Wszyscy chwalą „Fallouta”, a prawdziwy hit leży obok. Wstyd, że tak mało osób wie o jego istnieniu
Stojąc przy wirtualnym lub biurowym dystrybutorze wody w poniedziałkowy poranek, rozmowa niemal zawsze zbacza na te same tory. „Widziałeś, co zrobił Homelander w nowym sezonie?”, „Czy ghul z Fallouta nie jest genialny?”, albo „Kiedy wraca Ród Smoka?”. Żyjemy w złotej erze telewizji, a jednak paradoksalnie, nasze diety popkulturowe stają się coraz bardziej monotonne. Karmimy się tym, co podsuwa nam algorytm, co krzyczy z billboardów i co generuje setki memów na Twitterze. W tym hałasie gubi się jednak istota tego, czym telewizja streamingowa miała być - oknem na autorskie, ryzykowne i dziwne historie.
Podczas gdy świat zachwyca się wciąż kolejnymi wybuchami w „The Boys” lub masową rozrywką spod znaku „Reachera”, na serwerach Amazon Prime Video kurzy się cyfrowy zapis jednego z najbardziej niezwykłych, inteligentnych i wzruszających dzieł ostatnich lat. Nikt o nim nie mówi, bo nie da się go streścić w jednym zdaniu, a jego bohater nie nosi peleryny ani pancerza wspomaganego. To opowieść o smutnym szpiegu, który chciałby po prostu śpiewać folkowe piosenki. Poznajcie „Patriot” - serial, który udowadnia, że najlepsze historie to te, które najtrudniej znaleźć.
Tyrania algorytmu, czyli dlaczego oglądamy to samo
Zacznijmy od brutalnej prawdy o dzisiejszym konsumencie treści: jesteśmy leniwi. Nie jest to oskarżenie, lecz diagnoza stanu, w jakim postawiły nas platformy streamingowe. Kiedy Amazon Prime Video wydaje miliard dolarów na „Władcę Pierścieni: Pierścienie Władzy” lub promuje „Cytadelę” jako globalne wydarzenie, robi to z taką siłą rażenia, że ucieczka przed tymi tytułami jest niemożliwa. Algorytmy rekomendacji są tak skonstruowane, aby minimalizować ryzyko. Jeśli obejrzałeś film akcji, system zaproponuje Ci kolejny film akcji. Jeśli lubisz superbohaterów, dostaniesz ich więcej. W ten sposób wpadamy w bańkę poznawczą, w której „wszyscy” oglądają to samo, bo system dba o to, byśmy nie zbaczali z wytyczonej ścieżki.
W tym krajobrazie produkcje takie jak „Reacher” czy „Jack Ryan” (notabene solidne w swojej klasie) wygrywają, bo są bezpieczne. Wiemy, czego się spodziewać: będzie strzelanina, będzie wyrazisty bohater, dobro zwycięży, a zło zostanie ukarane. To telewizyjny odpowiednik fast foodu - sycący, przewidywalny i łatwo dostępny. Tymczasem serial „Patriot”, stworzony przez Steve’a Conrada, jest jak wykwintne danie w restauracji, która nie ma szyldu, a wejście do niej znajduje się w bocznej uliczce. Statystyki są nieubłagane - podczas gdy flagowe produkcje Amazona notują miliony odtworzeń w pierwszy weekend, „Patriot” w momencie swojej premiery przeszedł niemal bez echa, mimo entuzjastycznych recenzji krytyków (utrzymując wynik powyżej 90% na Rotten Tomatoes). Dlaczego? Ponieważ nie pasował do żadnej szufladki.
Brak „buzzu” w mediach społecznościowych to w dzisiejszych czasach wyrok śmierci dla serialu. „Patriot” nie generuje łatwych gifów. Jego humor jest czarny jak smoła, tempo bywa medytacyjne, a fabuła meandruje w rejony, które przeciętnego widza mogą wprawić w konfuzję. Jednak to właśnie w tej odmienności tkwi siła, której brakuje współczesnym blockbusterom. Podczas gdy „Wszyscy mówią o X”, my tracimy z oczu fakt, że streaming miał być rewolucją jakościową, a nie tylko ilościową. Ignorując takie produkcje jak „Patriot”, pozwalamy, by o naszym guście decydowali księgowi i analitycy danych, a nie artyści.
Smutny szpieg w świecie absurdu - czym właściwie jest ten ukryty klejnot?
O czym więc jest ten mityczny „Patriot”? Na papierze brzmi to jak kolejna historia szpiegowska. John Tavner (w tej roli genialny i oszczędny w środkach Michael Dorman) jest oficerem wywiadu, którego zadaniem jest powstrzymanie Iranu przed uzyskaniem broni nuklearnej. Aby to zrobić, musi zatrudnić się „pod przykrywką” w firmie produkującej rury przemysłowe w Milwaukee, by jako pracownik tej firmy móc podróżować do Luksemburga. Brzmi standardowo? Nic bardziej mylnego. To tylko fasada, za którą kryje się egzystencjalny dramat przetykany absurdem rodem z filmów braci Coen i estetyką Wesa Andersona.
John Tavner nie jest Jamesem Bondem. Nie jest nawet Jasonem Bournem. John jest głęboko depresyjnym człowiekiem, który nienawidzi swojej pracy, a stres i traumę próbuje rozładować, pisząc i śpiewając niezwykle dosłowne folkowe piosenki o tym, kogo musiał zabić i jak bardzo jest mu z tym źle. To właśnie ten element - muzyka będąca spowiedzią głównego bohatera - stanowi o unikalności serialu. Wyobraźcie sobie szpiega, który wchodzi z gitarą do amsterdamskiego baru i śpiewa o tym, że musiał popchnąć kogoś pod ciężarówkę, a wszystko to przy akompaniamencie delikatnych, akustycznych dźwięków. Kontrast między brutalnością jego fachu a wrażliwością jego duszy jest sercem tej opowieści.
„Patriot” to serial o porażce. W świecie „Mission: Impossible” każda akcja jest precyzyjnie zaplanowana. W świecie „Patriota” wszystko, co może pójść źle, idzie źle, ale w sposób banalny i przyziemny. Plecak z pieniędzmi zostaje ukradziony przez lotniskowego bagażowego. Cel misji ginie w przypadkowym wypadku. John spędza więcej czasu na nauce skomplikowanego żargonu inżynierii rur (słynne monologi o „strukturalnej dynamice przepływu”), niż na strzelaninach. To dekonstrukcja gatunku szpiegowskiego. Zamiast glorii i chwały, mamy biurokrację, zmęczenie i relacje ojciec-syn (ojca Johna gra wspaniały Terry O'Quinn), które są toksyczne i pełne miłości jednocześnie. To „Y”, którego nikt nie ogląda, oferuje coś, czego „X” nie ma, a mianowicie prawdę o ludzkiej kondycji ukrytą pod płaszczem czarnej komedii. To dzieło kompletne wizualnie, z kadrami, które można wieszać na ścianie, i scenariuszem, który szanuje inteligencję widza, nie tłumacząc mu wszystkiego kawę na ławę.
Cena ignorancji i apel o ratowanie sztuki
Dlaczego warto poświęcić czas na dwa sezony serialu, który został skasowany kilka lat temu? Ponieważ oglądanie „Patriota” dziś jest aktem buntu przeciwko bylejakości. Żyjemy w czasach, gdy platformy streamingowe kasują gotowe filmy, by odpisać je od podatku, a seriale są anulowane po jednym sezonie, jeśli nie osiągną natychmiastowego sukcesu viralowego. „Patriot” przetrwał dwa sezony, co i tak wydaje się cudem, biorąc pod uwagę jego niszowy charakter. Jednak jego dziedzictwo jest ważniejsze niż kiedykolwiek.
Wybierając ten serial zamiast kolejnego sezonu odgrzewanego kotleta, wysyłamy sygnał (choćby tylko do samego siebie), że szukamy w kulturze czegoś więcej niż tylko „zabijacza czasu”. „Patriot” uczy empatii w sposób, w jaki nie robią tego proste moralitety. Pokazuje, że nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach jesteśmy tylko ludźmi, którzy popełniają błędy, tęsknią i próbują jakoś przetrwać do kolejnego dnia. To serial, który zostaje z widzem na lata. Sceny takie jak gra w „Kamień, Papier, Nożyce” o życie, czy momenty absolutnej ciszy i rezygnacji na twarzy Johna, zapadają w pamięć głębiej niż jakakolwiek efektowna eksplozja w „Falloucie”.
Istnieje pewien snobizm w twierdzeniu, że „nie oglądam tego co wszyscy”, ale w przypadku „Patriota” nie chodzi o snobizm, lecz o odkrycie. To uczucie, gdy znajdujesz zespół, którego nikt nie zna, a który gra muzykę idealnie dopasowaną do twojego nastroju. Prime Video ma w swojej bibliotece ten diament, ale ukrywa go głęboko pod warstwami nowości. Jeśli więc czujesz zmęczenie materiałem, jeśli masz dość superbohaterów z problemami emocjonalnymi rozwiązywanymi za pomocą pięści, jeśli szukasz serialu, który Cię rozbawi, wzruszy i zmusi do myślenia - włącz „Patriota”. To nie jest serial dla każdego i w tym tkwi jego największa zaleta. To serial dla tych, którzy mają odwagę zaryzykować i poświęcić swój czas - i zapewniam Was, że warto.
Podsumowanie
Wielkie hity takie jak „The Boys”, „Reacher” czy „Fallout” są potrzebne - to one napędzają machinę przemysłu rozrywkowego, dają tematy do rozmów przy kawie i zapewniają spektakularną rozrywkę na wysokim poziomie technicznym. Nie ma nic złego w czerpaniu przyjemności z mainstreamu. Jednak ograniczanie się tylko do tego, co głośne, to jak jedzenie wyłącznie w sieciowych restauracjach, gdy tuż za rogiem małe bistro serwuje dania życia.
„Patriot” na Amazon Prime Video to właśnie taki kulinarny sekret. To perfekcyjnie skonstruowana, słodko-gorzka symfonia o smutku, lojalności i rurach przemysłowych. Być może nikt ze znajomych nie zrozumie Twoich nawiązań do piosenek o Luksemburgu, ale satysfakcja z obcowania z dziełem wybitnym i unikalnym będzie wystarczającą nagrodą. W świecie krzyczących algorytmów, warto czasem posłuchać tego, kto szepcze.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych