Steam Machine to kolejny niewypał? Gaben nie ogarnia sprzętów stacjonarnych

Steam Machine to kolejny niewypał? Gaben nie ogarnia sprzętów stacjonarnych

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 22:00

Valve ma w branży status firmy, której wiele rzeczy uchodzi na sucho, bo przez lata dowoziła fajne rozwiązania i udaną konsolę przenośną. Steam jest centrum grania na PC, Steam Deck udowodnił, że handheld z Linuksem może stać się sprzętem masowym, a SteamOS z zabawki dla zapaleńców wyrósł na realną alternatywę dla Windowsa. Problem w tym, że gdy Valve próbuje wejść do salonu ze stacjonarnym sprzętem, historia zaczyna brzmieć dziwnie znajomo. 

Na papierze pomysł był prosty i nawet sensowny. Mały, elegancki komputer pod telewizor, gotowy do grania z kanapy, z dostępem do biblioteki Steam, SteamOS-em, obsługą pada i bez klasycznego pecetowego dłubania. Brzmi jak Steam Deck, tylko bez ekranu i baterii, jak brakujące ogniwo między konsolą, a pecetem. Brzmi jak coś, co mogłoby namieszać, gdyby tylko Valve trafiło z ceną, specyfikacją i przekazem. No właśnie... gdyby. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Największy problem Steam Machine zaczyna się od ceny, która była już przez firmę szeroko komentowana ale informacje nie napawają optymizmem. Astronomiczne 4389 zł za wersję 512 GB bez kontrolera i 4698 zł za zestaw z padem to poziom, przy którym cała narracja o „przystępnym komputerze do salonu” rozpada się niczym domek z kart. Szczególnie, że mówimy o modelu z malutkim, jak na 2026 rok, dyskiem 512 GB. W czasach, gdy pojedyncze duże gry potrafią zjeść ponad 130 GB, taka pojemność w sprzęcie za ponad cztery tysiące złotych wygląda po prostu biednie.

Kryzys, drożyzna, czynniki zewnętrzne

Steam Machine_1
resize icon

Valve oczywiście ma swoje wytłumaczenie. Kryzys pamięci, drogie komponenty, problemy z dostępnością, agresywne negocjacje z dostawcami, brak chęci dokładania do sprzętu jak w klasycznym modelu konsolowym. I jasne, można to zrozumieć z perspektywy biznesu. Tylko że konsument nie kupuje prezentacji dla inwestorów, tylko urządzenie. Jeśli sprzęt miał być tańszy, ale sytuacja z RAM-em i magazynami danych brutalnie zrewidowała oczekiwania, to trudno. Rynek bywa bezlitosny. Tyle że ta sytuacja działa w obie strony. Skoro Valve wystawia swój sprzęt w takiej cenie, to według mnie powinien bronić się tą ceną. 

A Steam Machine nie bardzo się broni. W środku zamontowano nowoczesny układ AMD Zen 4 z 6 rdzeniami i 12 wątkami, więc na tle starego Zen 2 z PS5 można powiedzieć, że jest lepiej i sensowniej (co pokazują pierwsze testy wydajności samego CPU). Tylko co z tego, skoro całość nie sprawia wrażenia sprzętu, który wyznacza jakikolwiek nowy standard? GPU na RDNA 3 z 28 jednostkami CU i 8 GB GDDR6 brzmi bardziej jak ostrożnie przycięty układ do kompaktowego peceta niż serce konsoli, która ma stać pod telewizorem i robić za główne urządzenie do grania przez następne lata. Jakikolwiek sensowny RT? Nie mówiąc już o PT? Na pewno nie na tym urządzeniu. Steam Machine to fajny PC do ogrywania starszych tytułów i nadrabiania zaległości, ale czy po to kupujemy sprzęt za blisko 5000 zł? (no bo po co nam Steam Machine bez kontrolera?). 

Tutaj dochodzimy do największego zgrzytu marketingowego. Steam Machine był wcześniej opisywany w kontekście grania w 4K/60 z użyciem FSR. Teraz komunikacja została wygładzona do znacznie bezpieczniejszego „do 4K”. Niby detal, a tak naprawdę przyznanie się do tego, co wiele osób podejrzewało od początku: to nie jest sprzęt do 4K/60 w nowoczesnych grach AAA. To jest sprzęt, który może wypluć obraz 4K, może skorzystać ze skalowania, może odpalić starsze lub lżejsze produkcje w wysokiej rozdzielczości, ale w wymagających tytułach będzie potrzebował kompromisów. Dużych kompromisów.

Steam Machine nie jest przyszłościowym sprzętem do grania w 4K

Steam Machine
resize icon

Najuczciwiej byłoby mówić o Steam Machine jako o urządzeniu do 1080p, czasem 1440p, z mocnym oparciem na FSR. I to samo w sobie nie byłoby jeszcze katastrofą, gdyby cena pasowała do tej klasy sprzętu. Ale nie pasuje. Za niemal 4700 zł z kontrolerem dostajemy pudełko, które w nowych grach będzie wymuszać zjeżdżanie z ustawieniami, kombinowanie ze skalowaniem i akceptowanie faktu, że „konsolowy komfort” kończy się tam, gdzie zaczyna się grzebanie w ustawieniach. To ma być sprzęt do salonu, a zaczyna pachnieć komputerem, przy którym i tak trzeba będzie co chwilę coś zmieniać i modyfikować. Na pewno dojdą dedykowane profile ustawień, jak w Steam Decku, ale to nie zadziała w każdej grze. Oczywiście, są obrońcy Steam Machine, którzy sugerują, że według statystyk, aż 70% graczy ma słabsze PC, więc dla nich zakup nowego sprzętu od Valve będzie ulepszeniem. 

Żeby było jasne - SteamOS jest tutaj największym argumentem na plus. Valve zrobiło kawał świetnej roboty, a Deck pokazał, że Linux w grach nie musi być już egzotyczną ciekawostką dla ludzi, którzy lubią spędzać sobotę w terminalu. Interfejs, integracja ze Steamem, Big Picture, Proton, wygoda obsługi z kanapy - to wszystko ma sens. To jest kierunek, który naprawdę może pchnąć granie na PC do przodu. Dla wielu z Was SteamOS stanowi ogromną przewagę nad Windowsem. 

Steam Machinę skierowany jest do... no właśnie, do kogo? Mimo to sprzedaje się znakomicie

Steam Machine_4
resize icon

Jest jeszcze nadzieja w FSR 4.1. Jeśli Valve faktycznie dogada się z AMD i dostarczy lepsze skalowanie, obraz może wyglądać znacznie lepiej, szczególnie w ruchu, a część gier może dostać drugie życie na tym sprzęcie. Tylko że FSR nie dopisze dodatkowych jednostek obliczeniowych. Nie zwiększy VRAM-u. Nie zmieni faktu, że 8 GB pamięci graficznej w 2026 roku przy ambicjach salonowego grania w wysokiej rozdzielczości wygląda skromnie. Skalowanie może poprawić odbiór, ale nie przykryje fundamentów. Najdziwniejsze jest jednak to, że trudno wskazać, dla kogo właściwie jest ten sprzęt. Pecetowiec za podobne pieniądze będzie patrzył na gotowe zestawy albo własny build i szybko zauważy, że może dostać lepszą wydajność (kupując RX 6600 XT albo RTX 5060). Konsolowiec zobaczy cenę i zapyta, dlaczego miałby dopłacać do urządzenia, które nie daje wygody użytkowania z PlayStation czy Xboxa, a jednocześnie nie gwarantuje lepszej jakości. Posiadacz Steam Decka doceni SteamOS, ale też zapyta, po co mu drogie pudełko do salonu, skoro największa magia Decka polegała na mobilności.

Valve próbowało już kiedyś romansu z maszynami Steam i tamten projekt rozbił się o brak jasnej tożsamości, chaos sprzętowy, ceny i niedojrzałość systemu. Teraz sytuacja jest inna, bo system faktycznie dojrzał, biblioteka działa znacznie lepiej, a Valve samo kontroluje sprzęt. Tyle że pojawił się nowy problem: produkt znowu wygląda jak pomysł z alternatywnej rzeczywistości. Takiej, w której pamięci nie podrożały, 512 GB nadal robi wrażenie, a marketing „4K/60” można przykleić do pudełka bez ryzyka, że internet natychmiast zapyta: „ale w czym konkretnie?”.

Dlatego mam z tym sprzętem potężny problem. Chciałbym się cieszyć, że Valve wpycha SteamOS na salony, bo to może być ważne dla całego PC gamingu. Chciałbym zobaczyć realną alternatywę dla konsol, która łączy wygodę z wolnością peceta. Chciałbym, żeby Steam Machine było takim Steam Deckiem pod telewizor - urządzeniem, które po prostu ma sens od pierwszego kontaktu. Ale w tej cenie, z taką specyfikacją i z tak nerwowo poprawianą komunikacją, trudno mówić o czymś więcej niż drogim eksperymencie.

Steam machine_6
resize icon

Faktycznie, to solidnie zaprojektowany, cichy, sympatyczny mini-PC z fantastycznym systemem ale zarazem produkt, którego prawie nikomu nie da się uczciwie polecić. Bo jeśli ktoś chce tanią konsolę - to nie tutaj. Jeśli ktoś chce mocnego peceta - też nie tutaj. Jeśli ktoś chce zagrać w 4K/60 w nowych grach - tym bardziej nie tutaj. Zostają entuzjaści Valve, fani Linuksa i ludzie, którzy lubią sprzęty dziwne, niszowe i uparte. Mimo to, jak pokazują statystyki, pierwszy nakład wyprzedał się natychmiast, a od jakiegoś czasu należy dopisać się do listy oczekujących i liczyć na cud. Pytanie zatem, czy nakład był tak mały, czy ludzie kupią wszystko, co ma znaczek Valve na pudełku. 

Co ciekawe, nawet najżyczliwsze głosy wokół Steam Machine pokazują, jak dziwnie pozycjonowany jest ten sprzęt. Na Reddicie część graczy nie mówi już o nim jak o rywalu dla PlayStation czy Xboksa, tylko jak o małym domowym centrum Steama: pudełku do lokalnego co-opa, starszych gier, biblioteki indie, multimediów, zdalnego pulpitu albo nawet prostych projektów game-devowych. I jasne, to ma swój urok. Tyle że brzmi to bardziej jak instrukcja usprawiedliwiania zakupu przez największych fanów Valve niż argument dla masowego odbiorcy. Jeśli trzeba tłumaczyć sprzęt za prawie 4700 zł tym, że może być „wehikułem czasu” dla biblioteki gier i serwerem multimedialnym pod telewizorem, to coś w tej ofercie mocno się rozjechało.

Widzę, że u nas w komentarzach przewijają się jednak teksty, że cena jest czynnikiem decydującym. Nie odrzucacie samej idei SteamOS-a pod telewizorem - wręcz przeciwnie, wielu z Was chciałoby takiego urządzenia. Problem w tym, że Steam Machine w tej formie nie jest spełnieniem tego marzenia, tylko jego drogą wersją demonstracyjną. Valve może więc wygrać pierwsze kilka dni sprzedaży, ale przegrać dużo ważniejszą bitwę: przekonania normalnego gracza, że za ponad cztery i pół tysiąca złotych naprawdę warto kupić właśnie to pudełko.

Źródło: Opracowanie własne
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper