Pamiętacie Motomyszy z Marsa?
Wszystko przez te cholerne żółwie, i całe szczęście, bo w odpowiedzi na hegemonię Wojowniczych Żółwi Ninja na globalną scenę wjechały trzy antropomorficzne myszy w rękawicach, z laserowymi pistoletami i zyskały niemałą sławę w latach 1993-1996. W Polsce znaliśmy je jako "Motomyszy z Marsa" emitowane na stacji Polsat i kradły nasze popołudnia w latach 90., zanim elektorat przejęły takie franczyzy jak Dragon Ball czy Pokemony. Współczesne popkultura niemal zapomniała o Vinnie'm, Throthle'u i Modo, trójce głównych bohaterów wspierających ziemską rebelię w walce z kosmicznymi najeźdźcami, lecz ich pojawienie się jest przykładem, że warto tworzyć konkurencję, nawet jeśli nie jest ona w stanie przejechać więcej niż początkowo zakładano.
W latach 90. amerykańskie dzieciaki chciały być bohaterami takich seriali animowanych jak Street Sharks, SWAT Kats czy Wojownicze Żółwie Ninja (w którego żółwia Wy bawiliście się z przyjaciółmi?). W 1993 roku stacje telewizyjne emitują pierwsze epizody Motomyszy z Marsa, z rockowym intro, w którym trzy myszy robią demolkę na wypasionych motocyklach. Modo, Throttle i Vinnie - każdy z wyjątkową osobowością walczyli z rasą Plutarianów, kosmitów przypominających ryby, pałających żądzą podbijania innych planet. Bohaterowie byli zmuszenie uciec z planety Mars okupowanej przez kosmicznych złoczyńców i odnaleźli schronienie pośród ziemskiej cywilizacji. Jedną z ludzkich postaci występujących w serialu okazała się Charley (Charleye Davidson, nazwisko nieprzypadkowe, jeśli wziąć pod uwage markę Harley-Davidson i fakt poruszania się tytułowych Motomyszy odpicowanymi jednośladami).
Za powstanie serii odpowiada Rick Ungar, współcześnie kojarzony jako człowiek o bogatej, politycznej karierze, na przełomie lat 80/90 zarządzał Marvel Productions, był również pisarzem, tworzył scenariusze. Po sukcesie Wojowniczych Żółwi Ninja zarządcy Marvela zapragnęli własnej paczki bohaterów przypominających ludzi, którzy zdobędą ogromną popularność w komiksach i telewizji. Ungar odpowiedział na to wezwanie tworząc Motomyszy z Marsa i jak się później okaże, pomysł na serial wyszedł nie z inspiracji konkurencją, lecz z pewnej sytuacji, której doświadczył twórca. "Wraz z żoną wybraliśmy się na wycieczkę, podczas której ujrzeliśmy grupę ponad dwudziestu harley'owców gnających przed siebie. Widziałem, jaką radość im to sprawiało" - zdradził w rozmowie z Los Angeles Times. Cóż, od tego wszystko się zaczęło, Ungar włączył swój silnik w mózgu odpowiedzialny za kreatywność. Czasem tego właśnie potrzeba, tego brakującego bodźca do działania. To bardzo często cecha ludzi kreatywnych, nierzadko wpadających w pułapkę myśli. Ungar miał już gotowy koncept, w końcu czemu nie narysować trzech myszy ma motorach?
Spalić gumy

Wystarczy obejrzeć kilka pierwszych odcinków serialu, aby pojąć, jak swobodnie przebiegała produkcja, w czym pomogło stanowisko Rick Ungara. Był jednym z szefów Marvela, mógł pozwolić autorom na więcej, sam zresztą tworzył to uniwersum. Drugim ważnym człowiekiem w historii tego serialu był animator, Tom Tataranowicz, który reżyserował kolejne epizody i przy tym świetnie się bawił. Motomyszy z Marsa zawierały obowiązkowe sceny z motocyklami, paloną gumą, laserami i ratowaniem pięknej kobiety z opresji. Miały w sobie ten super bohaterski patos, lecz stawiały na wyjątkowość, bo ich bohaterowie przypominali zachowaniem wyjętych spod prawa motocyklistów, a de facto ratowali Ziemię przed najeźdźcami. Jak wspominał po latach Ungar, serial stanowił dzieło wielu skutecznych improwizacji, czego przykładem była gra aktorska Rob Paulsena, aktor miał bzika na punkcie dorzucania nowych kwestii i sam Ungar przez moment rozważał, czy nie przekazać mu reżyserskich wodzy. Właśnie z takiej burzy pomysłów wyłaniają się kultowe marki, nawet jeśli przespały dwie ostatnie dekady. Postać Throttle'a to właściwie Ungar, który wzorował jego charakter na własnym.
Motomyszy z Marsa to jeden z niewielu seriali animowanych, w którym większość postaci oparto na ludzkich odpowiednikach. Trudno w nim wynaleźć mocno sztampowe motywy, ma mnóstwo odniesień do amerykańskiej popkultury i nie przypadkiem uczyniono Chicago głównym miejscem akcji. Premiera serialu błyskawicznie wywołała lawinę komentarzy o kolejnym "rip-offie" Wojowniczych Żółwi Ninja. W końcu widzowie otrzymali kolejną drużynę antropomorficznych herosów mierzących się z przeważającymi siłami zła. Rick Ungar wskazał jednak istotną różnicę w wywiadzie udzielonym redakcji Los Angeles Times w 1994 roku. Wskazał, że twórcy "Motomysz z Marsa" mogli żonglować humorem, bo serial był skierowany do wszystkich widzów, nie tylko najmłodszych. W pierwszym roku serial wyemitowana w ponad 50 krajach z sukcesywną oglądalnością. Twórca podzielił się również swoją inspiracją naczelnym złym serii, Lawrence'em Limburgerem, który przewodził korporacji Limburger Corp. i w oczach autora stanowił "amalgamat Trumpa i Reageana" - oczywiście nosił on jedynie ludzką maską, pod spodem okazywał się Plutarianem.
Myszy jadą dalej

Prawa do marki przez dłuższy czas należały do koncernu Myszki Miki, wielu użytkowników pamiętających serial spodziewało się, że wszystkie klasyczne 65 epizodów trafi do usługi Disney+, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Powodem mogła być zbyt dorosła treść serialu jak na serialu jak na platformę kojarzoną głównie z bajek i filmów dla młodszych odbiorców. Sam Ungar wydawał się zdziwiony. W 2006 roku marka zaliczyła reboot, lecz nie przyjął się on tak jak oryginalne odcinki, swoich sił próbowali również twórcy gier (koszmarnie przyjęte Biker Mice from Mars na PlayStation 2 oraz Nintendo DS). Aktualnie prawa do serii poszły w ręce Nacelle i planowany jest kolejny reboot serialu, nad którego rozwojem czuwa znany aktor, Ryan Reynolds, prywatnie zapalony motocyklista. Motomyszy z Marsa, choć jeździły krótko w telewizji, pozostawiły po sobie trwałe ślady i mam nadzieję, że powrócą lepsze niż kiedykolwiek wcześniej. Oglądaliście wszystkie epizody?
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych