Capcom sprzedaje stare gry milionami. Inni wydawcy powinni wreszcie zacząć notować 

Capcom sprzedaje stare gry milionami. Inni wydawcy powinni wreszcie zacząć notować 

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Capcom najwyraźniej odkrył coś, o czym część branży woli nie pamiętać: dobra gra nie psuje się po pięciu latach jak jogurt zostawiony na kaloryferze. Jeśli nadal działa, ma charakter i nie próbuje karać nowych graczy za spóźnienie na premierę, potrafi sprzedawać się długo po tym, gdy billboardy zniknęły z miast, a dział marketingu zajął się już trzema kolejnymi projektami. Jedni chowają starsze katalogi do piwnicy, inni wrzucają je na nowe platformy, poprawiają kilka rzeczy i patrzą, jak licznik znowu rusza. Capcom robi to drugie. I najwyraźniej całkiem nieźle na tym wychodzi.

Najciekawsze jest jednak to, że nie mówimy o pojedynczym cudzie ani jednej serii podtrzymywanej przy życiu przez nostalgię. Stare odsłony marek nadal znajdują nowych odbiorców, bo ktoś zadbał, żeby nie zostały zamknięte na sprzęcie pamiętającym zupełnie inną epokę. Gracze dostają łatwy dostęp, wydawca kolejne miliony, a klasyki drugie, trzecie i czasem czwarte życie. Brzmi banalnie? Być może.

Dalsza część tekstu pod wideo

Mocna ekipa

Capcom od lat udowadnia jednak, że premiera nie musi być początkiem krótkiego sprintu zakończonego przeceną i zapomnieniem. Dobra gra może wracać na kolejne platformy, wpadać do nowych promocji i trafiać do ludzi, którzy w dniu jej debiutu zajmowali się zupełnie inną generacją sprzętu. Wydawca nie traktuje starszego katalogu jak magazynu pełnego zakurzonych pudeł. Bardziej jak dobrze zaopatrzoną spiżarnię, do której warto regularnie zaglądać.

Wystarczy spojrzeć na serie pokroju Resident Evil, Monster Hunter czy Devil May Cry. Starsze części nadal są widoczne, łatwo dostępne i często sprzedawane za kwoty, przy których trudno powiedzieć: może kiedyś. Ktoś kończy najnowszą odsłonę, zaczyna szukać poprzednich i po chwili ma w koszyku kilka kolejnych gier. Jedna premiera napędza cały katalog.

To podejście brzmi wręcz banalnie, dopóki nie spojrzymy na innych wydawców. Ile świetnych produkcji nadal siedzi zamkniętych na PS3, Xboksie 360 albo konsolach, których podłączenie do współczesnego telewizora wymaga już małej wyprawy archeologicznej? Czasem przeszkadzają licencje, czasem technologia, lecz równie często brakuje zwykłej chęci. Łatwiej sprzedać remake za pełną cenę niż przygotować porządny port i pozwolić oryginałowi dalej pracować.

Stara gra, świeży klient?

Capcom dobrze rozumie, że odbiorca starszej gry wcale nie musi być człowiekiem wracającym do dzieciństwa. Dla ogromnej części graczy Resident Evil 4 z 2005 roku, pierwsze Devil May Cry albo wcześniejsze odsłony MoHunta nie są żadnymi wspomnieniami. To całkiem nowe przygody, które po prostu powstały przed ich wejściem do danej serii. 

Pomagają w tym rozsądne promocje. Gra kupiona za kilkadziesiąt złotych nie wymaga tygodnia analizowania recenzji i oglądania porównań wydajności. Można ją wziąć z ciekawości, odpalić wieczorem i sprawdzić, dlaczego tyle osób nadal o niej mówi. Część graczy odbije się od starszych rozwiązań, inni przepadną i po chwili zaczną nadrabiać całą serię. 

Starsze gry mają też jedną przewagę, której nowe premiery zwyczajnie nie dostają: ich reputacja zdążyła się już ułożyć. Wiadomo, które tytuły zestarzały się dobrze, gdzie sterowanie potrafi zaboleć i które części najlepiej nadają się na początek. Gracz nie kupuje kota w worku. Kupuje coś sprawdzonego, często połatane i kosztującego ułamek ceny nowości. W epoce gier za kilkaset złotych taki układ staje się coraz bardziej kuszący.

Najdziwniejsze jest więc to, że reszta branży wciąż tak rzadko korzysta z własnych skarbców. Firmy wydają fortuny na szukanie następnego hitu, choć w szufladach mają produkcje, które gracze od lat proszą o zwykłe przeniesienie na nowy sprzęt. Nikt nie oczekuje kosztownej przebudowy każdego klasyka. Czasem wystarczy stabilna wersja, wygodne sterowanie i możliwość kliknięcia „kup” bez szukania używanej płyty za cenę kolekcjonerskiego zegarka.

Capcom jest mocny

Capcom wygrywa, bo pamięta o grach również wtedy, gdy kończy się kampania reklamowa. Nowe premiery przyciągają uwagę, starsze części wykorzystują ten ruch, a cała marka pozostaje dostępna zamiast rozpadać się na kawałki zamknięte na kolejnych generacjach konsol. Niby nic odkrywczego. W praktyce wychodzi z tego maszyna, która potrafi zarabiać przez dekady.

Inni wydawcy naprawdę powinni zacząć notować. Gracze nie zawsze potrzebują remake’u za pełną cenę, wielkiego powrotu z orkiestrą i kampanii obiecującej odbudowanie legendy. Czasem chcą po prostu kupić starą, dobrą grę na sprzęcie, który stoi obecnie pod telewizorem. Capcom zostawia drzwi otwarte i kolejne miliony ludzi przez nie przechodzą. Reszta branży nadal zastanawia się, gdzie podziali się klienci, trzymając klucz w kieszeni.

Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Resident Evil 4 (Remake).

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper