Obejrzałem Odyseję jako wielki fan Troi i mogę z czystym sumieniem powiedzieć: biegnijcie do kina!

Obejrzałem Odyseję jako wielki fan Troi i mogę z czystym sumieniem powiedzieć: biegnijcie do kina!

Mateusz Wróbel | Dzisiaj, 13:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Są takie wieczory w kinie, po których człowiek wychodzi na chłodne, nocne powietrze, patrzy na partnerkę i bez słowa wie, że oboje właśnie przeżyli coś wyjątkowego. Dokładnie tak wyglądał mój seans w kończącym się właśnie tygodniu. Wybraliśmy się z dziewczyną na najnowsze dzieło Christophera Nolana i - powiedzmy to sobie wprost - oboje wyszliśmy z sali z szerokimi uśmiechami, kompletnie uradowani, a przede wszystkim niesamowicie zaciekawieni tą antyczną odyseją, którą potem próbowaliśmy jeszcze bardziej zgłębić, doczytując się w sieci kolejnych smaczków o mitologii greckiej poruszanej w hicie Nolana.

Jako absolutny i wielki fan kultowej „Troi” z 2004 roku, może i nie jechałem do kina z sercem na ramieniu i z ogromną dozą sceptycyzmu. Jednakże utrzymywało się przy mnie pytanie, które kołatało mi w głowie: czy po tylu latach cokolwiek jest w stanie przebić tamten brudny, spektakularny, hollywoodzki mit? Dziś, będąc świeżo po seansie, mogę powiedzieć z czystym sumieniem: tak, Nolan dał radę. Film jest po prostu świetny - od pierwszej do ostatniej minuty.

Dalsza część tekstu pod wideo

Gdy zbierze się opinie krytyków, badaczy literatury i zwykłych widzów, wyłania się z nich jeden spójny obraz: to bezkompromisowe widowisko, które trzyma w napięciu ani na chwilę nie puszczając widza z garści. Nolan po raz kolejny udowodnił, że potrafi wziąć historię znaną każdemu z podręczników szkolnych i podać ją w sposób tak świeży, gęsty i angażujący, że trzy godziny mijają niczym mrugnięcie oka.

To, co uderza od pierwszej klatki, to absolutny realizm inscenizacyjny i odrzucenie tanich, komputerowych efektów na rzecz praktycznej scenografii. Widz dosłownie czuje sól morską na twarzy, słyszy ciężar pancerzy i widzi prawdziwy trud w oczach aktorów. Nolan zbudował antyczny świat, który nie wygląda jak sterylna makieta, ale jak chropowata, niebezpieczna rzeczywistość epoki brązu.

Rytm tego filmu jest wręcz zabójczy. Wszystko zaczyna się od potężnego, krwawego i bezwzględnego finału walki o Troję. Widzimy upadek wielkiego miasta, podstęp z koniem i chaos, który staje się punktem wyjścia do zupełnie nowej, jeszcze mroczniejszej historii. To nie jest lekka bajeczka o żeglarzach - to brutalna opowieść o konsekwencjach wojny.

Akcja, akcja i jeszcze raz akcja trwająca prawie 3 godziny

A potem zaczyna się właściwa tułaczka Odyseusza. Obserwowanie człowieka, który z pełną premedytacją i dumą przeciwstawia się samym bogom, to czysta filmowa poezja. Nolan idealnie balansuje na granicy mitu i psychologicznego realizmu, tworząc z Odysa postać niejednoznaczną, wręcz tragiczną.

Niezwykłe wrażenie robi też sama ścieżka dźwiękowa i reżyseria dźwięku, które stają się osobnym bohaterem filmu. Pulsujące, pierwotne bębny połączone z niepokojącymi, orkiestrowymi motywami potęgują uczucie osamotnienia na bezkresnym oceanie czy napięcia w momencie atakowania Troi. Kiedy na ekranie pojawia się cisza przed burzą, na sali kinowej zamiera nawet szelest papierków po popcornie.

Aby wiele nie zdradzać z zakresu fabuły, jeden z najbardziej poruszających - dla mnie - momentów filmu to scena, w której Odyseusz wysłuchuje historii Agamemnona. Ten mroczny, wręcz przestrzegający ton, w którym cień dawnego króla ostrzega głównego bohatera przed śmiertelnym niebezpieczeństwem i zdradą, jaka może na niego czekać w domu, wywołuje prawdziwe ciarki na plecach. Napięcie w tej sekwencji można dosłownie ciąć nożem szczególnie, że Agamemnon to postać od początku z wielką "aurą" - scena przy bramach, jego pancerz i tak dalej.

Kiedy natomiast akcja przenosi się wreszcie na samą Itakę, film wchodzi na absolutne wyżyny emocjonalne. Ukazanie dworu, na którym bezczelni zalotnicy niszczą dziedzictwo Odyseusza, i narastająca frustracja domowników budują podwaliny pod nieuchronny, krwawy finał. Widz czuje rosnącą w nim wściekłość wraz z każdym kolejnym aktem bezczelności ze strony panoszących się w pałacu obcych.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to mamy tu do czynienia z absolutną topką. Odtwórca roli Odyseusza wzniósł się na wyżyny swoich możliwości, pokazując zarówno spryt i genialny intelekt dowódcy, jak i głębokie wycieńczenie człowieka, który przez dziesięciolecia nie może wrócić do ojczyzny. To rola wielowymiarowa, w której każdy gest i spojrzenie ważą więcej niż tysiąc słów.

Równie wielkie ukłony należą się aktorce wcielającej się w Penelopę (żonę Odysa). Jej kreacja to majstersztyk - pokazała kobietę niezwykle silną, dumną, a jednocześnie cierpiącą i osamotnioną w walce z naciskającymi zalotnikami. Chemia, emocje i napięcie między tą dwójką, nawet gdy znajdują się na przeciwległych krańcach świata, niosą ten film na swoich barkach.

Narracja opowiedziana w najlepszy sposób

Nolan zastosował też genialny zabieg narracyjny: opowiadanie całej tej skomplikowanej historii z dynamicznie zmieniających się perspektyw. Słuchanie opowieści z punktu widzenia samego Odyseusza, a chwilę później z perspektywy innych Spartan czy powracających do domów wojowników, daje niezwykle głęboki, wielowymiarowy obraz starożytnego świata. Zamiast prostej, liniowej adaptacji dostajemy skomplikowaną mozaikę ludzkich losów i punktów widzenia.

Żeby jednak być w pełni rzetelnym i zachować obiektywizm, muszę wspomnieć o jednej rzeczy, do której można mieć lekki zarzut. Chodzi o decyzje castingowe w przypadku Heleny oraz żony Agamemnona - obie postacie zostały zagrane przez czarnoskórą aktorkę (która bądź co bądź dostały na ekranie może po 5 minut). W realiach epoki brązu i świata mykeńskiego wygląda to dosyć anachronicznie i w tym jednym elemencie Nolan mógł sobie darować współczesne trendy castingowe na rzecz pełnej wierności historycznym realiom.

Na szczęście ten drobinowy zgrzyt absolutnie nie jest w stanie zepsuć całościowego wrażenia. Obsada jako całość spisała się po prostu genialnie, tworząc żywe, krwiste postaci z mięsa i kości, którym kibicuje się od pierwszej do ostatniej sceny. Zostają w pamięci na długo po tym, jak zgasną światła na sali. Nie mówiąc już o motywach czy przemianie samego Odyseusza. Z tego filmu można wyciągnąć naprawdę wiele pięknych rzeczy, a potem chodzić zamyślonym kilka kolejnych dni - jak po świetnej historii w grze fabularnej dla pojedynczego gracza.

Odyseja Nolana okazała się dla mnie tak niesamowitym, wręcz odświeżającym doświadczeniem, że tuż po powrocie do domu od razu nabrałem ochoty na wielki, antyczny maraton. Żeby idealnie uzupełnić ten obraz i domknąć całą historię w głowie, w najbliższy weekend z wielką przyjemnością obejrzę sobie jeszcze raz klasyczną „Troję”. Jest tu sporo nawiązań pomiędzy obiema produkcjami, a wręcz hit z Achillesem w roli głównej można uznać jako prequel wydarzeń przedstawiony w Odysei.

Jeśli więc wciąż zastanawiacie się, czy warto wydać pieniądze na bilet, porzućcie wszelkie wątpliwości. Nolan stworzył widowisko KOMPLETNE - porywające wizualnie, genialnie zagrane, brutalne, a zarazem pełne poezji i trzymające w napięciu do samego końca.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Źródło: Opracowanie własne
Mateusz Wróbel Strona autora
Na pokładzie PPE od połowy 2019 roku. Wielki miłośnik gier wideo oraz Formuły 1, czasami zdarzy mu się sięgnąć również po jakiś serial. Uwielbia gry stawiające największy nacisk na emocjonalną, pełną zwrotów akcji fabułę i jest zdania, że Mass Effect to najlepsza trylogia, jaka kiedykolwiek powstała.
cropper