W piekle na Ziemi. Zaginione australijskie arcydzieło twórcy Rambo
Gdy myślimy o filmowej Australii pierwszym skojarzeniem jest z pewnością pierwszy “Mad Max” George’a Millera. Mający swoją premierę w 1979 roku obraz, z Melem Gibsonem w roli głównej, stał się jednym z najbardziej niespodziewanych hitów swych czasów, walnie przyczyniając się do popularyzacji nurtu “ozploitation”. Nieprzypadkowo jednak za największe arcydzieło tego podgatunku uchodzi “Na krańcu świata” późniejszego twórcy “Rambo: Pierwsza krew” Teda Kotcheffa, które niedługo zostanie pokazane na dużym ekranie na gdańskim festiwalu Octopus.
W latach 70. XX. wieku australijski rząd postanowił wesprzeć rodzimą kinematografię, która za sprawą licznych ulg i pomocy w finansowaniu przeżyła prawdziwy boom, wiążący się również z ogromnym apetytem na kino gatunkowe. W tamtym okresie kina typu drive-in i małe lokalne przybytki potrzebowały tanich, efektownych produkcji. Filmy z Australii świetnie wypełniały tę lukę – były brutalniejsze, bardziej odważne i mniej skrępowane hollywoodzkimi konwencjami. Ich prawdziwym znakiem rozpoznawczym stała się dzikość. Ogromne pustkowia, bezdroża, pustynia i niebezpieczna fauna tworzyły scenerię, jakiej nie oferował żaden inny kraj. To pozwoliło stworzyć charakterystyczny klimat zagrożenia. Paradoksalnie twórcom pomogły również ograniczenia budżetowe, które wymogły na nich kreatywność. Zamiast kosztownych efektów specjalnych wykorzystywano widowiskowe pościgi samochodowe, prawdziwe wybuchy, praktyczne efekty, niebezpieczne kaskaderskie popisy.
Do najważniejszych produkcji z tego nurtu należą “Niebezpieczna gra” i “Patrick” Richarda Franklina, ucznia samego Alfreda Hitchcocka, “Uczciwa gra” Mario Andreacchio, “Długi weekend” Colina Egglestona, a także “Polowanie na indyka” Briana Tencharda-Smitha, który w zeszłym roku gościł na wspominanym już na początku gdańskim Octopusie, gdzie opowiadał o realizacji pokazywanych na nim obrazów. Często w interesujący sposób podchodzących do klasycznych gatunkowych schematów, tak jak choćby kultowy “Człowiek z Hongkongu”, w którym tym razem to George Lazenby gra przeciwnika głównego bohatera, wyraźnie wzorowanego na postaciach w typie Jamesa Bonda. Wiele filmów z tego nurtu łączy fakt, iż nie nakręcili ich rodzimi twórcy i podobnie jest w przypadku, całkowicie zasłużenie uznawanego za jego największe dzieło, “Na krańcu świata”, które ostatecznie zrealizował Kanadyjczyk.
Późniejszy twórca „Rambo: Pierwsza krew”, Ted Kotcheff urodził się w Toronto, a pierwsze lata swojej kariery spędził w kanadyjskiej telewizji, gdzie współtworzył wiele popularnych programów. Już pod koniec lat 50. przeniósł się jednak do Wielkiej Brytanii, nadal rozwijając swoje rzemiosło i licząc na to, że z czasem uda mu się zrobić karierę w Stanach Zjednoczonych. Przełom lat 60. i 70. nie był jednak dla niego pomyślny. Jak pisał w swojej autobiografii „Director's Cut”, przez długi czas nie mógł uzyskać zgody na pracę w USA i wydawało się, że jego marzenie o realizowaniu filmów w samym sercu światowej kinematografii szybko legnie w gruzach. Zwłaszcza, iż niespodziewanie otrzymał ciekawą propozycję reżyserowania obrazu, którego akcja rozgrywała się na australijskiej prowincji.
Polowanie na kangury
Wydana w 1961 roku powieść australijskiego dziennikarza Kennetha Cooka “Wake in Fright” od początku została uznana za nietuzinkowe dzieło, a o zaadaptowaniu jej na scenariusz filmowy myślano już dwa lata po jej premierze. Mocno zainteresowany wyreżyserowaniem filmu na jej podstawie był sam Joseph Losey, a w projekt był ponoć zaangażowany również jego ulubiony aktor, dobrze znany Dirk Bogarde. Na przełomie dekad zadanie przełożenia powieści na skrypt otrzymał jamajski pisarz i poeta Evan Jones, który wcześniej współpracował z Tedem Kotcheffem na planie jego przełomowego filmu “Dwaj dżentelmeni we wspólnym mieszkaniu”.
Jones bardzo szybko skontaktował się z kanadyjskim reżyserem, wiedząc że ten będzie zainteresowany pracą nad tak niezwykłym materiałem źródłowym. Rzeczywiście, dzika i nieokrzesana powieść australijskiego żurnalisty, który postawił sobie za cel jak najdoskonalsze opisanie życia ludzi na australijskiej prowincji, od razu przypadła Kotcheffowi do gustu. Na tyle, że zdecydował się na przeprowadzkę na antypody, wraz z żoną i trójką swych dzieci. Mając już wtedy umowę, podpisaną z przedstawicielami rodzimego NLT Productions Group, a także amerykańskiego W Films, które wspólnie wyłożyły około 800 tysięcy dolarów na wyprodukowanie tego filmu.
Kotcheff początkowo chciał zatrudnić w głównej roli dobrze znanego w tym czasie Michaela Yorka. Ten jednak po przeczytaniu scenariusza zrezygnował, twierdząc, że nie jest on dla niego interesujący. Po latach wspominał, że była to decyzja, której najbardziej żałował w całej swojej aktorskiej karierze. W rolę nauczyciela Johna Granta, z konieczności zmuszonego do przebywania wśród ludzi, którymi gardzi, ale jest nimi również coraz bardziej zafascynowany, wcielił się brytyjski aktor teatralny Gary Bond. Kluczową postać, swoistego przewodnika po tym dziwacznym świecie, Doca Tydona zagrał niezwykle tu sugestywny Donald Pleasence, tworząc najwybitniejszą kreację w swojej karierze.
Będąc już na miejscu Kotcheff ostro wziął się do pracy, chcąc w jak najkrótszym czasie dowiedzieć się jak najwięcej o realiach panujących na tzw. australijskim Outbacku. Słabo zaludnionym, rozległym obszarze pustynnym i półpustynnym zajmującym centralną część Kontynentu. W tym celu zasięgnął opinii rodzimego dziennikarza, który opisał trudy życia na obszarze, w którym żyło trzy razy więcej mężczyzn niż kobiet, co w zasadzie uniemożliwiało zakładanie normalnych rodzin. Większość pracowników lokalnych zakładów i kopalni chodziło do miejscowych barów, gdzie w realiach prawdziwego żaru lejącego się z nieba spędzano czas głównie na graniu w dość prymitywną grę hazardową i bardzo często dochodziło do bójek.
Słysząc o tym reżyser postanowił zobaczyć to na własne oczy. Wbrew ostrzeżeniom znajomego, który podkreślał, że noszący się w tym czasie jak klasyczny hipis Kotcheff bardzo szybko może zostać pobity i wykopany z baru, postanowił on spędzić kilka dni jak okoliczni mieszkańcy. Podobnie jak oni uczestniczący we wspominanej już - a pokazywanej w samym filmie - grze hazardowej, w której zresztą szło mu na tyle dobrze, że zaczął się bać o swoje bezpieczeństwo. Wraz z towarzyszącym mu producentem Mauricem Singerem po kilku dniach byli bowiem 12000 do przodu, co wkrótce zaowocowało ogromnymi wyrzutami sumienia, wynikającymi ze świadomości ogrywania w grze ciężko pracujących robotników.
Wkrótce postanowili jednak wyprawić największą miejscową imprezę, z piciem i jedzeniem na ich koszt, a ponadto zatrudnili lokalnych graczy jako statystów w scenie gry. Niestety dla kilku udział w niej zakończył się długim pobytem w więzieniu. Używane w tej scenie fałszywe pieniądze miały być bowiem tak podobne do realnych, że dwóch uczestniczących w scenie statystów - wbrew kilkukrotnym ostrzeżeniom ze strony Kotcheffa i producentów - zaczęło je wykradać, a następnie wykorzystywać przy zapłacie za realne usługi. Sam reżyser miał zresztą z tego powodu również nieprzyjemności, bo lokalne władze zarzucały mu pomoc w tym przestępczym procederze.
Bez wątpienia najbardziej zapamiętywalną sekwencją całego filmu jest scena polowania na kangury, która już po premierze wzbudziła ogromne kontrowersje, a jeszcze podczas prac nad filmem reżyser długo zastanawiał się w jaki sposób ją zrealizować, tak by żadne zwierze nie ucierpiało. W ostateczności musiał on jednak pójść na pewien kompromis. Samo polowanie było bowiem prawdziwe, ale jednocześnie nie zostało zainscenizowane na potrzeby realizacji filmu. Ekipa dołączyła do legalnego odstrzału kangurów, prowadzonego przez licencjonowanych myśliwych, który miał odbyć się niezależnie od produkcji. Nakręcono autentyczne ujęcia i później wmontowano je w sceny fabularne z aktorami.
Większość ujęć z udziałem bohaterów nakręcono oddzielnie, a następnie montażysta połączył je z dokumentalnym materiałem z prawdziwego odstrzału kangurów. Wyjątek stanowiły sceny bezpośredniego kontaktu aktorów z żywym zwierzęciem – do ich realizacji zatrudniono profesjonalnych opiekunów oraz odpowiednio przygotowanego kangura. Paradoksalnie jednak sam przebieg zdjęć okazał się bardziej brutalny, niż przewidywano. Operator Brian West wspominał, że myśliwi z czasem coraz bardziej się upijali i coraz gorzej strzelali, a członkowie ekipy byli wstrząśnięci skalą cierpienia rannych zwierząt. Według relacji pracowników planu, producent George Willoughby zemdlał po jednym z wyjątkowo drastycznych ujęć, a filmowcy mieli ostatecznie doprowadzić do przerwania polowania, aranżując awarię zasilania.
Zaginione arcydzieło
W 1971 roku, mając już gotowe dzieło, producenci zadecydowali o pokazaniu go na festiwalu w Cannes, co sam Kotcheff uznał za ogromny przywilej, czując wielką dumę, ale również ogromną odpowiedzialność. Niestety w trakcie rozmów nad ostatecznym kształtem dzieła musiał się zgodzić na zmianę jego tytułu. Pierwotny “Wake in fright” nawiązujący do znanej angielskiej klątwy: “May you dream of the devil and wake in fright!” zastąpił bardziej neutralny, ale również bezbarwny tytuł “Outback”, który nie robił już takiego wrażenia. Reżyser nie był z tego powodu zadowolony, ale ostatecznie zrozumiał, że musi na to przystać.
Kotcheff wspominał, że już podczas pokazu na festiwalu w Cannes doszło do niezwykłego zdarzenia. Siedząc na sali kinowej, co chwila słyszał, jak jeden z mężczyzn zajmujących miejsca w tylnym rzędzie głośno komentuje jego dzieło, raz po raz chwaląc reżyserię i niezwykłą atmosferę filmu. Początkowo nie był w stanie dostrzec autora tych komentarzy, dlatego postanowił dowiedzieć się kim był tuż po seansie. Od jednego z rozmówców usłyszał, że to młody, kompletnie nieznany reżyser, mający na koncie przeciętny debiut, który zresztą słynął z głośnego i często bezkompromisowego komentowania oglądanych filmów. Okazał się nim nie kto inny jak sam Martin Scorsese. Mistrz amerykańskiego kina, który kilka dekadpóźniej zadecydował o włączeniu „Na krańcu świata” do prestiżowej sekcji Cannes Classics.
Początki dystrybucji arcydzieła Kotcheffa nie były jednak tak udane, pomimo wręcz gorącego przyjęcia filmu na Lazurowym Wybrzeżu w 1971 roku. Co prawda bowiem film znalazł się później w normalnym obiegu kinowym, ale w Australii bardzo szybko został uznany za wręcz obraźliwy dla lokalnej społeczności, a w Europie czy USA nie zrobił furory i bardzo szybko zszedł z afisza. Po zakończeniu pierwotnej dystrybucji właściciele praw nie chcieli ponownie wprowadzać filmu do kin ani nawet wydać go na VHS czy DVD, w efekcie czego przez dziesięciolecia praktycznie nie był dostępny. Co gorsza po pewnym czasie zaginął negatyw filmu, a brak jakiejkolwiek aktywności ze strony wcześniejszych dystrybutorów sprawił, że długo nikt nie był nim w najmniejszym stopniu zainteresowany.
W poszukiwania właściwej wersji obrazu od 1996 roku był zaangażowany australijski producent Bobby Limb, ale wtedy nie zdołał znaleźć jej ani w Sydney, gdzie znajdowała się siedziba firmy producenckiej, ani w Londynie, gdzie ponoć została ona później przetransportowana. Przełom w tej sprawie przyniosły dopiero wysiłki edytora obrazu, Tony’ego Buckleya. Wielkiego fana “Na krańcu świata”, który zapragnął, by został on ponownie pokazany na dużym ekranie. Po kilku latach poszukiwań i lotów w przeróżne części świata na swój koszt, negatyw filmu ostatecznie został odnaleziony, w pewnym magazynie w Pittsburghu. Arcydzieło Kotcheffa zostało następnie odrestaurowane i po 38 latach pokazane po raz kolejny, na festiwalu w Cannes. Zostając wtedy jednogłośnie uznanym za jedno z największych osiągnięć australijskiego kina.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych