Nie wiem, ile razy ukończyłem tę grę, ale... Zaraz zrobię to ponownie!
Niektóre gry przechodzi się raz, odkłada na półkę i wspomina z sentymentem. Inne wracają regularnie, jak ulubiona płyta, do której zawsze można wrócić bez obaw, że przestanie działać. I właśnie te drugie mają w sobie coś wyjątkowego - coś, co sprawia, że kolejne podejście nie jest obowiązkiem, tylko czystą przyjemnością.
Przecież na pewno masz - Drogi Czytelniku - takie tytuły, które znasz na pamięć. Wiesz, gdzie czeka pierwszy trudniejszy pojedynek, które momenty potrafią zaskoczyć i jaką drużynę zbudujesz tym razem. A mimo to wciąż masz ochotę przejść je jeszcze raz. I dokładnie z takim planem siadam ponownie do jednej z moich absolutnie klasycznych pozycji!
Czy już wszystkie maaaasz?
Pokemon FireRed i LeafGreen - bo o nich mowa - to odświeżone wersje pierwszej generacji, pierwotnie znanej z Red i Blue. Remaki z GBA dostały troszkę miłości - przebudowano grafikę, interfejs i mechaniki tak, by dostosować je do standardów trzeciej generacji. Region Kanto dostał drugie życie, ale zachował swój klasyczny układ miast, tras i siłowni.
Trzon rozgrywki również pozostał ten sam: podróż przez osiem odznak, starcie z Ligą Pokemon i konfrontacja z Team Rocket. Pojawiły się jednak usprawnienia znane z nowszych odsłon, jak rozbudowane statystyki, system natur czy bardziej przejrzyste menu. To sprawiło, że klasyczna przygoda stała się wygodniejsza, nie tracąc swojego charakteru.
Dużym dodatkiem były Wyspy Sevii - zupełnie nowe lokacje dostępne po głównej kampanii. To tam twórcy rozwinęli zawartość endgame’u i umożliwili zdobycie Pokémonów spoza pierwotnej setki z Kanto. Ten element sprawił, że FireRed i LeafGreen nie były tylko nostalgicznym powrotem, ale pełnoprawną, rozbudowaną wersją znanej historii.
Ważne było też to, że te wersje stały się dla wielu graczy definitywnym wydaniem pierwszej generacji. Lepsza oprawa, płynniejsza rozgrywka i kompatybilność z innymi grami trzeciej generacji sprawiły, że właśnie do nich najczęściej się wracało. To klasyka w nowej, ale wciąż wiernej formie.
Jeszcze jeden i jeszcze raz…
Teraz, gdy gra trafia do oficjalnej dystrybucji na Switchu, trudno przejść obok tego obojętnie. Możliwość zagrania bez kombinowania ze starym sprzętem czy emulatorami robi różnicę. Wygoda dostępu potrafi być impulsem silniejszym niż największa nostalgia.
Powrót w takiej formie sprawia, że znów mam ochotę zbudować drużynę od zera. Wybrać startera, przejść przez Viridian Forest, zmierzyć się z Brockiem i Misty, a potem krok po kroku odhacza salki w drodze do Ligi. To znajoma trasa, ale za każdym razem smakuje trochę inaczej, bo nigdy nie wiadomo, jaki Poks wyskoczy z zarośli.
Dlatego wrócę do niej po raz kolejny. Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że mogę - wygodnie, oficjalnie i bez kompromisów. A jeśli jakaś gra wytrzymuje próbę tylu lat i wciąż potrafi wywołać uśmiech przy wyborze startera, to chyba najlepszy dowód jej siły. I pewnie znów zostawię tu kilkadziesiąt godzin, nawet nie wiedząc, kiedy zniknęły…
Podsumowanie
FireRed i LeafGreen to przykład remake'u, który nie próbuje na siłę zmieniać historii, tylko ją porządkuje i dopracowuje. Rdzeń przygody pozostaje ten sam, ale forma sprawia, że całość wciąż działa. Powrót do Kanto to po prostu solidna, dobrze zaprojektowana gra, która broni się mechaniką. I pewnie w wersji na Switcha (która nie będzie się różniła) poczujemy to samo ukłucie przyjemności co przed laty.
Dlatego możliwość zagrania w nią ponownie, tym razem w oficjalnej dystrybucji i na współczesnym sprzęcie, to czysta przyjemność. I pretekst, by jeszcze raz przejść znaną trasę, spróbować innej drużyny i znów poczuć ten moment, gdy wchodzisz do Ligi z przekonaniem, że tym razem zrobisz to lepiej. Ja zrobię to ponownie, choć trudno zliczyć, który już raz przejdę tymi samymi, wydeptanymi ścieżkami na doskonale znanej mapie.
Przeczytaj również
Komentarze (6)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych