Moja szczera opinia o remake'u Ocarina of Time
Gdy do obecnego świata gier powracają legendy, dzieją się ciekawe rzeczy. Oczekiwania niespecjalnie są wygórowane. Czas bywa oszczędny dla większości hitów sprzed dekad dzięki ich uniwersalnym mechanikom. Fandom powita zasłużone produkcje po wielu latach - jeśli tylko zaoferują one odświeżoną jakość wizualną. Nieprzypadkiem wpiąłem do prologu legendę i czas, w końcu słowa to bardzo łatwo powiązać. Np. w kontekście The Legend of Zelda: Ocarina of Time, jednej z gier wszech czasów. Ta opowieść dostała kolejną młodość, choć przecież była nieśmiertelna od dawna.
Widok Linka wchodzącego w dorosłość w jednej ze scen The Legend of Zelda: Ocarina of Time nigdy mi się nie znudził. Poznałem tę przygodę kilka lat po jej oficjalnym debiucie. Był śnieżny styczeń, 2004 roku kiedy udało mi się wymienić ze znajomym w ramach akcji "Złap Kontakt" w miesięczniku PSX Extreme (tak, kiedyś dało się egzystować bez mediów społecznościowych). Mocno wyczekiwałem aż szary kartridż ze złotym logotypem gry przyjdzie pocztą. Były to czasy bez aktualizacji i instalacji. Wystarczył POWER i w kontekście współczesnych sprzętów Nintendo nie zmieniło się wiele. Wciąż uruchamiamy grę „od sztycha” jak zwykło się mawiać w żargonie znawców motoryzacji. W czasach Nintendo 64 przewagę szybszego buforowania gry na ekranie telewizora często pomijano. W porównaniu z konkurencyjnym PlayStation była to znaczna przewaga - niestety z typowo „eksperckiego” punktu widzenia.
Dla większości sprzęt wypluty na rynek przez Sony stanowił centrum domowej rozrywki. Nintendo pozostało radykalne w kwestii ponownego wykorzystania kartridży jako nośnika gier co wpłynęło na wysokie ceny software'u i problematyczną logistykę. Na nową partię kartridży czekano nawet do trzech miesięcy. Po takim upływie czasu popyt na dany tytuł mógł drastycznie opaść. Nie w przypadku "Okaryny Czasu" - historii inicjującej nowy, trójwymiarowy rozdział wielkiej serii Nintendo. Od Wielkiego Drzewa Deku po malownicze pola Hyrule gra nie dawała o sobie zapomnieć. The Legend of Zelda: Ocarina of Time, niczym dekadę wcześniej Castlevania II: Simon's Quest wprowadziła zmienną porę dnia i nocy. Gdy Link przemierzał otwarty świat w kierunku nowej lokacji, nocą spod ziemi powstawały uzbrojone w miecze szkielety, co nie zmieniło się we współczesnych odsłonach. Ten świat wydawał się naprawdę duży.
Podróż wszech czasów

Tętniący życiem rynek w mieście Hyrule, bujna zieleń w wiosce Kokiri, pustynna susza Gerudo Valley czy gorące jaskinie w górze Goronów i błękitna aura Zora's Domain. Wszystkie te miejsca utrwaliły się w kolejnych "Zeldach 3D" stając się obowiązkowymi punktami każdej następnej podróży herosa w zielonym kubraczku. Okaryna Czasu wprowadziła innowacyjny system lokowania przeciwników w trakcie walki. Z tym akurat wiąże się dość ciekawa historyjka. Toru Osawa, czyli jeden z twórców, szukał sposobu, aby walka w grze nie wypadła zbyt chaotycznie, ponieważ Link w przeciwieństwie do Mario spędzał o wiele więcej czasu na akcji, niż bieganiu i skakaniu. Wybrał się z częścią ekipy do Toei Kyoto Studio Parku, czyli planu filmowego założonego w 1975 roku, który nawiązuje do epoki Edo. Tam ujrzał symulację walki członków klanu ninja i samurajów. Na tej podstawie opracowano system nawigacji. Teraz już wiecie, skąd wzięła się towarzyszka Linka, Navi? Jej imię to pochodna od tego słowa. The Legend of Zelda: Ocarina of Time stworzyła także pionierski model jazdy konnej. Galop na grzbiecie Epony przy genialnej nucie wzdłuż Polany Hyrule to nadal angażujące doświadczenie.
"Ten rok markuje 40-letnią historię serii The Legend of Zelda" - mówi Eiji Aounuma, człowiek odpowiedzialny za gigantynczy sukces odsłon "Breath of the Wild" oraz "Tears of Kingdom" - zdecydowanie najlepszych gier spod znaku kultowej marki. Sam współtworzył klasyczną Okarynę Czasu, gdzie projektował lochy i odpowiadał za kod źródłowy. Prace nad jej renowację potraktował jak formę wykładu dla młodszych stażem autorów wewnątrz studiów Nintendo. "Wielu członków zespołu pracowało tylko przy nowszych grach serii. Postanowiłem więc, że prace nad remake'iem pozwolą wdrożyć ich w klasyczną formułę serii" - przyznał reżyser gry. W pełni rozumiem jego intencję, choć sam mocno przywykłem do ogromu możliwości znanego z The Legend of Zelda: Breath of the Wild, prawdopodobnie najlepszej gry ulokowanej w otwartym świecie jaka kiedykolwiek powstała. Powracam do niej regularnie dzięki ulepszonej wersji przygotowanej dla Nintendo Switch 2. Wieść o powstającym remake'u The Legend of Zelda: Ocarina of Time nie była dla mnie czymkolwiek zaskakującym. Nintendo już od kilku lat ulega branżowym trendom.
Legendarna forma

The Legend of Zelda: Ocarina of Time (remake) poza piękną grafiką i dźwiękiem bezwzględnie hołduje tradycję. To ta sama, linearna przygodą z namiastką możliwości eksplorowania otwartego terenu, tj. pól Hyrule. Linka wciąż nawiguje Navi (kultowe "Hej, listen!") - z dzisiejszej perspektywy gra ta obnaża pewien częsty argument. Od lat zwykło się mawiać/pisać, że kiedyś gry były trudniejsze, ich twórcy unikali prowadzenia graczy za rękę. Tymczasem już w klasycznej Okarynie Czasu zawarto sporo instrukcji dla graczy - jak mają zmagać się z zagrożeniami i dokąd się udać. Navi zresztą często sama naprowadzała bohatera na interesujące miejsca w danym obszarze. Właściwie pierwszy z lochów pod wioską Kokiri stanowił jedną wielką instrukcję. Współczesna wersja gry korzysta z identycznych metod wprowadzania odbiorcy do świata przedstawionego. To renowacja bardzo bezpieczna, zupełnie jakby jej twórcy mieli obawy przed implementacją gruntownych zmian w fundamentach rozgrywki. Wszystko tutaj działa oczywiście bez zarzutu, lecz nietrudno wychwycić, że to mechanizmy sprzed prawie trzydziestu lat.
Nie hejtuje tej produkcji, nie zarzucam twórcom lenistwa, bo wiem jakie były ich intencje. Nintendo postawiło na techniczną przebudowę bez naruszania oryginalnej koncepcji. Nintendo, pierwszy raz od dawna, postawiło na realistyczną grafikę, która lekko odbiegła od uroczej estetyki. Nie jest to wina autorów gry, lecz nowe, trochę inne wrażenie wynika z faktu, że od lat nie otrzymaliśmy Zeldy w "dojrzalszej" graficznie formie. Właściwie od 20 lat, gdy to ukazała się najmroczniejsza The Legend of Zelda: Twilight Princess. Powrót do początków Linka w świecie 3D bez wątpienia zasłużył na uwagę. W dobie niespecjalnie bogatego katalogu gier od Nintendo na Switch 2 i tak nie ma lepszej alternatywy. A sama Okaryna Czasu? Zyskała już kolejną, tym razem najmocniejszą iterację. W przeszłości zjawiła się w ramach The Legend of Zelda: The Wind Waker (jako część zestawy Collector's Edition wraz z wersją Master Quest) oraz na Nintendo 3D, The Legend of Zelda: Ocarina of Time 3D. Zarówno większości fanów jak i samej firmie Nintendo ta przygoda nigdy się nie znudzi. Ilekroć w nią zagramy będziemy choć trochę szczęśliwsi.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych