Człowiek do zadań specjalnych. To jeden z najciekawszych thrillerów ery VHS

Człowiek do zadań specjalnych. To jeden z najciekawszych thrillerów ery VHS

Dawid Ilnicki | Wczoraj, 12:00

Filmowe thrillery przyzwyczaiły widzów do określonego zestawu bohaterów: agent służb specjalnych, zdeterminowany policjant albo -dla odmiany - zwykły człowiek, przypadkowo wplątany w niebezpieczną intrygę. Scenarzyści filmu “F/X” z 1986 roku, który właśnie trafił do oferty Amazon Prime, postawili na figurę znacznie bardziej przewrotną. Specjalistę od efektów specjalnych, który nagle musi wykorzystać swoje zawodowe sztuczki w realnym świecie. Ten nieoczywisty wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i zapewnił filmowi sporą popularność. Sukces byłby pewnie jeszcze większy, gdyby nie jeden fatalny błąd…

Jak na tak nietypowy film przystało autorzy skryptu do “F/X” również nie byli zawodowymi scenarzystami. Zmarły przed czterema latami Gregory Fleeman w latach 80. starał się, właściwie bez powodzenia, rozkręcić swą karierę aktorską. Z kolei jego partner Robert T. Megginson znany był przede wszystkim jako operator obrazów dokumentalnych. Obaj w pierwszej połowie lat 80. wpadli na ciekawy pomysł ożywienia formuły typowego thrillera, stawiając w jego centrum bardzo nietypowego bohatera. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Okazał się nim specjalista od efektów specjalnych, nagle wplątujący się w wielką aferę kryminalną, w którą zaangażowani są ludzie znajdujący się na najwyższych szczeblach państwowych agencji. Ostatecznie rozprawiający się z nimi bynajmniej nie za pomocą mięśni, ale sprytu i umiejętności nabytych podczas prac na wielu planach filmowych. Fleeman i Megginson początkowo nie mieli pewności, że zdołają sprzedać swój pomysł producentom, ale i tak postanowili ukończyć tekst, z myślą o tym, że może on stanowić podstawę taniego telewizyjnego filmu.

Szczęśliwie duet scenarzystów-amatorów spotkał na swej drodze Jacka Wienera, który przeczytał ów skrypt i mocno przypadł mu on do gustu. Producent bardzo szybko zobaczył w nim materiał wcale nie na tani obraz telewizyjny, ale na regularną produkcję kinową, która może się spotkać z zainteresowaniem szerokiej publiczności. Szybko zaangażował w ten projekt Dodiego Fayeda (który prasie brukowej kolejnej dekady znany będzie głównie za sprawą swego związku z księżną Dianą) i obaj szybko dokonali wyboru na stanowisku reżysera.

Robert Mandel nie miał wtedy dużego dorobku jako twórca filmowy; wcześniej był znany przede wszystkim z reżyserowania przedstawień na Broadwayu, za to miał opinię człowieka bardzo dobrze współpracującego z aktorami. Wiener i Fayed od razu zadecydowali, że nie chcą zatrudniać twórcy kojarzonego z kinem akcji, ale w zamian poszukać kogoś kto zapewni filmowi realistyczny ton i sprawi, że widzowie naprawdę zaangażują się w śledzenie losów bohatera. Oznaczało to również, że kluczowy dla powodzenia projektu będzie odpowiedni dobór aktorów do głównych ról.

Prawda to czy fałsz?

FX
resize icon

Fabuła skoncentrowana wokół postaci specjalisty od efektów specjalnych, do którego zwracają się funkcjonariusze państwowych służb, chcąc by ten pomógł im w zaaranżowaniu fikcyjnego zabójstwa, mogła się wydawać kompletną fikcją, ale tak naprawdę wcale nie była aż tak daleka od prawdy. Świadczą o tym choćby wspomnienia wielkiego specjalisty właśnie od tej części filmowej rozrywki, pracującego zresztą również na planie “F/X”, Johna Stearsa, zdobywcy Oscara za pracę przy “Operacji Piorun”. W jednym z wywiadów wyjawił on, że agenci służb wcześniej zwrócili się do niego z bardzo podobnym problemem. Fleeman i Megginson oparli więc swój skrypt nie tylko na niezwykle atrakcyjnym wątku, ale również na swoistej branżowej plotce. Stającej się podstawą dynamicznego widowiska, które — paradoksalnie — wymagało od twórców niemal równie skomplikowanej inżynierii jak filmowe sztuczki głównego bohatera.

Sam Robert Mandel dobrze wiedział, że praca nad tak skomplikowaną, bo niezwykle oryginalną produkcją jak “F/X”, łączącą w sobie wiele przeróżnych tropów, a nawet gatunków, to dla niego ogromne wyzwanie. Postanowił więc solidnie się do niego przygotować. Jako twórca o niewielkim doświadczeniu, nie mający pojęcia o realizacji scen akcji, przez długie miesiące studiował takie dzieła jak “Bullitt” Petera Yatesa i “Francuskiego łącznika” Williama Friedkina, by jak najlepiej przygotować się do powierzonego mu zadania. O tym jak pojętnym uczniem się okazał świadczy niezwykle udana sekwencja samochodowego pościgu za bohaterami, uwzględniająca przecież rzucane przed policyjne radiowozy przeszkody, która wypadła w filmie bardzo dobrze. Realizowano ją zresztą w Nowym Jorku, w trudnych warunkach, bo ekipa miała wtedy bardzo ograniczony czas na zamykanie ulic, więc wiele z ujęć kręcono w pośpiechu, czasem przy udziale prawdziwych przechodniów, którzy nie wiedzieli, że znaleźli się w kadrze.

Wybór duetu aktorskiego do tak nietypowego filmu nastęczał sporo trudności, ale ostatecznie dokonano go niezwykle sprawnie. Początkowo producenci celowali naprawdę wysoko — w kuluarach przewijał się nawet duet Mel Gibson – Harrison Ford. To o tyle ciekawe, że pierwszy z aktorów dopiero w 1987 roku zasłynie rolę Martina Riggsa w pierwszej odsłonie niezwykle popularnej serii Richarda Donnera “Zabójcza broń”. Szybko jednak uznano, że obecność wielkich gwiazd mogłaby zburzyć wiarygodność historii. Zamiast głośnych nazwisk postawiono na aktorów znacznie mniej opatrzonych. Bryan Brown wówczas kojarzony był przede wszystkim z popularnych produkcji telewizyjnych, takich jak "Miasteczko jak Alice Springs" oraz "Ptaki ciernistych krzewów". W oczach producentów Australijczyk idealnie ucieleśniał „zwykłego faceta”, który nagle zostaje wciągnięty w tryby wielkiej intrygi — i właśnie ta zwyczajność okazała się kluczem do sukcesu.

W roli tropiącego bohatera porucznika Leo McCarthy’ego wystąpił Brian Dennehy — jeden z najbardziej charakterystycznych aktorów kina lat 80. Artysta, który z równą swobodą odnajdywał się w twardym kinie policyjnym, jak i w komediach, w “F/X” połączył oba te rejestry. Jego McCarthy to z jednej strony zdeterminowany, doświadczony detektyw, z drugiej — postać obdarzona wyczuwalnym, naturalnym komizmem, który rozładowuje napięcie bez podważania wiarygodności historii. Warto też przypomnieć, że film okazał się początkiem ekranowych dróg kilku przyszłych rozpoznawalnych nazwisk. Jedną z pierwszych ról zagrała tu dwukrotnie nominowana do Oscara Angela Bassett. Na ekranie pojawił się również Joe Pentangeli — były nowojorski policjant, który właśnie od tego tytułu rozpoczął ponad dwudziestoletnią przygodę z kinem, wcielając się najczęściej w funkcjonariuszy w rolach drugoplanowych.

Co to za tytuł?!

FX
resize icon

Im bliżej było do ukończenia okresu zdjęciowego tym mocniejsze wydawało się przekonanie producentów o tym, że trzymają w garści nieoczywisty potencjalny hit kinowy. Budżet obrazu zamknął się ostatecznie w granicach 10 milionów dolarów, co uznano za kwotę niską, biorąc pod uwagę to, że mieliśmy tu do czynienia z porywającym widowiskiem akcji, w którym istotną rolę pełniły praktyczne efekty specjalne. Niestety okres promocji naznaczony został dwoma problemami, które ostatecznie wpłynęły na gorszą niż się spodziewano popularność tej produkcji.

Pierwszym okazał się limitowany udział obu głównych aktorów w jego promocji. Tuż przed premierą “F/X” Brian Brown przebywał akurat w Chinach, gdzie realizowano kosztujący aż 25 milionów dolarów film “Tai-Pan”. Podobnie jak choćby głośny “Shogun” oparty na twórczości Jamesa Clavella. Australijski aktor nie mógł więc uczestniczyć w akcjach promujących film Mandela na rynku amerykańskim. Z kolei Brian Dennehy co prawda był na miejscu, ale uznano, że był tak wyczerpany uciążliwymi trasami reklamującymi jego poprzednie produkcje: “Kokon” i “Dwa razy w życiu”, że nie mógł się w pełni zaangażować w kolejny wielki tour.

Dużo poważniejszym problemem okazał się jednak tytuł filmu. “Nikt nie rozumiał, co tak naprawdę oznacza “F/X”wyznał w jednym z późniejszych wywiadów Charles O. Glenn, wysoko postawiony pracownik Orion Pictures, które ostatecznie sfinansowało i dystrybuowało obraz Mandela. „Musieliśmy zaakceptować tytuł, ponieważ producentom bardzo na nim zależało. Uważali, że połączenie dwóch liter będzie prowokujące, jak „M*A*S*H””. Do błędu w uporczywym trzymaniu się go przyznał się później sam Jack Wiener, który w końcu pojął, że jest on kompletnie niezrozumiały dla widowni i kojarzy się z tanim kinem science fiction. W późniejszym okresie próbowano promować widowisko także za sprawą podtytułu “Murder by Illusion”. Ten jednak ostatecznie również się nie przyjął.

Mający swą oficjalną premierę w lutym 1986 obraz od początku spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków, ale zdołał ledwie podwoić kwotę budżetu, co uznano za porażkę. Szczęśliwie poradził sobie wręcz znakomicie w drugim obiegu, zyskując ogromną popularność. Wśród amatorów filmów oglądanych na kasetach video bardzo szybko zaczęła bowiem krążyć opinia o tym, że mamy tu do czynienia z jednym z najoryginalniejszych filmów akcji ostatnich lat, czemu wtórowali również krytycy filmowi, chwalący zarówno role głównych aktorów, jak i sposób w jaki zrealizowano tu dynamiczne sceny.

Duża popularność filmu na kasetach VHS sprawiła, że już pięć lat później zrealizowano kontynuację filmu, w której co ciekawe znów nie zrezygnowano z oryginalnego tytułu, okraszając go podtytułem: “The Deadly Art of Illusion”. Niemal dwukrotnie większy budżet nie przełożył się jednak na zwiększone wpływy z box office. Obraz zarobił niewiele ponad 21 milionów dolarów, ale znów poradził sobie dobrze w drugim obiegu, co zadecydowało o powstaniu telewizyjnego spin-offu w postaci serialu, w którym jednak duet Brian Brown - Brian Dennehy zastąpili Cameron Daddo i Kevin Dobson. Co ciekawe jedną z głównych ról zagrała w nim Carrie Ann-Moss.

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper