Gracze pokochali krótsze gry. Branża jeszcze tego nie zauważyła
Kiedyś obietnica spędzenia w grze stu pięćdziesięciu godzin wywoływała szybsze bicie serca i gwarantowała poczucie doskonale zainwestowanych pieniędzy. Dziś, dla coraz większej grupy dorosłych graczy, brzmi to jak surowy wyrok i zapowiedź niechcianego, drugiego etatu. Zmieniliśmy się my, bezpowrotnie zmienił się nasz styl życia, a wraz z nim ewoluowały oczekiwania wobec wirtualnej rozrywki.
Paradoks współczesnego rynku polega jednak na tym, że podczas gdy my z ulgą i zachwytem sięgamy po zamknięte, skondensowane opowieści na kilkanaście godzin, wielcy wydawcy wciąż próbują nam wmówić, że więcej zawsze znaczy lepiej. Branża gier wideo ewidentnie przespała kluczowy moment, w którym przestaliśmy liczyć opłacalność wirtualnej przygody przez pryzmat wydanych złotówek na godzinę zabawy, a zaczęliśmy cenić coś zupełnie innego - autentyczny szacunek do naszego chronicznie brakującego wolnego czasu.
Mit 150 godzin
Pamiętacie czasy, gdy dumnie brzmiące hasło „największy otwarty świat w historii” było najważniejszym i najbardziej pożądanym punktem każdej kampanii marketingowej? Wydawcy z nieskrywaną pychą licytowali się na wygenerowane kilometry kwadratowe wirtualnych map, liczbę migających znaczników zapowiadających ukryte skarby i setki powtarzalnych zadań pobocznych. Dzisiaj otwarcie takiej mapy i spojrzenie na gąszcz ikon częściej wywołuje głębokie westchnienie zrezygnowania niż autentyczną ekscytację. Ten niepohamowany gigantyzm doprowadził rynek do absurdalnej sytuacji.
Wrzuca się nas do przepięknych, wykreowanych z niesamowitą dbałością o detale światów, które po kilkunastu godzinach okazują się boleśnie puste i odtwórcze. Rozwlekanie rozgrywki stało się sztuką samą w sobie, służącą jedynie sztucznemu pompowaniu statystyk rzekomego zaangażowania. Zbieranie setnego ukrytego przedmiotu, czyszczenie obozów bandytów projektowanych metodą „kopiuj-wklej” czy irytujące misje polegające na przyniesieniu dziesięciu skór wilka - to wszystko ma jedynie zatuszować fakt, że główny, angażujący wątek fabularny można by z powodzeniem opowiedzieć w trzykrotnie krótszym czasie.
Statystyki trofeów i wewnętrzne osiągnięcia na platformach dystrybucji cyfrowej są dla deweloperów bezlitosne - zaledwie niewielki ułamek graczy faktycznie dociera do napisów końcowych w tych mocno reklamowanych, 150-godzinnych kolosach. Większość z nas odpada gdzieś po drodze, przytłoczona rozmiarem i potężną monotonią. Z wiekiem zyskaliśmy obowiązki, założyliśmy rodziny, rozwijamy kariery, a nasz tygodniowy czas na granie skurczył się do absolutnego minimum. Zderzenie tej prozaicznej rzeczywistości z cyfrową produkcją wymagającą dyscypliny porównywalnej z pracą na pół etatu jest z góry skazane na sromotną porażkę. Przestaliśmy pożądać gier, które agresywnie próbują stać się naszym drugim życiem.
Esencja zamiast lania wody
Naturalną i piękną odpowiedzią na to postępujące zmęczenie materiału stał się wyraźny renesans gier średniego formatu oraz absolutny triumf sceny niezależnej i segmentu AA. Tytuły oferujące od 10 do 20 godzin intensywnej rozgrywki to obecnie rynkowy złoty środek, który zyskuje na popularności w niezwykle zawrotnym tempie. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest banalnie prosta. To produkcje, które szanują inteligencję i, co najważniejsze, czas gracza.
Zamiast rozcieńczać treść fabularną wiadrami wody, twórcy serwują nam gęsty, esencjonalny syrop. W grze zaplanowanej na zaledwie kilkanaście godzin deweloperzy absolutnie nie mogą sobie pozwolić na dłużyzny i ziewanie przed ekranem. Każdy pojedynczy etap, każda wprowadzana mechanika i każdy zwrot akcji muszą być precyzyjnie przemyślane i dopracowane do perfekcji. Tempo prowadzenia wirtualnej opowieści jest w takich produkcjach zazwyczaj bezbłędne. Zaserwowane historie są spójne, emocje uderzają ze zdwojoną siłą, a my, jako odbiorcy, mamy wspaniałe poczucie, że nasz cenny czas został wykorzystany w stu procentach.
Sukcesy gier opartych na mocnej, liniowej narracji czy też tych posiadających półotwarte, ale niezwykle skondensowane światy, dobitnie i jednoznacznie pokazują, gdzie leżą dziś nasze prawdziwe preferencje. Chcemy po ciężkim dniu usiąść wygodnie do konsoli lub komputera, przeżyć fantastyczną, angażującą przygodę, ze łzami w oczach lub uśmiechem na ustach zobaczyć napisy końcowe i z głębokim poczuciem spełnienia odłożyć kontroler. To daje nam wspaniałe poczucie sprawczości i satysfakcji z ukończenia kulturalnego dzieła, którego tak bardzo brakuje przy niekończących się i bezdusznych „grach-usługach”. Właśnie dlatego tak bardzo chwalimy dziś tytuły, które mają wyraźnie zarysowany początek, fascynujące rozwinięcie i konkretny koniec, a ich twórcy potrafią powiedzieć twarde „stop”, zanim opowieść zacznie bezlitośnie zjadać własny ogon. To rzemiosło idealnie wręcz skrojone pod współczesnego, dorosłego odbiorcę.
Korporacyjna ślepota i kult zaangażowania
Mimo tych niezwykle czytelnych, popartych twardymi danymi sprzedażowymi sygnałów ze strony samej społeczności, decydenci w wielkich korporacjach wydawniczych zdają się z uporem maniaka patrzeć w zupełnie inną stronę. Sektor wysokobudżetowych gier wciąż cierpi na niebezpieczną fiksację na punkcie sztucznego zatrzymania gracza. Dla chłodno kalkulujących inwestorów i zarządów liczy się przede wszystkim to, aby klient spędzał w jednym, stworzonym przez nich świecie jak najwięcej godzin, codziennie do niego wracał, wyrabiał nawyk, a przy okazji zostawiał regularnie kolejne pieniądze w cyfrowym sklepiku z wirtualnymi, nierzadko kosmetycznymi przedmiotami.
Wspomniany wcześniej model oprogramowania jako usługi, choć zaliczył w ostatnich kilku latach mnóstwo spektakularnych, wielomilionowych porażek, paradoksalnie nadal pozostaje niedoścignionym mitem w gabinetach prezesów. Boją się oni zaryzykować i wycenić krótszą, wybitnie liniową grę na standardową kwotę premierową, wychodząc z archaicznego, całkowicie błędnego założenia, że klienci poczują się oszukani z powodu rzekomo niewystarczającego czasu zabawy. To toksyczne zjawisko jest głęboko zakorzenione w realiach końcówki lat 90, kiedy interaktywną rozrywkę kupowało się niezwykle rzadko, a jedna produkcja musiała z założenia wystarczyć na całe długie wakacje. Dziś wartość kultury mierzy się jakością doświadczenia, a nie tylko jej tępą długością, weryfikowaną ze stoperem w dłoni.
Jednakże wielkie studia deweloperskie, rozpaczliwie tkwiące w pułapce rosnących do astronomicznych rozmiarów budżetów i długich lat oczekiwań na premiery, obawiają się, że jakiekolwiek skrócenie ich flagowych marek od razu zniechęci giełdowych akcjonariuszy. Efektem tych lęków jest regularne tworzenie potworków Frankensteina - gier, które na siłę próbują być wszystkim dla każdego, niszcząc oryginalną wizję twórczą bezsensownym grindingiem. Branża ślepo wpatruje się wyłącznie w arkusze kalkulacyjne i wskaźniki przewidywanego zysku, kompletnie ignorując fakt, że zmęczony i sfrustrowany rozwleczeniem gracz to ostatecznie ten sam klient, który przy następnej premierze po prostu zagłosuje portfelem gdzie indziej, stawiając na mniejsze studio.
Podsumowanie
Zmiana w preferencjach współczesnych graczy jest bezdyskusyjnym faktem, a nie tylko chwilowym, pokoleniowym kaprysem. Jako dojrzali konsumenci kultury, definitywnie przestaliśmy utożsamiać najwyższą jakość z niebotyczną liczbą godzin, jakich rzekomo potrzeba na dotarcie do napisów końcowych. Coraz wyraźniej i głośniej domagamy się elementarnego szacunku dla naszego czasu, w pełni świadomie wybierając skondensowane, niesamowicie bogate w treść i zróżnicowane doświadczenia rzędu 10-20 godzin, zamiast rozwleczonych, powtarzalnych i ostatecznie nużących molochów.
Niestety, korporacyjna machina tworzenia największych hitów jest instytucją niezwykle powolną i wciąż napędzaną przez archaiczne metryki, skupione niemal wyłącznie na maksymalizowaniu czasu spędzonego na serwerach za wszelką cenę. Dopóki najwięksi, światowi wydawcy nie zrozumieją w końcu, że w dzisiejszym, bezustannie przebodźcowanym świecie prawdziwym rarytasem nie jest wcale kolejny, nieskończony i pusty otwarty świat, lecz po prostu genialnie napisana, zwarta historia z emocjonującym zakończeniem, będą systematycznie tracić kontakt ze swoją najbardziej świadomą publicznością. Mniej, w dzisiejszym gamingu, coraz częściej znaczy po prostu więcej - i najwyższa pora, aby twardogłowi inwestorzy w końcu zdali sobie z tego sprawę.
Przeczytaj również
Komentarze (22)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych