Star Wars Visions na pierwszej zajawce. Gwiezdne wojny w japońskim stylu anime

Star Wars najlepiej działa dziś… jako anime? Disney powinien wyciągnąć z tego wnioski

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Star Wars przez lata próbowało być wszystkim naraz. Wielkim kinem, serialem na kilka wieczorów, familijną przygodą, politycznym dramatem, nostalgicznym powrotem i kolejną cegłą w uniwersum, które czasem bardziej przypomina magazyn części zamiennych niż żywy świat. A potem przychodzi anime, bierze miecze świetlne, Moc i całą tę galaktyczną mitologię pod pachę, po czym robi z nimi coś zaskakująco prostego: zaczyna się bawić. 

I właśnie wtedy Star Wars znowu zaczyna oddychać. Kolory robią się odważniejsze, pojedynki bardziej szalone, światy mniej podobne do siebie, a twórcy przypominają sobie, że ta saga od początku była przecież mieszanką samurajów, westernu, baśni i science fiction. Anime nie musi pilnować, żeby każdy kantynowy stołek pasował do encyklopedii. Może wziąć ten cały kosmiczny plac zabaw i naprawdę na nim pobiegać. Wiecie, jeśli najbardziej świeże pomysły w jednej z największych zachodnich marek przychodzą dziś z japońskiej animacji, to Disney powinien chyba przestać traktować to jak ciekawy eksperyment i zacząć robić notatki.

Dalsza część tekstu pod wideo

Galaktyka bez instrukcji obsługi

Największą przewagą anime w świecie Star Wars jest chyba to, że nikt nie każe mu chodzić po galaktyce z linijką. Nie musi sprawdzać, czy dany miecz świetlny miał dokładnie taki kolor w 14. minucie filmu z 1983 roku, czy ktoś przypadkiem nie urodził się trzy lata za późno i czy nowa planeta pasuje do mapy narysowanej przez fana na Redditcie. Twórcy dostają kilka elementów - Moc, Jedi, Sithów, statki, legendy - i mogą zbudować z nich coś własnego.

To właśnie dlatego Star Wars: Visions potrafiło momentami wyglądać świeżej niż seriale kosztujące znacznie więcej. Jedna historia przypomina film Kurosawy przepuszczony przez filtr kosmicznej baśni, druga robi z miecza świetlnego niemal magiczny artefakt, kolejna przesuwa estetykę tak daleko, że przez chwilę zapominamy o całym ciężarze marki. Nikt nie musi potem tłumaczyć, w którym roku przed bitwą o Yavin to wszystko się wydarzyło. 

Anime dobrze znosi też przesadę, której Star Wars zawsze miało w DNA więcej, niż dziś czasem chcemy przyznać. Mamy przecież laserowe miecze, mnichów przesuwających przedmioty myślami, gigantyczne stacje bojowe i rodzinny dramat rozciągnięty na pół galaktyki. To nigdy nie było twarde science fiction wymagające kalkulatora orbitalnego. 

Może problemem jest ostrożność

Disney ma dziś z Gwiezdnymi wojnami bardzo niewygodną relację. Z jednej strony posiada świat, w którym można opowiedzieć właściwie wszystko. Z drugiej - każda duża produkcja zachowuje się momentami tak, jakby poruszała się po muzeum pełnym alarmów. Tu nie dotykaj, tam zostaw znajomy droid, w rogu postaw odniesienie dla fanów, a na końcu najlepiej pokaż twarz, którą widownia zna od dwudziestu lat. 

Anime pokazuje inną drogę. Nie trzeba wyrzucać Luke’a Skywalkera przez okno ani udawać, że poprzednie dekady nigdy się nie wydarzyły. Wystarczy czasem odejść kawałek dalej od znajomej kantyny. Nowi Jedi mogą mieć inną filozofię, konflikt nie musi kolejny raz prowadzić do Imperium, a miecz świetlny nie powinien automatycznie uruchamiać drzewa genealogicznego Skywalkerów. 

Pomogłaby również odwaga stylistyczna. Star Wars może wyglądać jak western, horror, kino samurajskie, kryminał albo właśnie anime i nadal pozostawać Star Wars. Marka jest wystarczająco mocna, żeby przeżyć zmianę kreski, tonu oraz tempa. Być może nawet tego potrzebuje. 

Nie ma sensu więc poprawiać od razu każdego dziwnego pomysłu do firmowego standardu, nie wymagać obowiązkowego cameo i nie patrzeć na każdą historię jak na pierwszy rozdział kolejnej trylogii. Czasem pięćdziesiąt minut czegoś odważnego zrobi dla marki więcej niż osiem godzin bardzo poprawnego serialu.

Niech Moc trochę zbłądzi

Star Wars potrzebuje zgody na to, żeby od czasu do czasu zgubić drogę. Anime przypomina, że ta galaktyka może być dziwna, kolorowa, melancholijna, brutalna albo kompletnie szalona i nadal będzie rozpoznawalna po pierwszym dźwięku miecza świetlnego. Marka jest silniejsza, niż często zachowują się jej opiekunowie.

Jeśli więc Disney naprawdę chce wiedzieć, gdzie szukać świeżości, odpowiedź może od dawna leżeć na widoku. Nie w kolejnym powrocie starego bohatera i nie w jeszcze dokładniejszym odtworzeniu wnętrza Sokoła Millennium. Wystarczy spojrzeć na twórców, którzy dostali Star Wars, trochę je rozkręcili, pozmieniali śrubki i złożyli po swojemu. Galaktyka wcale się od tego nie rozpadła. Przeciwnie - przez chwilę znowu wyglądała na ogromną.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: Własna
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper