nagle rujnuje całe doświadczenie) tkwi przede wszystkim w Thanosie. Marvel nareszcie pozbył się dwóch ciągnących się za ich filmowym uniwersum wad, mocno wpływających jednocześnie na emocje podczas seansu. Przede wszystkim Thanos jest wielkim, budzącym grozę i strach czarnym charakterem. Jego moc rośnie z minuty na minutę, a kiedy dzieje się coś naprawdę imponującego, okazuje się to tylko wstępem do jeszcze większego popłochu. Od pierwszych minut bracia Russo budują tę postać, stawiają ją w odpowiednim świetle i czynią odpowiedzialną za pewne wydarzenia, aż wreszcie, po dwóch godzinach seansu, imię Thanosa zaczyna działać na widza niczym Voldemort na Pottera. Dostaliśmy czarny charakter z krwi i kości, zobaczyliśmy niemal wszystkie jego twarze i śmiertelnie boimy się tego, co zostało nam pokazane.

Co za tym idzie, po 10 latach patrzenia jak kolejni superbohaterowie wychodzą z opresji w ostatnich sekundach i śmiania się ryzyku prosto w twarz, zaczynamy martwić się również o naszych ulubionych herosów. Słowa Thanosa nie sprawiają już wrażenia rzucanych na wiatr. Anthony i Joe Russo skrupulatnie zadbali o to, żeby śmierć w tym filmie miała odpowiednio duże znaczenie, a widzowie w pełni zdawali sobie sprawę z tego, że tym razem naprawdę na szali waży się los całego wszechświata.

Mimo tego, jak niepokojąco momentami brzmieć mogą te opisy Thanosa, poważne elementy Avengers: Wojny bez granic można spokojnie zaliczyć do tych słabszych. Nowy film Marvela to dwie i pół godziny pełne świetnych efektów specjalnych, widowiskowych walk oraz żartów, które bawią, mimo że słyszeliśmy je już wcześniej co najmniej sto razy. Jakimś cudem udało się uniknąć przesytu tej „marvelowości”, jaka płynęła przed premierą z plakatów. Oczywiście, że zdarzały się małe uproszczenia i denerwujące głupoty. Nic jednak nie było w stanie zepsuć tego, co zaplanowali sobie bracia Russo.

Avengers: Wojna bez granic to produkcja, na którą Filmowe Uniwersum Marvela pracowało od samych swoich początków. Fani lecą do kina, łapią za popcorn i z dziecięcym szczęściem wypisanym na twarzy obserwują, jak ich ulubieni herosi poznają się, prześcigają się w kolejnych dowcipach i wreszcie wspólnie stają przeciwko groźnemu, poważnemu zagrożeniu. Rok oczekiwania na zakończenie tego festiwalu może okazać się najdłuższym rokiem w życiu wielu miłośników Marvela.

Ocena: 8/10

Tagi: Avengers: Wojna bez granic marvel recenzja recenzja filmowa

Miesięcznik PSX Extreme