Te produkcje Marvela naprawdę zasługują na waszą uwagę. Mają konkretny wspólny mianownik
Marvel wciąż potrafi. I jako wydawnictwo, i jako studio filmowe. Dobre rzeczy dzieją się jednak przede wszystkim poza głównym nurtem. Poniższe tytuły, wydane już po premierze “Avengers: Endgame”, są na to najlepszym dowodem.
Dla wielu MCU skończyło się w 2019 roku. Wielka saga, budowana z pietyzmem przez kilkanaście lat, miała swój satysfakcjonujący finał. Wszystko to, co działo się później, stanowiło jedynie nieudaną próbę nawiązania do poprzednika wybitnego w swej materii. Żadna z produkcji nie porwała fanów tak mocno, jak zrobiła to saga o Kamieniach Nieskończoności. Zabrakło spójności, pomysłu, a także trafionych wyborów castingowych, które cieniem rzuciły się na powstającą historię o Kangu.
Kryzys dotknął również komiks. W 2019 roku ukazali się X-Men Jonathana Hickmana. Ceniony autor nie zrewolucjonizował może opowieści o mutantach, ale zmienił świat przedstawiony, zainspirował innych twórców, a nade wszystko rozkochał fanów. Jego run uważany jest za jeden z najlepszych w historii, ku czemu nie brakuje argumentów.
Ale tak jak po jego historii w komiksowym świecie Marvela powstało wiele dobrego, tak i MCU potrafiło pozytywnie zaskoczyć. Zwłaszcza wtedy, gdy twórcom dawano większą swobodę artystyczną. Warto wychylić się poza sam środek świata superbohaterskiego, nawet jeśli występujące tam treści nie są szczególnie promowane przez wydawnictwo.
Poniższa lista zawiera wyłącznie tytuły, które w momencie publikacji tekstu są dostępne po polsku.
Daredevil - Chip Zdarsky, Marco Checchetto
Polska kocha Daredevila i namiętnie kupuje komiksy o tym herosie. Egmont wrzucił na rynek historie Joego Quesady, Kevina Smitha, Davida Macka, Briana Michaela Bendisa, Eda Brubakera, Marka Waida, Charlesa Soule’a, a teraz kończy run Chipa Zdarsky’ego. Zdarsky rozpoczął pisanie Daredevila w 2019 roku i jest uznawany za jednego z najlepszych scenarzystów dla tego bohatera, chociaż konkurencję, jak widać, ma potężną.
Zdarsky wprowadza nowy porządek. Kontrolę nad miastem przejmuje Kingping, Matt Murdock wycofuje się z roli superbohatera, na scenę wkracza nowy Daredevil. Scenarzysta okazał się mieć świetną rękę nie tylko do tytułowego bohatera, ale też Elektry. Zrehabilitowana zabójczyni chyba nigdy nie otrzymała tyle zrozumienia i szansy na pokazanie swojej historii.
Moon Knight - Jed MacKay, Alessandro Cappuccio, Federico Sabbatini
Moon Knight, podobnie jak Daredevil, ma szczęście do scenarzystów. O ile jednak słynna historia spod ręki Jeffa Lemire’a oczekuje, że czytelnik będzie przynajmniej nieźle rozeznany w temacie, o tyle Jed MacKay podobnych wymagań nie stawia. MacKay odpowiadał w przeszłości za świetne historie o Black Cat i Doktorze Strange’u (oby w końcu ukazały się w Polsce), ale to właśnie Moon Knight stanowi ukoronowanie jego prac z pojedynczymi bohaterami. To seria niemalże pozbawiona słabych stron.
Niski próg wejścia, angażujący bohaterowie, rozbudowa świata przedstawionego. Cały katalog ciekawych oponentów, garść odważnych pomysłów. Gdyby najważniejszy przeciwnik byłby lepiej dopracowany, mówilibyśmy o serii idealnej.
Przedwieczni - Kieron Gillen, Esad Ribić
“Przedwiecznych” pisał Jack Kirby, próbował też Neil Gaiman. Zawsze jednak czegoś brakowało i starożytni superbohaterowie przepadali na długie lata. Kieron Gillen również nie zdołał wrzucić ich do pierwszej ligi, ale stworzył najlepszy scenariusz poświęcony tym postaciom. Gillen, odpowiedzialny między innymi za intrygujący przekład Legend Arturiańskich (seria “Raz i na zawsze”), ma rękę do budowania światów. W “Przedwiecznych” pokazuje to z pełną mocą.
Zaczyna się od niemożliwego morderstwa, później napięcie tylko rośnie. Zostajemy wplątani w pałacowe intrygi, poszukiwanie zabójcy, a przede wszystkim zaskakująco sprawną opowieść o relacjach między istotami większymi niż życie. Wszystko uzupełniają kapitalne rysunki Esada Ribicia. Nicy, tylko czytać. I się zachwycać.
Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni - Destin Daniel Cretton, Dave Callaham
Rewelacyjne kino, liczne nawiązania do kultowych historii z Azji, bardzo dobre wybory aktorskie, sporo humoru (nawet jeśli wymuszonego za pomocą postaci tak słodkich, że grożących poważną próchnicą). Wszystko wyglądało świetnie, “Shang-Chi” bawił, pokazywał, że MCU dalej może i nie wszystko jest stracone. A później przyszło ostatnie trzydzieści minut, które ostudziło hurraoptymistyczne nastroje.
Ale i tak historia o pierwszym azjatyckim superbohaterze Marvela zasługuje na docenienie, nie tylko ze wspomnianych już względów. Sceny akcji stoją na najwyższym możliwym poziomie. Kamera nie skacze w uciążliwy sposób, byle tylko pokazać jak najmniej. Wręcz przeciwnie - łatwo nam zorientować się w sytuacji na ekranie i to niezależnie od liczby bohaterów. Simu Liu (Shang-Chi) wypadł tak dobrze, że wszyscy spodziewali się wykorzystania tego aktora w kolejnych produkcjach. Uczynienia z niego jednej z głównych postaci uniwersum. No cóż.
Werewolf by Night - Michael Giacchino, Peter Cameron, Heather Quinn
Chyba wszyscy w Marvelu zapomnieli, że coś takiego powstało. A szkoda. “Werewolf by night” to nieliczny przykład prawdziwego eksperymentu wytwórni. Produkcja stojąca przede wszystkim na stylistyce, bawiąca się światłem i cieniem. Fabularnie prosta, ale nieźle romansuje z kinem grozy, być może nawet wyraźniej i skuteczniej niż późniejszy film Sama Raimiego. Godzinne zmagania łowców dostarczają mnóstwa rozrywki. Wielki żal, że MCU nigdy nie poszło za ciosem, a o wszystkich postaciach zupełnie zapomniano. To szczególnie zadziwiające biorąc pod uwagę udane kreacje Laury Donnelly (Elsa Bloodstone) i Gaela Garcii Bernala (Jack Russell).
Thunderbolts* - Eric Pearson, Joanna Calo, Jake Schreier
Kevin Faige zwykł oszukiwać fanów i wmawiać, że znajomość seriali nie będzie wymagana przy oglądaniu filmów. Nie sprawdziło się to przy ostatnim “Doktorze Strange’u”, a także “Kapitanie Ameryce”. Również z “Thunderbolts*” był problem - jednym z głównych bohaterów tej produkcji okazuje się U.S. Agent, który wcześniej zaistniał jedynie w “Falconie i Zimowym Żołnierzu”. Na szczęście jednak “New Avengers” stoją na znacznie wyższym poziomie niż wspomniane produkcje. To prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaką MCU wypuściło od “Endgame”.
Posłużenie się pobocznymi dotąd postaciami wyszło filmowi na dobre. Scenariusz został napisany tak zręcznie, że wcale nie potrzebowaliśmy kilkuwarstwowej podbudowy, aby zostać zainteresowanym ich losami. Pewne opowieści radzą sobie bez tego, a uniwersalna historia o sile przyjaźni i walce z depresją należy do tego grona. Tak poważne wątki zazwyczaj nie pojawiały się w MCU, ale Eric Pearson, Joanna Calo i Jake Schreier udowodnili, że jest dla nich miejsce w tym przerysowanym świecie pełnym superbohaterów. Nie oznacza to, że “Thunderbolts*” silą się na powagę. Wręcz przeciwnie - mnóstwo tu żartów słownych, sporo też slapsticku. Lewis Pullman (Sentry) i Florence Pugh (Yelena Belova) zaś czarują ekran.
To zawsze Agatha - Jac Schaeffer
Postać czarownicy zyskała niespodziewaną popularność dzięki występom w “WandaVision”. Sukces okazał się na tyle duży, że zaowocował serialem z 2024 roku. Produkcja okazała się najtańszym serialem nowego MCU, pochłonęła 40 milionów dolarów mniej niż “Echo”. W przeciwieństwie do przygód Mai Lopez stała też na znacznie wyższym poziomie.
“To zawsze Agatha” silnie nawiązuje do “WandaVision”, ale można ją oglądać bez znajomości poprzednika. Historia koncertuje się na tytułowej bohaterce, która, zaraz po oswobodzeniu, tworzy nowy Krąg Wiedźm. Serial rozbudowuje postać Wickana, który w przyszłości może stanowić o sile MCU. Jednak “Agatha…” broni się też jako niezależny twór, dostarczając sporo rozrywki, udanych kreacji aktorskich, świetnych piosenek oraz przemyślanej charakteryzacji. Odniesienia do legendarnej Steve Nicks są widoczne gołym okiem, a finał okazuje się zaskakująco emocjonalny.
Wonder Man - Destin Daniel Cretton, Andrew Guest
Najnowsza produkcja MCU, która niepostrzeżenie walczy o miano najlepszego serialu wytwórni w ostatnich latach. “Wonder Mam” nie rozczarował, chociaż złośliwi mogą powiedzieć, że większość nie miała względem niego szczególnych oczekiwań. Niemniej, udało się wypuścić serial satysfakcjonujący. Skromny, zabawny, nie silący się na stawkę większą niż życie. Wystarczył kapitalny duet aktorski - w którym bryluje głównie wieczny Ben Kingsley - rodem wyciągnięty z komedii kryminalnych ubiegłego stulecia oraz opowieść o sile przyjaźni i spełnianiu marzeń. Brzmi prosto i tak też jest, ale to zaleta.
“Wonder Man” nie stanowi krytyki przemysłu filmowego, to widzieliśmy już w “The Studio”. To komedia, która skutecznie wprowadza nowego bohatera do świata MCU. Ma dobre dialogi, kilka scen zapadających w pamięć i dużo serca do materiału źródłowego.
Na uwagę bez dwóch zdań zasługują “Przeznaczenie X”, “Spider-Man: Przyjazny pająk z sąsiedztwa”, “WandaVision”, “Loki” czy “Doktor Strange w multiwersum obłędu”, ale z oczywistych względów nie mogłem ich zaklasyfikować jako tytuły spoza głównego nurtu. Wypatrujcie też nadchodzących premier komiksów ze świata Ultimate.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych