Graliśmy w Castlevania: Belmont’s Curse - powrót hrabiego, ale w nowym stylu. Konami znowu zaskakuje

Graliśmy w Castlevania: Belmont’s Curse - powrót hrabiego, ale w nowym stylu. Konami znowu zaskakuje

Roger Żochowski | Dzisiaj, 20:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Na nową, dużą odsłonę Castlevanii fani musieli czekać naprawdę długo. Od premiery ostatniej pełnoprawnej części minęło już ponad dwanaście lat. W tym czasie ogromną popularność zdobył choćby serial animowany na Netflixie, który doczekał się kilku sezonów

To oczywiście nie zaspokoiło apetytu graczy. Wielu marzyło o klasycznej metroidvanii osadzonej w gotyckim świecie Belmontów. Oczekiwania były ogromne - nowa gra musiała jednocześnie oddać hołd korzeniom serii i pokazać, że potrafi odnaleźć się w dzisiejszych realiach. A wiadomo, że forma Konami w ostatnich latach bywa zmienna. Z jednej strony zakopanie MGS-a i oddanie walkowerem starcia PES-a z z FIFĄ, z drugiej naprawdę udany powrót serii Silent Hill, w czym swój udział mają Polacy z Bloober Team. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Oddawanie marki w ręce zewnętrznych deweloperów to chyba dobry kierunek w przypadku Konami. Za Castlevania: Belmont’s Curse odpowiada studio Evil Empire, znane z dodatków do Dead Cells oraz gry The Rogue Prince of Persia, a tytuł był jedną z największych atrakcji tegorocznego gamescomu, bo Konami zaserwowało półtoragodzinny pokaz. I wygląda na to, że Castlevania wraca w naprawdę świetnym stylu.

Paryż spływa krwią

Castlevania: Belmont's Curse #6
resize icon

Historia przenosi graczy do roku 1499. Fabuła jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z Castlevania 3 oraz Castlevania: Curse of Darkness. Od pokonania Drakuli minęło mniej więcej dwadzieścia lat. Spokój nie trwa jednak długo. Trevor Belmont otrzymuje list od paryskiego duchownego, który błaga go o pomoc. Stolica Francji została opanowana przez mroczne siły i tylko legendarny łowca wampirów może spróbować powstrzymać nadciągającą katastrofę.

Trevor jest starszy niż pamiętamy go z poprzednich części, a Paryż zamiast romantycznego miasta przypomina prawdziwe piekło - wszędzie widać ogień, krew i zniszczenie. Tym razem ważniejszą rolę od samego Trevora odgrywa jednak jego dorosła córka - Rose Belmont. To ona staje się główną bohaterką wydarzeń. Trevor zajmuje się własnym śledztwem, a Rose rusza badać źródło tajemniczej zarazy. Twórcy od początku podrzucają kilka ciekawych zagadek. Dowiadujemy się o dziwnej klątwie, która powoli przejmuje kontrolę nad ramieniem dziewczyny, a także o losach jej matki - potężnej czarodziejki. Nowa bohaterka sprawdza się znakomicie. Z jednej strony jest mocno związana z historią rodu Belmontów, a z drugiej wnosi do serii świeżość i własny charakter. Dzięki temu zarówno wieloletni fani, jak i osoby dopiero zaczynające przygodę z Castlevanią powinny bez problemu odnaleźć się w tej opowieści.

Z duchem klasyki

Castlevania: Belmont's Curse #2
resize icon

Już po kilku minutach z kontrolerem w rękach da się wyczuć doświadczenie studia Evil Empire. Sterowanie jest płynne i od razu przywołuje skojarzenia z Dead Cells. Rose porusza się błyskawicznie. Potrafi odbijać się od ścian, łapać krawędzie, wykonywać ślizgi oraz szybkie uniki, dzięki którym bez problemu omija ataki przeciwników. Na początku do dyspozycji dostajemy miecz oraz talię kart tarota. Karty pełnią rolę błyskawicznych zaklęć, a ich energia odnawia się podczas zwykłych ataków. To rozwiązanie świetnie zachęca do agresywnej walki.

Ciekawie wygląda również rozwój umiejętności. Każda karta posiada własne wyzwania, a ich wykonywanie odblokowuje ulepszenia zaklęć. Przykładowo Cursed Flame po trafieniu odpowiedniej liczby przeciwników zyskuje znacznie większy zasięg. Pierwsze lokacje prowadzą przez mroczne katakumby pełne szkieletów, demonów, nietoperzy i innych dobrze znanych potworów. Walka jest bardzo dynamiczna, a połączenie szybkiego poruszania się z efektownymi czarami sprawia po prostu satysfakcję. Do tego czytelna mapa, na której możemy ustawiać własne znaczniki pomaga w przygodzie. 

Prawdziwy sprawdzian

Castlevania: Belmont's Curse #1
resize icon

Szybko okazuje się jednak, że gra nie zamierza nikogo rozpieszczać. Po dotarciu do zamkniętej komnaty pojawia się pierwszy duży boss - The Fallen. To przeciwnik, który momentalnie pokazuje, że twórcy czerpią inspiracje również z gier soulslike. Potwór ma ogromny zasięg ataków, błyskawicznie skraca dystans i dysponuje bardzo dużą ilością zdrowia. Leczenie podczas walki jest ryzykowne, bo praktycznie nie zostawia miejsca na błędy. Dla mnie poziom trudności był tu naprawdę wysoki, ale fanów nie powinno to dziwić. 

Pokonanie bossa wymaga cierpliwości, obserwowania jego ruchów i zapamiętywania kolejnych faz walki. Sporo razy oglądałem ekran śmierci, zanim w końcu udało się odnieść zwycięstwo. Co ważne, osoby mniej doświadczone nie muszą się zniechęcać. Gra oferuje opcjonalne modyfikatory poziomu trudności - zwiększyć siłę zadawanych ciosów przez wrogów, zwiększyć swoją odporność czy dorzucić kilka dodatkowych flaszeczek z uzdrowieniami - które pozwalają dopasować wyzwanie do własnych umiejętności, co jest ukłonem serii do mainstreamu. Nagrodą za pokonanie bossa było nowe zaklęcie i kultowy bicz, który służy nie tylko do walki. Podczas eksploracji pozwala huśtać się nad przepaściami i błyskawicznie pokonywać kolejne fragmenty mapy. W starciach umożliwia natomiast szybkie doskakiwanie do przeciwników znajdujących się choćby w powietrzu.

Czym chata bogata 

Twórcy przygotowali kilka rodzajów broni, między innymi długie miecze, wielkie miecze, włócznie oraz kastety. Każda z nich współpracuje z biczem w inny sposób, odblokowując własne kombinacje ataków, specjalne ciosy i efektowne finiszery. Na ten moment system walki wydaje się naprawdę głęboki. Oczywiście to nadal metroidvania, więc po zdobyciu np. bicza gra otwiera się także pod względem eksploracji. Wiele wcześniej niedostępnych przejść staje się osiągalnych, a klasyczna struktura zaczyna błyszczeć. Sekcje platformowe działają dobrze, a w ukrytych zakamarkach czekają znajdźki zwiększające statystyki czy powiększające pasek zdrowia, a many nawet relikwie działające jak swoiste modyfikatory zdolności i pasywne premie (możemy ekwipować nawet trzy naraz).

Oprawa wizualna to kolejny mocny punkt gry. Ręcznie malowane tła prezentują się fantastycznie i świetnie budują atmosferę zniszczonego Paryża. Płonące ulice, zielone ogrody klasztorne oraz chłodne, ciemne podziemia tworzą interesujący świat. Modele postaci są trójwymiarowe, w ruchu całość wygląda bardzo dobrze, a co ważne - wszystko pozostaje czytelne podczas starć.

Castlevania: Belmont’s Curse sprawia wrażenie gry, która doskonale rozumie historię serii, ale jednocześnie nie boi się nowoczesnych rozwiązań. Evil Empire wykorzystało najlepsze elementy klasycznych odsłon, dodało pomysły inspirowane współczesnymi metroidvaniami i soulslike'ami, a całość zamknęło w świetnej oprawie audiowizualnej. Jeśli pełna wersja utrzyma poziom dema, fani Castlevanii wreszcie dostaną powrót, na który czekali od ponad dekady. Premiera 15 października.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper