350 zł za grę. Czy to jest normalne?

350 zł za grę. Czy to jest normalne?

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 15:00

Kiedyś premiera wyczekiwanej gry była prawdziwym świętem, na które odkładaliśmy z uśmiechem na twarzy, wiedząc, że otrzymamy kompletny, dopracowany produkt. Dziś, widząc cenę nowej produkcji w cyfrowym sklepie, coraz częściej czujemy ukłucie w żołądku. Standardowe 350 złotych za podstawową wersję gry na konsole obecnej generacji stało się brutalną normą, a przecież to bardzo często zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Koszty naszego ulubionego hobby rosną w zastraszającym tempie, obejmując nie tylko same tytuły, ale i stale drożejące subskrypcje, przepustki sezonowe oraz sprzęt, którego ceny potrafią przyprawić o zawrót głowy. W branży, która od lat przyzwyczajała nas do ciągłego wzrostu przychodów i bicia kolejnych rekordów sprzedaży, pojawia się jednak nowe, coraz głośniejsze zjawisko. Gracze, zmęczeni agresywną monetyzacją, niedopracowanymi premierami i rosnącą barierą wejścia, zaczynają głosować portfelami. Czy dotarliśmy do ściany, a cyfrowa rozrywka staje się dobrem luksusowym, na które wielu z nas po prostu przestaje się godzić?

Dalsza część tekstu pod wideo

Call of Duty: Modern Warfare 3 - uśmiech
resize icon

Iluzja pełnej gry i pułapka nieskończonej monetyzacji

Wydawcy gier wideo od dawna tłumaczyli podwyżki cen rosnącymi kosztami produkcji. Stworzenie gry z segmentu AAA z fotorealistyczną grafiką, zatrudnieniem hollywoodzkich aktorów i ogromnymi kampaniami marketingowymi, to dziś wydatek rzędu kilkuset milionów dolarów. Problem polega na tym, że gracz, uiszczając przy kasie - lub częściej w wirtualnym koszyku - kwotę rzędu 350 złotych, rzadko otrzymuje kompletne doświadczenie.

Model biznesowy największych korporacji ewoluował w stronę tworzenia „usług”, a nie zamkniętych dzieł. Standardem stały się edycje „Deluxe” i „Ultimate”, w których za dostęp do wczesnej premiery, dodatkowych skórek postaci czy obietnicę przyszłych dodatków fabularnych trzeba zapłacić nierzadko ponad 500 złotych. Co gorsza, nawet w produkcjach przeznaczonych wyłącznie dla jednego gracza implementowane są systemy mikropłatności, które do niedawna kojarzyły się wyłącznie z darmowymi tytułami na smartfony. Sytuację pogarsza fakt, że wyższa cena wcale nie gwarantuje wyższej jakości.

Ostatnie lata to festiwal gier wypuszczanych na rynek w opłakanym stanie technicznym. Produkcje pełne błędów, z tragiczną optymalizacją i niedziałającymi serwerami, naprawiane są miesiącami za pomocą potężnych łatek. Gracz płacący pełną cenę w dniu premiery staje się de facto darmowym beta-testerem, co potęguje frustrację i rodzi naturalne pytanie - za co właściwie płacimy tak ogromne pieniądze?

PS Plus vs. Xbox Game Pass
resize icon

To dusi nasze portfele

Sama gra to jednak tylko jeden z elementów składowych nowoczesnego gamingu. Kolejnym ogromnym ciosem dla budżetów graczy są rosnące koszty utrzymania całego ekosystemu wokół konsol i PC. Złota era taniego grania w ramach abonamentów powoli dobiega końca. Usługi takie jak Xbox Game Pass czy PlayStation Plus, które jeszcze niedawno kusiły niezwykle atrakcyjnym stosunkiem ceny do zawartości, regularnie podnoszą swoje miesięczne i roczne taryfy.

Wprowadzanie nowych, droższych progów abonamentowych, które ukrywają najbardziej pożądane funkcje (takie jak gry retro, wczesny dostęp czy ekskluzywne dema), sprawia, że roczny koszt bycia „aktywnym” graczem drastycznie rośnie. Do tego dochodzi kwestia sprzętu. Strategia biznesowa gigantów branży, opierająca się na wypuszczaniu ulepszonych wersji konsol, testuje cierpliwość i zasobność naszych portfeli.

Kiedy ceny urządzeń, takich jak PS5 Pro czy gogle do wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, przekraczają granice wyznaczone wcześniej przez standardowe cykle konsolowe, gaming przestaje być rozrywką dla mas. Staje się ekskluzywnym klubem. Karta graficzna z wyższej półki czy nowy model telewizora niezbędny, aby w pełni wykorzystać potencjał najnowszych gier, to kolejne tysiące złotych. W zderzeniu z ogólnoświatową inflacją i rosnącymi kosztami życia, rozrywka ta staje się pierwszym wydatkiem, który gracze decydują się zredukować.

Suicide Squad: Kill the Justice League - zdziwiiona ekipa
resize icon

Nie gry AAA. Teraz rządzą tytuły niezależne

Odpowiedź graczy na ten stan rzeczy staje się coraz bardziej stanowcza. Gracze mówią „dość”, a robią to w jednym języku, który rozumieją korporacje - zamykając swoje portfele. Zjawisko „cierpliwego gracza” (ang. patient gamer) rośnie w siłę. Zamiast rzucać się na premiery za pełną kwotę, miliony osób decydują się przeczekać kilka miesięcy. Wiedzą, że gra nie tylko doczeka się ogromnych obniżek rzędu 40-50%, ale w tym czasie zostanie również załatana i uzupełniona o brakującą zawartość.

Gigantyczne rynkowe porażki wysokobudżetowych gier-usług, które miały generować zyski przez lata (jak na przykład Suicide Squad: Kill the Justice League), dobitnie pokazują, że gracze potrafią odrzucić produkt cynicznie zaprojektowany na wyciąganie pieniędzy. Równocześnie obserwujemy niesamowity renesans rynku gier niezależnych (indie) oraz produkcji z segmentu AA. Gry wycenione o połowę taniej, oferujące innowacyjne mechaniki, pasję twórców i brak ukrytych opłat, biją rekordy popularności.

Tytuły, które stawiają na czystą grywalność, udowadniają, że na stworzenie gry nie potrzeba budżetu na poziomie blockbustera. To potężny sygnał ostrzegawczy dla największych na rynku - np. Sony, Microsoft i Nintendo. Gracze wciąż chcą wydawać pieniądze na gry, ale wymagają nie tylko szacunku do swojego czasu, ale i portfela.

Pieniądze
resize icon

Podsumowanie

Branża gier wideo znalazła się w kluczowym punkcie zwrotnym. Przez ostatnie lata model biznesowy gigantów przypominał pompowanie balonu do granic możliwości. Byliśmy świadkami nieustannego przesuwania granicy tego, ile gracz jest w stanie zapłacić za dostęp do cyfrowej rozrywki. Dziś jednak wyraźnie widać, że ta granica została osiągnięta.

Z jednej strony mamy absurdalnie drogie premiery gier naszpikowanych mikropłatnościami i pnące się w górę ceny subskrypcji oraz sprzętu. Z drugiej zaś coraz bardziej świadomą, zmęczoną społeczność graczy, która odrzuca niedopracowane produkty i ucieka w stronę tańszych, bardziej uczciwych alternatyw z sektora niezależnego. Jeśli wydawcy nie zweryfikują swoich strategii i nie zrozumieją, że cierpliwość i budżet graczy nie są z gumy, w nadchodzących latach możemy być świadkami bolesnego pęknięcia tej bańki. Gaming to wspaniała pasja, ale gdy staje się finansowym brzemieniem, coraz więcej osób po prostu odkłada kontroler.

Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper