Netflix zamówił 3. sezon, zanim widzowie zobaczyli drugi. Guy Ritchie dostał ogromny kredyt zaufania
Netflix zwykle lubi najpierw zobaczyć rachunek, a dopiero później zamawiać następne danie. Serial trafia do widzów, przez kilka tygodni pracują algorytmy, ktoś sprawdza liczbę rozpoczętych i ukończonych sezonów, a twórcy czekają na telefon, który równie dobrze może oznaczać kolejne dwa lata pracy, jak i sprzątanie biurka. Przy The Gentlemen ktoś najwyraźniej uznał, że kalkulator może chwilę poleżeć w szufladzie. Drugi sezon pojawi się dopiero 3 września, a trzeci już dostał zielone światło.
Guy Ritchie dostał więc od Netflixa coś, czego wielu serialowych twórców może mu zwyczajnie zazdrościć: możliwość planowania dalszej historii, zanim publiczność zdąży napisać pierwsze „sezon drugi gorszy od pierwszego”. Oczywiście platforma nie rzuca monetą. Pierwsza seria zgromadziła 76 mln wyświetleń w pierwszej połowie 2024 roku i znalazła się wśród największych anglojęzycznych hitów Netflixa tamtego okresu. Mimo wszystko skala zaufania robi wrażenie.
Netflix zwykle nie rozdaje tak długich smyczy
Streaming przyzwyczaił widzów do produkcji zawieszonych między kolejnymi sezonami, wielomiesięcznego liczenia danych i zakończeń pisanych ze świadomością, że następnego rozdziału może nigdy nie być. Tutaj kolejność została odwrócona. Ritchie wchodzi w premierę drugiej serii, wiedząc już, że świat Eddiego Hornimana będzie miał dalszy ciąg.
Taki komfort potrafi zmienić sposób opowiadania. Scenarzysta nie musi pod koniec sezonu jednocześnie zamykać wszystkich drzwi i zostawiać siedmiu uchylonych „na wszelki wypadek”. Można spokojnie rozłożyć konflikty, zostawić konsekwencje na później i pozwolić postaciom popełnić błąd, którego rachunek przyjdzie dopiero za rok. Guy Ritchie sam mówi zresztą o rosnących ambicjach serialu, większym świecie i poważniejszych konsekwencjach, a trzeci sezon określił wręcz jako naturalny kolejny krok.
Oczywiście kredyt zaufania nie wziął się z miłości do dobrze skrojonych garniturów. Pierwszy sezon sprawdził się znakomicie, a The Gentlemen od początku miało też coś niezwykle cennego dla platformy: rozpoznawalny charakter. Wystarczy kilka minut, żeby poczuć rytm dialogów Ritchiego, zobaczyć brytyjską posiadłość, eleganckiego gangstera i kogoś, kto za chwilę podejmie bardzo złą decyzję.
Własne serialowe podwórko
Pierwszy film The Gentlemen powstał przecież jako zamknięta kryminalna zabawa. Serial wziął podobny świat, wyrzucił część pionków i rozstawił własne. Theo James dostał księcia Eddiego, Kaya Scodelario Susie Glass, a z brytyjskiej arystokracji ponownie zrobiono miejsce, gdzie pod starannie przyciętą trawą spokojnie może leżeć coś nielegalnego. Telewizyjna forma pasuje do tego uniwersum zaskakująco dobrze. Ritchie zawsze lubił rozbudowane układy, zdrady i ludzi próbujących przechytrzyć kogoś odrobinę bardziej niebezpiecznego.
Drugi sezon ma rozszerzyć interes Eddiego i Susie poza dotychczasowy teren, a sam Eddie coraz mniej przypomina człowieka przypadkowo wciągniętego do półświatka. Netflix opisuje go już jako kogoś, komu kryminalna pozycja zaczyna wyjątkowo dobrze leżeć. To ciekawy kierunek, bo największa zabawa pierwszej serii brała się z obserwowania faceta próbującego przetrwać w cudzym biznesie.
Wcześniejsze zamówienie trzeciego sezonu sugeruje również, że Netflix patrzy na The Gentlemen szerzej niż na jednorazowy sukces. Osiem kolejnych odcinków jest już potwierdzonych, preprodukcja ruszyła, choć scenariusze nie były jeszcze sfinalizowane w chwili ogłoszenia. Platforma stawia więc żetony na stole, zanim dostanie najważniejszą odpowiedź: jak widzowie przyjmą sezon drugi. Ryzyko istnieje. Kontynuacje potrafią zgubić tempo, przesadzić ze skalą albo zacząć imitować własne najlepsze sceny.
Z drugiej strony Ritchie ma tutaj luksus, którego jego kino nie zawsze dawało. Nie musi co dwie godziny wywracać całej planszy i zaczynać od zera przy następnym projekcie. Może rozwijać bohaterów, którzy zdążyli już znaleźć własny rytm. Może wracać do pobocznych postaci, zamiast przedstawiać następnego ekscentrycznego gangstera od początku. Nawet jego charakterystyczne dialogi zyskują, kiedy wypowiadają je ludzie posiadający wspólną historię.
Teraz drugi sezon ma coś do udowodnienia
Sytuacja robi się przez to zabawnie przewrotna. Normalnie drugi sezon walczy o prawo do trzeciego. The Gentlemen dostało nagrodę przed egzaminem. Premiera 3 września nie zdecyduje już o samym istnieniu następnej serii, ale może zdecydować o tym, czy decyzja Netflixa będzie później wyglądała jak świetne wyczucie momentu, czy jak odrobina zbyt dużej pewności siebie.
Sam wolę taki kredyt zaufania od serialu prowadzonego z pistoletem przyłożonym do skroni po każdym finale. Pierwszy sezon zdobył sobie publiczność, Ritchie ma świat wyraźnie skrojony pod własny styl, a Theo James i Kaya Scodelario dostali bohaterów, którzy mają jeszcze gdzie zabrnąć. Netflix zrobił więc rzecz coraz rzadszą: pozwolił historii planować przyszłość, zanim widzowie wystawią jej następne świadectwo. Teraz pozostaje sprawdzić, czy Guy Ritchie wyda ten kredyt na coś więcej niż kolejną drogą marynarkę i kilka bardzo efektownych trupów.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych