Prawie dwa lata ze Steam Deckiem. Mam konkretne wnioski!

Prawie dwa lata ze Steam Deckiem. Mam konkretne wnioski!

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30

Minęły prawie dwa lata, odkąd po raz pierwszy wziąłem Steam Decka do ręki i szczerze - choć to wyświechtane - pomyślałem, że: „to może naprawdę zmienić sposób, w jaki gram”. Od tamtej pory sprzęt zdążył mi towarzyszyć w podróżach, w krótkich sesjach wieczorem i w dłuższych maratonach z tytułami, do których wcześniej nie miałem czasu usiąść przy biurku.

Po takim okresie trudno już mówić o pierwszym wrażeniu. Zostają konkrety - bateria, wydajność, wygoda, kompatybilność, realne zastosowanie w codziennym graniu. I właśnie po niemal dwóch latach użytkowania mam kilka jasnych wniosków, które wykraczają poza początkowy zachwyt nową zabawką.

Dalsza część tekstu pod wideo

Valve? Dobra robota! 

Steam Deck od początku był czymś więcej niż „konsolą przenośną do gier z PC”. To w gruncie rzeczy pełnoprawny komputer zamknięty w formie handhelda, z dostępem do całej biblioteki Steam i ogromnej liczby tytułów spoza niej. Valve postawiło na otwartość, elastyczność i wygodny interfejs, który sprawia, że granie z kanapy czy łóżka przestaje być kompromisem.

Model OLED, z którego korzystam, wniósł kilka kluczowych usprawnień. Ekran jest wyraźniejszy, kolory głębsze, a czerń faktycznie czarna. Do tego poprawiona bateria i nieco lżejsza konstrukcja sprawiają, że całość jest bardziej dopracowana niż pierwotna wersja. To nie rewolucja, ale bardzo konkretna ewolucja.

Sprzęt radzi sobie zaskakująco dobrze z wieloma produkcjami, nawet tymi większymi. Oczywiście nie każda gra działa w maksymalnych ustawieniach, ale możliwość dopasowania wydajności do własnych preferencji jest ogromnym plusem. Tryb uśpienia, szybkie wznawianie i intuicyjna nawigacja sprawiają, że korzystanie z urządzenia jest po prostu wygodne.

Dużą rolę odgrywa też społeczność i wsparcie. System regularnie otrzymuje aktualizacje, a kompatybilność z grami jest jasno oznaczona. Dzięki temu łatwo sprawdzić, co zadziała bez kombinowania. To sprzęt, który dojrzewał razem z oprogramowaniem i dziś widać, że stoi za nim przemyślana wizja.

Dwa lata później 

Przez te dwa lata odkryłem dzięki niemu mnóstwo gier, po które wcześniej bym nie sięgnął. Tytuły z backlogu, mniejsze produkcje indie, gry idealne na godzinę czy dwie - wszystko to nagle stało się bardziej dostępne. Zamiast odkładać je na „kiedyś”, po prostu je odpalałem.

Wcześniej wiele krótszych sesji w ogóle by się nie wydarzyło. Siadanie do PC wiązało się z konkretną decyzją i dłuższym czasem. Steam Deck zmienił to podejście. Kilkadziesiąt minut wieczorem, szybki wypad na jedną misję czy kilka walk - takie momenty zaczęły się sumować w realny postęp.

Obawy o baterię szybko przestały mieć znaczenie. W praktyce dostosowanie jasności, limitów FPS czy profilu zasilania wystarczało, by grać komfortowo. Nigdy nie miałem poczucia, że sprzęt mnie ograniczał. Raczej odwrotnie - dawał więcej elastyczności niż się spodziewałem. No, raz bateria dała mi się we znaki podczas dłuższego lotu samolotem… 

W podróży stał się niemal obowiązkowym elementem plecaka. Samolot, pociąg, hotelowy pokój - wszędzie tam sprawdzał się bez kombinowania. Zamiast przewijać telefon, mogłem wrócić do konkretnej gry i wykorzystać czas, który wcześniej po prostu by przepadł. I właśnie dlatego po prawie dwóch latach trudno mi wyobrazić sobie granie bez niego.

Konkluzja

Po niemal dwóch latach Steam Deck nie jest już dla mnie ciekawostką ani eksperymentem. Stał się naturalnym uzupełnieniem grania, czymś, co wypełnia luki między większymi sesjami przy biurku. To sprzęt, który nie zastąpi mocnego PC, ale w wielu sytuacjach okazuje się wygodniejszy i po prostu bardziej praktyczny.

Największa zmiana nie dotyczy nawet parametrów czy ekranu OLED, ale sposobu, w jaki gram. Więcej krótszych sesji, więcej odkrytych tytułów, mniej odkładania „na później”. Jeśli urządzenie potrafi realnie zmienić nawyki i sprawić, że backlog zaczyna topnieć, to trudno o lepszą rekomendację. Słowem - dwa lata później również polecam. 

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper